Czy zauważyłyście, że na równi z poradnikami zaczyna zyskiwać popularność ich odwrotność – forma antyporadników? Jeśli pamiętacie moje zeszłoroczne zachwyty nad dwiema częściami „Magii sprzątania” Marie Kondo, to powinnyście wiedzieć, że tak jak w styczniu piałam z zachwytu z powodu tych książek, tak w październiku zaśmiewałam się do łez i zachwycałam dwiema pozycjami napisanymi przez Sarah Knight: „Magią olewania” (z pięknym podtytułem: „Jak przestać spędzać czas, którego się nie ma, z ludźmi, których się nie lubi, robiąc rzeczy, których się nie chce robić”) oraz „Ogarnij się!” (która w wersji oryginalnej ma o wiele bardziej dosadny tytuł: „Get Your Sh*t Together”. Szkoda, że polski tłumacz był tak dobrze wychowany). O ile przy tym „Ogarnij się!” kieruje się już w bardziej typową dla poradników stronę, o tyle „Magia olewania” jest ujmującą (choć czasami też irytującą – prawo amerykańskich klimatów) opowieścią o tym, jak mieć głęboko w wiadomej części ciała (nosie, oczywiście) wiele spraw, które w gruncie rzeczy właśnie tam mamy, tylko nie chcemy, nie umiemy lub nie odważamy się do tego przyznać.

Antyporadnik, jak olewać zamiast sprzątać (i zamiast się przejmować, i zamiast się odchudzać, i zamiast się katować, etc.), zdobył wielu czytelników. Skoro zatem jest popyt, trzeba wesprzeć podaż. Postanowiłam przyłączyć się do wspierania i opracowałam zarys dziesięciu antyporadników, które w najbliższym czasie zamierzam stworzyć. Poniżej prezentuję Wam listę zaplanowanych tytułów – czekam na sygnały, który z nich przygotować jako pierwszy, a także na deklaracje finansowania publikacji i zakupienia hurtowych ilości na potrzeby szkoleń, kursów i  webinariów (oczywiście pamiętajcie o prawach autorskich. Tu nie ma mowy o żadnych antyprawach i antytantiemach).

„Jak nie gotować” – to będzie moje opus vitae, prawdziwe dzieło życia. Mam do tego wszelkie kwalifikacje: nie umiem gotować, nie umiem określić na oko, czy coś już się nadaje do wyjęcia z garnka, czy nie, solę za dużo albo za mało; jednym słowem – kto mógłby napisać idealny antyporadnik kucharski, jeśli nie ja? Znajdą się tu przepisy, między innymi na pieczone ziemniaki gotowane w piekarniku, jajka sadzone smażone na zimnej patelni oraz przypalone odgrzewane dania. W bonusie porady okołokuchenne, w rodzaju: rozlewanie wody podczas zalewania herbaty wszędzie, byle nie do kubka, przegapianie wyznaczonego czasu gotowania lub pieczenia mimo wrzeszczącego na całe gardło minutnika, rozbijanie jajek tak, by jak najwięcej kawałków skorupek lądowało w misce z ciastem. Potrzebne będą jeszcze tylko artystyczne zdjęcia antykuchennych arcydzieł, ale to już problem grafika, nie mój.

„Jak się nie odchudzać” – pozycja bijąca na głowę dietodzienniki Chodakowskiej, Lewandowskiej i pozostałych hrabin fitnessu. Poza obowiązkowym zestawem wysokokalorycznych potraw na każdy dzień i każdą porę doby (w tym na nocne obżeranie się po północy) oraz zestawem ćwiczeń antywyszczuplających (typu: wzmacniający nadgarstki rzut chipsem do ust, ujędrnianie kciuka i palca wskazującego podczas wydłubywania kolejnego Toffifee z pudełka, rozciągający sadełko skłon dopodłogowy w pogoni za nakrętką coli) będzie zawierać również adresy, telefony i strony internetowe wszystkich fast foodów w kraju i okolicach. To będzie hit dołączany do Big Maców z frytkami w ramach happy hour.

