52 KSIĄŻKI W ROKU

Wśród blogerów lubiących czytać książki popularne są różnorodne wyzwania czytelnicze, czyli zabawy w czytanie określonych pozycji, przykładowo: w każdym miesiącu czytasz jedną książkę, której akcja dzieje się w podanym mieście; w tym miesiącu czytasz jedną książkę autora z Europy i jednego z Azji; mierzysz grubość każdej przeczytanej książki i sprawdzasz, czy w ciągu roku zdołasz przeczytać więcej centymetrów, niż masz wzrostu (do tego wyzwania mierzyłam się w najwyższych szpilkach). Jako miłośniczka blogów i książek przez parę lat świetnie się przy tych wyzwaniach bawiłam. Bo właśnie po to one są: dla dodatkowej czytelniczej rozrywki i pokazania, że czytaniem można grać w różnorodne gry. Dodatkowy walor to pojawiająca się czasami konieczność sięgnięcia po pozycję, którą zwykle dany czytelnik by się nie zainteresował.

Wśród wyzwań, które pamiętam, było też „52 książki”, polegające na tym, że należało przeczytać minimum pięćdziesiąt dwie książki w roku, czyli przeciętnie jedną tygodniowo. Ostatnio natknęłam się na fejsbukową wersję tego wzywania: „Przeczytam 52 książki w 2019 roku”. Wprawdzie pięćdziesiąt dwie książki to nie jest dla mnie jakieś szczególne osiągnięcie (z reguły czytam minimum setkę, w 2018 doszłam do stu osiemdziesięciu jeden), ale przez miłe wspomnienia związane z blogowymi grami przyłączyłam się do grupy.

Jeżeli z różnych stron obrywacie wciąż doniesieniami o tym, że Polacy nie czytają nawet jednej książki w roku, powinniście posiedzieć trochę w czytelniczej blogosferze i w ogóle w tej części sieci, w której bawią się w najlepsze miłośnicy literatury. Zdziwilibyście się, jaki tam tłok.

Wróćmy jednak do fejsowego wyzwania-zadania. Jak to zwykle bywa, na początku było przemiło, a potem się zmieniło. Siłą rzeczy tam, gdzie się coś liczy, pojawiają się pytania dotyczące kosztów kwalifikowalnych (mam za sobą pisanie trzech projektów, takie rozpoczęcie stycznia trochę wykrzywia słownictwo, przepraszam). Czy książki dla dzieci też? A jakiej grubości? A romansidła powinno się chyba wykreślić? A powtórki czytelnicze? A jeśli jedna książka jest bardzo cienka, a druga gruba, to co? A jeśli jest seria, na przykład trylogia, to czy każdy tom liczyć osobno, czy dopiero razem cały tytuł? A jeśli trzy tomy są wydane zbiorczo w jednym, to dzielić czy nie dzielić? A jeśli…

A jeśli po przeczytaniu tego zestawienia poczuliście się jak ja, gdy mi znajoma księgowa tłumaczyła różnice w obliczaniu stawki netto w zależności od rodzaju umowy o pracę, bycia/niebycia vatowcem, odciągania składek takich, siakich i owakich,  to łączę się z Wami w bólu.

Właściwie te pytania są nawet uzasadnione – też bym pewnie trochę kręciła nosem, gdyby ktoś przeczytał w tydzień pięćdziesiąt dwie cieniutkie książki dla dzieci w rodzaju „Kici Koci” (skądinąd sympatycznej) i śpiewał peany na cześć swojego tempa oraz liczby zaliczonych pozycji. Z drugiej strony reakcja niektórych osób – stwierdzenia, że „książek dla dzieci nie liczymy, bo przecież jesteśmy dorośli” – przyjąć nie mogę. Tak jak nie mogę przyjąć sugestii innej komentującej, według której „powinniśmy nie liczyć romansideł, bo to nie zasługuje na miano literatury”.

Jedną z najpiękniejszych definicji współczesnej kultury, z którą się spotkałam, sformułował Krzysztof Varga w jakimś felietonie: porównał ofertę kulturalną do supermarketu, stwarzającego możliwość wybrania w danym momencie tego, na co człowiek ma ochotę. To nie jest pejoratywne porównanie, nawet jeśli w pierwszej chwili odniesiecie takie wrażenie, bo przecież supermarket to coś banalnego i zbiorówka wszystkiego jak leci. Ale to właśnie jest dobre – bo kultura jest dla wszystkich, nie tylko dla pani profesor, pana doktora, pani pedagog i pana znającego na wyrywki Prousta. Kultura jest dla każdego i do wszystkiego, książki tak samo.

