Na czym polega dziś popularnie rozumiany sukces projektanta lub marki odzieżowej? Najczęściej na wypracowaniu rozpoznawalności brandu i regularnym powiększaniu zysków, a więc wielkich pieniądzach i efektownym, fotogenicznym stylu życia założycieli, który to styl dobrze sprzeda się w mediach społecznościowych, co z kolei przysporzyć może kolejnych klientów.

Na pozór nic w tym złego, wszak wszyscy lubią zbierać słodkie owoce swej pracy, tyle tylko że gdzieś pośród tego modnego konsumpcjonizmu zagubiła się trochę misja i głębszy przekaz mody.

Gdy bowiem wiemy, że większość firmowych i nawet pozornie ideologicznych akcji jest skrupulatnie obliczona na zysk, to trudno jest nam uwierzyć w autentyczność jakiegokolwiek modowego przekazu.

Tymczasem moda może być społecznie zaangażowana po prostu dla samej, szlachetnej idei, zaangażowana bez wielkich zysków, niekiedy nawet zupełnie bezinteresowna, jak w przypadku bohaterki naszego tekstu – pewnej przebojowej i bezkompromisowej Polki. Rodzima moda dla wielu z nas, szczególnie tych z młodszego pokolenia, zdaje się nie mieć jakiejś szczególnej historii. Wielkie nazwiska w polskiej modzie to wedle niektórych tylko te, które od jakiegoś już czasu są obecne w mediach, a przecież choć nie zawsze było łatwo, polska moda istniała na wiele lat przed niewątpliwymi sukcesami takich designerów jak Baczyńska, Ossoliński czy Minge. Czy taka postawa wynika więc z niewiedzy, czy raczej ze świadomego deprecjonowania tego, co było kiedyś? A może cudze chwalicie, a swego nie znacie? Warto zatem odświeżyć sobie w pamięci mniej lub bardziej zakurzone nazwiska polskiej mody, po to by przywrócić należny im blask i być może uświadomić sobie, że możemy być dumni ze swoich zdolnych krajan, a zwłaszcza krajanek. Mili Państwo – oto Barbara Hoff.

Polacy są często określani jako mistrzowie w robieniu czegoś z niczego. Czy ta zaradność i żyłka majsterkowicza są uwarunkowane u nas jakoś genetycznie, czy też może są próbą przystosowania się do polskich, przeważnie nie najłatwiejszych i nie najbogatszych realiów? Ile osób, tyle opinii, jedno jest pewne – Barbara Hoff była mistrzynią w tej właśnie dziedzinie. Wtedy, kiedy najwięcej było  tego „niczego”, ona właśnie potrafiła nie zgodzić się na bylejakość oferowanej przez PRL „mody”. Zamiast tylko narzekać, umiała ruszyć głową, udać się, gdzie trzeba i z nikomu niepotrzebnych koszulek sportowych lub brzydkiego, zalegającego w magazynach cajgu, stworzyć kobiece bluzeczki we włoskim stylu, lub obcisłe, modne chłopięce spodnie. Śmiało można Barbarę Hoff nazwać prekursorką wyczynowego polskiego DIY.
Barbara Hoff przyszła na świat w 1932 roku w Katowicach. Od wczesnych lat lubiła się stroić i efektownie wyglądać, biorąc przykład ze swych dwóch, wyjątkowo stylowych babek. O jej wyborze drogi życiowej, jak to często bywa u ludzi wielkich, zdecydował jednak przypadek. Po ukończeniu studiów na UJ na kierunku historia sztuki, młodziutka Basia planowała kontynuować swą edukację, dostając się na łódzką Filmówkę. Jednak, gdy tylko zawitała w progach słynnej uczelni, dowiedziała się, że rekrutacja zakończyła się dwa dni temu i już nic się nie da z tym faktem zrobić. Zdobyte wykształcenie historyka sztuki pomogło jej jednak właśnie w branży modowej. Poprzez analogię do dzieł sztuki Hoff inteligentnie analizowała światowe tendencje i zręcznie adaptowała je, w wersji ekonomicznej, dla rodaków. Barbara Hoff postanowiła bowiem ubierać Polaków i dyktować im swoją wizję zachodniej mody.

