Małgorzata Figurska – trener personalny, trener nordic – walking, współautorka książki o tej tematyce. Od 17 lat prowadzi studio „Lady Fitness” tylko dla kobiet w Szczecinie. Niedawno  rozszerzyła działalność o strefę „Beauty”. Uwielbia piłkę nożną i Bayern Monachium. Od lat morsuje, a pierwsze zanurzenie w lodowatej wodzie  było … przypadkiem. Pasjonuje ją makrobiotyka, konsekwentnie zachowuje harmoniię Yin i Yang we własnej kuchni, zaraża innych ukochaniem życia, dbaniem o siebie i innych.  Po tej rozmowie coś sobie postanowiłam. Liczę, że Was także zmotywuje.

Agata Baryła: Skąd pomysł na fitness trenera? To miłość do sportu? Czasem idziemy przez życie niechcący. Jak było u Pani?

Małgorzata Figurska.: Trenowałam koszykówkę ze względu na swój wzrost – jeszcze w szkole podstawowej. Potem była przerwa, w zasadzie lata nie miałam do czynienia ze sportem – dziecko i inne obowiązki. W Polsce nie było mody na fitness, czy na bieganie. Pierwsze kluby fitness zaczęły powstawać w latach dziewięćdziesiątych. W 1994 roku przeprowadziłam się z Poznania do Szczecina. Szybko się zaaklimatyzowałam. Sprowadziła mnie tu miłość. Szczecin dla mnie jest jak miasto rodzinne. Czasami przypominam sobie, że jestem z Poznania, mam tam rodzinę i znajomych. Zawsze się śmieję, że jeżeli mąż szukał oszczędnej żony, to się bardzo zawiódł – jest to taki stereotyp, że poznanianki to kobiety oszczędne. Oszczędność i gospodarność to inne sprawy. Staram się nie być perfekcjonistką… choć lubię uporządkowanie, z wiekiem mi się to nasila. Robiąc różne rzeczy w Szczecinie, poznałam to miasto. Był to ciężki okres, bo pracy było dużo. Zaczęłam od prowadzenie biura nieruchomości. Mieliśmy lokal do zagospodarowania, całe piętro. To był czas, gdy zaczęły się rozwijać kluby fitness dla kobiet – w Szczecinie również. Pomysł wziął się z zagranicy – gdzie w Austrii, będąc na nartach widziałam takie miejsca tylko dla kobiet. W Szczecinie był jeden, ale nie funkcjonował długo. Pomyślałam, że są kobiety, które nie były w takim klubie. Zainteresowanie było duże. Było dużo telefonów: jak to wygląda?, jak się ubrać?, itp. To, że nie ma mężczyzn jest ważne dla niektórych kobiet. To wprowadza swobodę. Brak mężczyzn rozluźnia. Tu jest na luzie i spokojnie. Nie ma blokady…

A.B.: Może to kwestia oceny. Nie lubimy być oceniane. Waga i nasze ciało to swoista strefa intymna. Wolimy, by Panowie widzieli nas po tym procesie…

M.F.: Kobiety się bardziej oceniają, ale to co innego. Każda z nas widzi w sobie coś złego, do poprawki. Każda w sobie coś znajdzie. Miałam taką sytuację, że starsza Pani powiedziała mi, że to problem przekonać pięćdziesięciolatki do aktywności. Bo to już za późno. Kiedyś to był problem. Jak jest coś nowego, to jest dużo obaw. Bo po pięćdziesiątce to już za późno. Jeśli kobieta wcześniej nigdzie nie była, to jak zacząć?

A.B.: Ryzykowne. Były problemy z zainteresowaniem?

M.F.: Właśnie nie. Był taki moment, że otwieramy – a mieliśmy jakieś opóźnienie – a kobiety już przychodziły i kupowały karnety. Przychodziły panie w różnym wieku: trzydzieści, czterdzieści, czy pięćdziesiąt lat. Urzędniczki i emerytki. Utworzyłyśmy grupę dla starszych pań ( trzeciego wieku ).Dawało to dużo satysfakcji. Życie się zmienia, dzieci nie ma, zaczyna się przekwitanie, hormony itp. Te spotkania dawały dużo radości i łzy wzruszenia, że kobieta dała radę. Ruch dawał dużo zadowolenia.