„Jak nie czytać książek” – to będzie proste, tak jak proste jest nieczytanie. Najpierw statystyki: jak duży procent Polaków nie czyta, plus sugestia: Polak-patriota nie wyłamuje się z szeregów większości. Potem przykłady czynności, które da się zrobić bez czytania (a nawet bez umiejętności czytania), typu: zjedzenie czegoś z puszki (przeczytanie, jaka jest zawartość i kiedy się kończy termin ważności, to zbędne ceregiele, bo jeśli coś jest paskudne lub przeterminowane, żołądek i tak sam się zorientuje, prawda?), przejście na światłach (i tak zwykle się przebiega na czerwonym, więc liczy się nie umiejętność czytania, tylko prędkość w nogach), zrobienie zakupów w centrum handlowym (w końcu po to jest kasa i maszynka robiąca iście montypythonowskie „ping!”, żeby klient wiedział, ile ma zapłacić i ile ma dostać reszty). Następna część to lista książek nie do przeczytania, z krótkimi recenzjami, typu: nie czytaj, bo długa; nie czytaj, bo krótka; nie czytaj, bo na końcu wszyscy umierają; nie czytaj, bo na końcu wszyscy przeżywają i mają fajnie; nie czytaj, bo detektyw już i tak odkrył, kto zabił. Na koniec – adresy najważniejszych bibliotek i księgarni w kraju, z zamazanymi ulicami, numerami telefonów i stronami internetowymi. Tak sobie myślę, że ta pozycja trafi na listę lektur obowiązkowych w szkole średniej.

„Jak nie realizować ani jednego postanowienia noworocznego” – to też będzie proste, tak proste, że aż boję się, czy tekst nie okaże się za krótki. Przyjrzyjmy się zawartości antyporadnika. Część pierwsza: zrób noworoczne postanowienia; zalecenia: niech będą jak najbardziej ogólne, podobające się raczej innym, nie Tobie, a także opisane w kategoriach „wszystko albo nic” (tu miejsce na wypisanie postanowień). Część druga: nie zaglądaj na poprzednie strony z części pierwszej! (Tu miejsce na odhaczanie każdego dnia, w którym się nie zajrzało do postanowień). Część trzecia: wypisz zachowania, których powinnaś uniknąć, by zrealizować noworoczne postanowienia (plus miejsce na wypisanie ich). Część czwarta: codziennie zaglądaj na poprzednie strony z części trzeciej i rób którąś z wypisanych tam rzeczy (tu miejsce na odhaczanie każdego dnia, w którym się wypełniło zadanie). Część piąta: podsumowanie, czyli wypisz, jak bardzo Ci się nie udało i odbierz nagrodę (w postaci kuponu zniżkowego na inny antyporadnik). Hm, myślę, że wystarczy. W razie czego dorzucę kilkadziesiąt coelhowskich prawd życiowych, w rodzaju „Jeśli chcesz coś zrobić, powiedz to głośno, a potem siądź i czekaj, aż świat to zrobi za Ciebie” czy „Jeśli o czymś marzysz, a realnie nie masz na to najmniejszych szans, to opatrzność ruszy tyłek i mimo wszystko Ci to załatwi (poza wcześniejszym terminem z NFZ-u)”, okraszę te mądrości słodkimi rysunkami kwiatków i serduszek w brokacie – i książka zyska przyzwoitą objętość.

„Jak nie zdobyć chłopaka / dziewczyny i nie utrzymać związku” – myślę, że zrobię z tego formę e-booka i sprzedam wszystkim portalom randkowym, na pewno chętnie udostępnią taki antyporadnik swoim użytkownikom. W spisie treści między innymi: gadki szmatki, po których on / ona na pewno już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwie; sposoby na zapominanie o spotkaniach, ważnych datach i imionach jej koleżanek, jego kumpli, jej zwierzaka, jego konsoli; najlepsze sposoby zamienienia wspólnie spędzanego czasu w piekło na ziemi; sprawdzone metody sprawiania zawodu, niedotrzymywania obietnic i ranienia uczuć; kilka podpowiedzi, jak całkowicie zignorować sygnały kryzysu w związku i za nic w świecie nie dać sobie ani drugiej stronie szansy na naprawienie czegokolwiek, nim będzie za późno.

„Jak odpoczywać, by nie odpocząć” – ta publikacja stanie się ukochanym tytułem wszystkich pracoholików, bo będzie zawierała to, co tygryski lubią najbardziej: wskazówki, jak myśleć o pracy o każdej porze dnia i nocy; pomocnicze zestawy czarnych scenariuszy służbowych, które się wprawdzie nigdy nie wydarzą, ale którymi doskonale można sobie zatruć chwile wytchnienia; kalendarzyk niegrzecznego pracoholika, czyli miejsce na zapisywanie każdej minuty spędzonej inaczej niż na pracy, na myśleniu o pracy, na martwieniu się pracą lub złoszczeniu się na pracę; rady, jak w pracy prokrastynować, żeby po pracy zamiast odpoczywać – szaleńczo nadganiać zaległości. Jeśli się uda, na końcu zamieszczę aneks z życiorysami najbardziej umęczonych pracoholików; jeśli nie starczy miejsca, wydam to jako drugi tom, opatrzony dodatkowymi komentarzami na podstawie analizy pracoholicznych biografii.