Egocentryzm, mania wielkości? Nic z tych rzeczy, Hoff zdecydowała się w ten właśnie nietypowy sposób walczyć ze znienawidzonym przez siebie komunizmem, który próbował wcisnąć Polaków w paskudne szarobure ubiory, doskonale korespondujące z sytuacją polityczno-ekonomiczną kraju.

Skąd czerpała wiedzę o światowych trendach? Oczywiście z kolorowych, zagranicznych żurnali i czasopism, z których wycinała modne sylwetki i umieszczała je w „Przekroju” wraz z tekstem swego autorstwa, a także, nierzadko, wraz z rysunkowymi instruktażami modowymi. W międzyczasie spotkała bowiem Mariana Eilego, który, oczarowany jej nietuzinkową osobowością zaproponował, projektantce redakcyjną współpracę. Praca w słynnym tygodniku była zresztą niezwykle istotnym rozdziałem w życiu Hoff, poprzez regularnie publikowane w tygodniku felietony, teksty poświęcone modzie, a także współredagowanie kultowej rubryki „Demokratyczny Savoir Vivre”, realnie wpływała na to, jak noszą się i zachowują jej rodacy. Moda bowiem interesowała ją zawsze jako zjawisko społeczne. Najsłynniejszy projekt Hoff? Oczywiście trumniaki, czyli zmyślnie wycięte, zwykłe tenisówki pofarbowane tuszem kreślarskim na wzór modnych balerin. Ponoć pod koniec dnia stopy ówczesnych elegantek były przez to całe czarne, ale kto by się tym przejmował.
Hoff w kreatywny sposób podchodziła także do logistycznej strony swej działalności projektowej, omijała nieciekawe państwowe przydziały tekstylne, działając przykładowo na zasadzie indywidualnego zaprojektowania kolekcji dla danej fabryki, od której później odkupował ją do swej sprzedaży dom towarowy. Współpracowała z Corą, Radoskórem, a także ze szczecińską Odrą i rzecz jasna z warszawskimi Domami Towarowymi Centrum. Potrafiła chodzić po fabrykach i namawiać do wyprodukowania modnej tkaniny, po to by choć trochę zbliżyć Polaków poprzez modę do Zachodu. Barbara Hoff to dla starszego pokolenia marka sama w sobie, synonim pomysłowości i dobrego stylu. Czasem trochę deprecjonuje się jej modowe dokonania, no bo w sumie, co takiego ta Hoff zrobiła nadzwyczajnie wyszukanego. A tu wcale nie o wyszukanie chodziło: misją Hoff było ubranie Polaków na sposób zachodni, modny i stosunkowo przystępny dla ich kieszeni. I jak to może być „niczym nadzwyczajnym”, wszak to sztuka, która i dziś, w dobie ogromnej dostępności wszystkiego, udaje się niewielu. Pewnie gdyby zdecydowała się emigrować, mogłaby osiągnąć więcej – ze swoją ogromną inwencją twórczą i dobrym okiem do designu, nie musiałaby długo szukać intratnego zajęcia związanego z modą. W jednym z wywiadów czytamy, że wprawdzie składano jej różne atrakcyjne, zagraniczne propozycje współpracy modowej, ale zawsze odmawiała. bo to była właśnie zagranica, a nie Polska. Taka postawa wzrusza i zaskakuje, tym bardziej, gdy dowiadujemy się że Hoff przez pierwszych kilkanaście lat współpracy z Domami Towarowymi Centrum pozostawała ponoć nieopłacanym współpracownikiem-widmo, bez etatu, bez honorariów. Nie zrażała się jednak tym i dalej robiła swoje, żyjąc ze skromnej pensji dziennikarki „Przekroju”. Słynne opowieści o pękających pod naporem zainteresowanych szybach i interwencjach milicji w „Juniorze”, nie są wcale żadną miejską legendą bez pokrycia.