A.B.: Na pewno potworzyły się grupy towarzyskie, nowe znajomości…

M.F.: Mamy stałe klientki, które mają rano czas. Mogą posiedzieć, porozmawiać. Popołudniowe zajęcia są inne. Te panie wpadają i wypadają. Zdarzały się panie, które nie miały z kim chodzić, ale to nie problem, bo można kogoś spotkać. Atmosfera jest fajna i przez tyle lat nie zdarzały się żadne sytuacje mniej przyjemne. Mi ta praca daje dużo satysfakcji. Ta branża bardzo się zmienia. Zmieniają się rodzaje ćwiczeń. Kiedyś nie było siłowni a teraz kobiety chętnie ćwiczą z trenerami. Nie boją się. Kiedyś większe zainteresowanie było zajęciami lekkimi przy muzyce.

A.B.: Co na to mężczyźni? Nie czują się odsunięci, dyskryminowani?

M.F.: Po otwarciu, gdy było wszystko nowoczesne, budziło ogromne zainteresowanie. Na początku byli mężczyźni, którzy pytali o zajęcia dla siebie, chociaż raz w tygodniu. Bo nie było takich klubów. Były siłownie, ale nie było fitness. A siłownie nie są przecież dla wszystkich. Jest pewna grupa , której to odpowiada, ze względu na typ sylwetki. Mój mąż stwierdził, że otwarcie lokalu tylko dla mężczyzn, byłoby kontrowersyjne.

A.B.: Nie bała się pani ograniczenia swojej oferty tylko dla kobiet?

M.F.: Mężczyzna chodzi do klubu cały rok, to fakt. A kobiety ograniczone są planem dziecka i obowiązkami ( wakacje, lekcje itp.). Kobiety dopasowują zajęcia do innych zajęć. Mężczyźni mają więcej czasu i mniej ograniczeń. Mężczyźni byli zawsze na siłowni, a kobiety tylko na aerobiku. Gdy ma się klub dla kobiet, to jest jakieś ograniczenie, ale chciałam, by było to miejsce dla kobiet, by była przestrzeń na salach i w szatni. Stwierdziłam, że to dobry pomysł. Bo koedukacyjne lokale, to kolejne potrzeby – dwie łazienki, osobne szatnie, sale itp. To powoduje tłok. Stwierdziłam, że ta powierzchnia będzie dla kobiet. W rozmowie z mężem tak ustaliliśmy. Porównywałam takie lokale w Berlinie, w Szwecji i innych krajach bardziej otwartych.

A.B.: Podział stref na kobiece i męskie czasem wynika z pewnych uwarunkowań kulturowych.

M.F.: Niby tak, ale w Berlinie była duża sieć lokali dla kobiet, a teraz to nie jest już takie modne.

A.B.: A jak to się ma do tzw. „sieciówek”? Jaka jest sytuacja na rynku? Nie zdominowały one rynku w Polsce, i w Szczecinie?

M.F.: To ekonomia. Mam pewne doświadczenia z pośrednikami – nie wszystkie dobre. Wypisałam się z pewnych rozwiązań. Dla mnie ważne jest, by samemu zdobyć klienta i utrzymać go. Nasz klub nie jest duży, więc atmosfera jest inna. Panie to doceniają. Nie wszyscy chcą umowy. Wolą karnety.

A.B.: To jest fajne. Ja mam złe doświadczenia z molochami. Dlatego zrezygnowałam. Umowa mi nie pasowała – była jednostronna.

M.F.: Podchodzimy do kobiet indywidualnie. Uważam, że to bardzo ważne. Nie ściągamy pieniędzy z konta. Nie ma sprawy nie do rozwiązania. Otwieramy się na różne możliwości. Dziewczyny są nauczone, by dobrze traktować klienta. Ludzie się tu znają.

A.B.: Po prostu trzeba być ludzkim w także a może zwłaszcza w biznesowych relacjach.  Jak ta praca wpływa na Pani życie?

M.F.: Człowiek dużo załatwia, to fakt. Cały czas myślę co zrobić: a to remont, nowe urządzenia, szkolenia. Porównuje oferty, myślę. To praca absorbująca, ale twórcza. Ja od młodości wiedziałam, że nie mogę pracować za biurkiem. Praca papierkowa to nie dla mnie. Sama muszę coś wymyślać, działać, tworzyć. Nie wszystko mi wychodzi. Takie jest życie. Jak na 10 pomysłów wyjdzie 1 , to i tak dobrze. Mam osoby, które mi bardzo pomagają dwóch menegerow: fachowca od strefy beauty, który praktyznie zarządza sprawami fitness i drugą osobę , która zajmuje się w klubie sprzedażą i organizacją obsługi klienta, ale sama też prowadzę treningi nordic walking (3 razy w tygodniu – regularnie).