No właśnie – bo po co są książki? Do „intelektualnych wyzwań” i „wewnętrznego rozwoju”, zobaczyłam w którymś komentarzu. OK, zgadzam się, na pewno do tego – ale również, a nie wyłącznie. Książki są do wszystkiego, czego potrzebujesz. Do pobudzania intelektu, pogłębiania wrażliwości i rozwijania siebie; i do odprężenia się; i do wyśmiania się aż do bólu brzucha; i do zwyczajnej rozrywki; żeby poczuć dreszczyk grozy albo wypłakać się za trzech; do podróży bez ruszania się z domu, do powrotu w czasy dzieciństwa lub wskoczenie w skórę kogoś, kim zawsze chciało się być albo właśnie nigdy nie chciało się być.

Książki są do wszystkiego. Przyjemność czytania jest na dobrą sprawę wartością nadrzędną w kontakcie z literaturą. Przypomnijcie sobie wszystkie znajome osoby z Waszego otoczenia, z Waszych szkolnych lat, które nie lubiły czytać. Czemu nie lubiły? Bo nie sprawiało im to przyjemności; argumenty w rodzaju „To wartościowa pozycja” albo „To kanon polskiej literatury, trzeba znać, by być obytym człowiekiem” nie miały żadnej siły. A potem niektóre z takich osób trafiły na jakiś tytuł – choćby „Harry’ego Pottera” czy „Zmierzch” – i nagle zakochiwały się w czytaniu, bo odkryły właśnie to: przyjemność. OK, zgadzam się, „Harry Potter” czy „Zmierzch” przy „Lalce” czy „W poszukiwaniu straconego czasu” to jak mały fiat przy limuzynie. Ale – jako sympatyczka kiepściutkich kryminalików o Agacie Raisin, które zwyczajnie mnie bawią – jestem gotowa niczym lwica walczyć o prawa małego fiata do pyrkotania po tych samych ulicach, po których majestatycznie sunie limuzyna. Domagam się możliwości czerpania przyjemności z jazdy małym fiatem. I nie zamierzam tłumaczyć się czy przepraszać za to, że czasem ląduję w czytelniczym małym fiacie, a nie w czytelniczej limuzynie.

Lubię korzystać z supermarketu kultury. Lubię chodzić do teatru na spektakle, które mnie rozwałkują psychicznie na placek (zboczenie po kilku edycjach Kontrapunktu). Lubię chodzić do kina na filmy dla dzieci, na Marvela i DC, na horrory – tu oczekuję głównie rozrywki. Lubię kulturę wysoką i niską, popularną, a nawet niektóre elementy masowej. Lubię poczucie, że kultura na mnie czeka – i jest gotowa dać mi z siebie w danym momencie właśnie to, czego potrzebuję. Więc po stresach w pracy odprężam się, oglądając horrory i czytając książki dla dzieci. I nie czuję się wówczas gorszym użytkownikiem kultury niż wtedy, gdy oglądam Zanussiego albo czytam Henry’ego Jamesa. Nie, nie byłam jeszcze na „Klerze”, bo nie miałam nastroju na poważne kino i trudne tematy. Byłam za to na „Króliku Piotrusiu”, „Iniemamocnych 2”, „Krzysiu, gdzie jesteś?” oraz „Avengers: Wojna bez granic”, a konto na CDA wykorzystuję na razie głównie do katowania kolejnych filmowych historii o duchach. I co mi zrobicie? I nic mi nie zrobicie, a ja nic nie zrobię Wam, bo Wasze lektury, Wasze filmy, Wasze wyjścia tu czy tam są Waszą sprawą i Waszym prawem. Jasne, możemy o nich dyskutować, możemy się zastanawiać, chętnie. Ale do głowy mi nie przyjdzie, by Wam mówić: to nie jest prawdziwa kultura, to się nie liczy jako prawdziwa książka, a to nie jest prawdziwe pójście do kina. I szlag mnie trafia, gdy ktoś mi narzuca swoje „prawdziwe” jako jedyne i obowiązujące.

Parafrazując powiedzenie o życiu: czytaj i daj czytać innym. Odczep się od moich książek dla dzieci, jej romansideł, jego poradników celebrytów. Ważne, że ktoś czyta. A jeśli nie czyta – też jego prawo. Bo, szczerze mówiąc, zdarzyło mi się spotkać ludzi, którzy nie czytają, ale poziom kultury osobistej, wrażliwości na drugiego człowieka i zwykłej ludzkiej „porządności codziennej” mają o kilka nieb i ze dwa Mount Everesty wyższy niż paru znajomych erudytów.

Teraz czytam „Mały pokój z książkami” Eleanor Farjeon. Rok 2019 zaczęłam od trylogii „Przygód Baltazara Gąbki” Stanisława Pagaczewskiego. Nie czuję się z tego powodu gorsza. Nie czuję się lepsza. Czuję się zadowolona, bo czytam to, na co mam ochotę, to, co daje mi przyjemność.

Uchrońmy przyjemność przed „jedynymi prawdziwymi” wytycznymi wszystkiego. Przyjemność – zwłaszcza przyjemność czytania – naprawdę nie zna granic. I nie chce znać.

Może to właśnie jest w niej najprzyjemniejsze.

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.