„Jak się nie uwolnić od stresu” – kontynuacja „Jak odpoczywać, by nie odpocząć”, tylko przeznaczona dla szerszego grona. To będzie banał do napisania w weekend, wystarczy zebrać wszystkie porady z serii „jak się odstresować” i podać je à rebours. Oddychaj głęboko i spokojnie? No to oddychaj krótko, nerwowo i tak, jakbyś się topiła. Wyobraź sobie miłe miejsce, pełne zieleni, zwierząt i słońca? A nie, pomyśl o swoim biurze w najgorszych chwilach napięcia nerwowego, wyobraź sobie wściekłą szefową i dodaj do tego brak kawy w służbowym ekspresie. Po powrocie do domu pójdź pobiegać, wyjdź z psem na spacer lub zrób sobie relaksującą kąpiel? A gdzie tam, po powrocie do domu rozwal się na kanapie z paczką czegoś wyjątkowo niezdrowego, co na pewno pogorszy Ci nastrój, włącz wiadomości, by się zdołować, a potem jakiś kretyński program o celebrytach, by dostać szału, że oni mają tak dobrze, a Ty nie. I tak dalej w tym kierunku. Materiału będzie dużo, naprawdę dużo. Chyba już teraz powinnam to rozplanować jako trylogię…

„Jak nie zdobyć pracy, nie utrzymać pracy i nie zrobić kariery”, czyli zbiór wszelkich możliwych nieodpowiednich zachowań podczas rozmowy kwalifikacyjnej, faux pas do popełnienia od chwili przekroczenia po raz pierwszy progów nowej pracy, sposobów na obrażenie szefa, popsucia klimatu wśród pracowników i wypracowania sobie wymarzonej opinii na swój temat (do wyboru: biurowa jędza, leniwa klucha, panna-na-ostatnią-chwilę-i-tak-nie-zdążyłam, niekompetentna wszystkowiedząca, celebrytka korytarzowa, czarnowidzka przybiurkowa) oraz metod uchronienia się przed rozwojem zawodowym, przed podwyżką, awansem, karierą albo choćby szansą na świąteczne bony Sodexo.

„Jak nie mówić poprawnie po polsku” – pozycja opracowana z myślą o uczniach szkół średnich, politykach i prezenterach radiowo-telewizyjnych. Zasób wiedzy czerpany będzie z wypowiedzi dwóch ostatnich grup ze względu na ich częstą obecność w mediach oraz przodujący udział w psuciu języka ojczystego. Dzięki temu w świadomości użytkownika polszczyzny utrwalą się takie cudeńka jak „w każdym bądź razie”, „mnie się to bynajmniej podoba”, „rok dwutysięczny osiemnasty” czy nieodmienianie nazwisk. Antyporadnik zostanie dołączony do każdego egzemplarza „Słownika ortograficznego” i „Słownika poprawnej polszczyzny”, jeśli tylko PWN zechce dofinansować wydruk.

„Jak za cholerę nie ogarnąć się finansowo” (brzydkie słowo zamierzone, w końcu wiadomo, że pieniądze wywołują najsilniejsze emocje, a żaden współczesny wytrawny czytelnik nie uwierzy w silne emocje bez obecności brzydkich słów. Widzicie, już zrobiłam wstępny research rynku czytelniczego). W tym antyporadniku znajdą się między innymi porady: jak w ciągu jednego dnia wydać całą pensję, nie przeznaczając ani złotówki na rachunki i kredyty; jak regularnie wydawać więcej, niż się zarabia;  jak gubić paragony i faktury, żeby nie móc wymienić uszkodzonego towaru i być zmuszoną zakupić dany przedmiot jeszcze raz; jak pożyczać pieniądze z gwarancją stuprocentowej straty, najlepiej najbliższym przyjaciołom, u których o zwrot wstyd się dopominać oraz największym wrogom, u których o zwrot nie ma co się dopominać, ewentualnie też absolutnym nieznajomym, u których o zwrot nie ma jak się dopominać. Na końcu antyporadnika znajdą się arkusze „Notatnik sensownego prowadzenia finansów”, które po zakończeniu lektury czytelnik będzie miał obowiązek wyrwać i podrzeć, spalić lub zjeść, aby potwierdzić zdobyte dzięki książce umiejętności.

Musicie przyznać, że plany pisarskie na ten rok mam bardzo poważne, więc zapraszam do sponsorowania, crowdfundingu i mecenasowania. Po ukończeniu powyższych dziesięciu tytułów i zebraniu doświadczeń przy ich publikacji być może pokuszę się o kolejny antyporadnik: „Jak nie zdobyć sponsorów, nie wydać książki i nie napisać niczego sensownego”. Myślę, że potrafię się do tego całkiem nieźle przygotować.

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.