Zaczęłam biegać i chodzić na siłownię (2 czy 3 razy w tygodniu). Nigdy nie myślałam, że będę biegać, a przebiegłam już maraton. Sprawność i wytrzymałość ludzi  jest coraz większa, więc muszę się starać. Jestem przykładem dla nich.  Otyła trenerka, czy dietetyczka to słaby przykład.

A.B.: Mąż jest zaangażowany?

M.F.: Tak. Mąż ćwiczy ze mną (prowadzi zajęcia nordic – walking) i biega. Zawsze był bardziej wysportowany niż ja. On biega więcej, bo mamy wnuka i ja bardzo chętnie pomagam i lubie spędzać z nim czas . Treningi z grupą ( 3 razy w tygodniu) plus siłownia, bieganie i wnuk – to intensywne życie, ale to lubię.

A.B.: Czy w Pani życiu jest miejsce na inną pasję?

M.F.: Moją chyba największą pasją jest nordic walking uwielbiam te treningi ale i gotowanie. Robię to codziennie. Zawsze to lubiłam. To mnie odpręża. Wieczorem przygotowuję śniadanie, bo jemy gotowane śniadanie, a nie zimne. Rano przygotowuję obiad i zabieram go w pudełkach do pracy ( dla siebie i męża). Wieczorem kolacja. Bardzo lubię to robić. Nie mam przepisów .Dla mnie to proces twórczy. Gdy zmieniłam styl żywienia ( na makrobiotyczny ), to się dużo nauczyłam.

A.B.: Trochę eksperymentowanie…

M.F.: Tak. Wszyscy mówią: załóż bloga. Gdy kuzynka była chora i chciała wspomóc się dietą , dużo gotowałam, opisywałam i fotografowałam.

A.B.: To materiał na bloga już jest?

M.F.: Niekoniecznie. Pisanie nie jest moją mocną stroną. Wolę mówić, a nie pisać. Jak pisałam z mężem książkę (o nordic – walkingu), to zaangażowałam się. Zmobilizowaliśmy się w 3 miesiące. Ale nie mam weny. A do tego jestem krytyczna. Podzieliliśmy się pracą i jest. Ale nie do końca jestem zadowolona. Nie gotuje wymyślnych rzeczy. Dla mnie ważne są czynniki zdrowotne. Nie jemy nabiału, a ziemniak to tylko „od święta”. Takie rygory sprawiają, że nie jadamy na mieście. Klasyczny obiad to ciemny ryż, białko roślinne ( bo nie jemy mięsa) i kiszonka lub warzywa. Staram się ograniczać przetworzoną żywność. Unikam słoików i półproduktów – mrożonek. Ryba też jest rzadko. Przyzwyczaiłam się do takiego żywienia

A.B.: Czy organizacja czasu sprawia kłopot? Organizery, planery, harmonogramy…?

M.F.: Póki co, mam tak poukładane, że daję radę. Mam pracowników w klubie, z których jestem zadowolona. Dobieram ludzi tak, by praca była zrobiona, gdy mnie nie ma.

A.B.: Jest pani osoba bardzo niezależną. samodzielną i samo stanowiącą. Czy nie było kłopotu z delegowaniem pracy? 

M.F.: Na początku miałam obiekcje. Ale stwierdziłam, że nie chcę spędzać czasu na pilnowaniu. Mam komfort, że wszystko się kręci. Wiem, że jak wyjadę, to nie musze mieć stresu. Wiadomo, że trzeba mieć zaufanie do ludzi. Przez te 17 lat nauczyłam się współpracować z ludźmi. Sama mogę czegoś nie zauważyć. Zdarza mi się denerwować. Chodzą tu moi znajomi i ich znajomi. Dla mnie to ważne, z kim pracuje. Negatywnych opinii jest mało, a pozytywnych dużo. Kiedyś lokalizacja w centrum była super. Teraz dużo jest lokali na obrzeżach. To się pozmieniało.

A.B.: Czy pracują u Was same kobiety?

M.F.: Na początku pojawili się panowie. Był tylko pan od „tai – chi” i masażyści. Klientki jednak się denerwowały. To też kwestia organizacji zaplecza socjalnego itp. Teraz tylko panie u nas pracują.

A.B.: Zatem stawiamy na kobiety. Dziękuję za rozmowę.

M.F.: Dziękuję i gorąco zachęcam czytelniczki do choćby minimalnej aktywności, gwarantującej permanentny uśmiech i szczęście.

 

Rozmawiała Agata Baryła

Opracowanie: Anna Dabkowska