Zainteresowanie stoiskami Hoff  było ogromne i niewyobrażalne jak na ówczesne czasy, ekspedientki płakały i były przerażone tym, że mogą zostać stratowane przez żądnych mody ludzi, którzy nierzadko na to odzieżowe polowanie przyjeżdżali z drugiego końca Polski, tłukąc się do Warszawy pociągiem i marząc o zdobyciu wymarzonego łupu. Poruszające są pełne emocji wspomnienia klientek Hofflandu, dla których kolejki, przepychanki i problemy z dostaniem pożądanego modelu lub rozmiaru były niczym wobec satysfakcji z zakupu ciucha efektownego i dość wysokogatunkowego – ponoć troskliwie konserwowane projekty Hoff towarzyszą niektórym paniom do dziś, nie tracąc nic z koloru czy struktury. Marka naszej bohaterki, Hoffland, święciła triumfy przez kilkadziesiąt lat, bo swą działalność zakończyła w roku 2006, przegrywając, jak wielu, głównie w starciu z napływem taniej tureckiej odzieży. W podobnym czasie, w 2002 roku, zakończyła się także wieloletnia współpraca Hoff z „Przekrojem”. Czy XXI wiek to koniec wielkiej przygody Barbary Hoff z modą?
Szczęśliwie – nie. Historia zatoczyła koło i obecnie nasza bohaterka znów jest autorką interesujących felietonów o modzie w nowej edycji „Przekroju”.  Teksty jej są – jak zawsze – błyskotliwe i mądre, co wcale nie jest zjawiskiem zbyt częstym, jeżeli chodzi o świat ubioru. Pojawia się w nich wyważona refleksja poparta latami doświadczenia branżowego, do której to refleksji nie sposób się nie uśmiechnąć. Bez Hoff „Przekrój” nie byłby tym samym, kultowym czasopismem. To zresztą ciekawe i budujące, że obecny „Przekrój” jest magazynem nowym-starym, silnie odwołującym się do swej starej i szlachetnej tradycji, i temu głównie zawdzięczającym swój wielki sukces. Poza tym „Hoff” bywa niekiedy gościem – ekspertem na kierunkach projektowych, czasem również udziela wywiadów, z których, zawsze wyłania się jej obraz jako kobiety nieustępliwej, wyrazistej i mądrej. Ponoć prywatnie przebojowa Barbara Hoff jest osobą raczej trudno przystępną i niełatwo zawierającą nowe znajomości. O jej życiu osobistym także wiadomo raczej niewiele. Jej pierwszym mężem był kontrowersyjny literat i popularyzator jazz’u w Polsce – Leopold Tyrmand – słynący zresztą z nienagannego szyku i kolorowych, „bikiniarskich” skarpetek. W 1965 roku wyemigrował do USA, gdzie po listownym rozwodzie z Hoff rozpoczął nowe życie. W międzyczasie Barbara Hoff ponownie wstąpiła w związek małżeński. Jej mężem, już od kilkudziesięciu lat, jest fotograf Robert Kulesza.

Jeśli o fotografach mowa, to zapytam jeszcze, czy widzieliście słynne fotosy młodej Haliny Frąckowiak w kuszącej złotej zbroi na festiwalu w Opolu? Piosenkarka wyglądała wtedy po prostu zjawiskowo. Jej seksowny i skandalizujący, w tamtych czasach, kostium był właśnie projektem Barbary Hoff. Artystka nie ograniczała się, jak widać, jedynie do projektowania konfekcji, jej dziełem są także kostiumy do „Przekładańca” Andrzeja Wajdy oraz „Gry” Jerzego Kawalerowicza. Zdarzało się jej też ubierać Aleksandrę Ślaską czy zespół Breakout. Hoff jest również autorką książki „Wyznania starej Werterowej” oraz wraz z Janiną Ipohorską „Jak oni mają się ubierać” – pozycji w lekki i praktyczny sposób doradzający Polakom w kwestii doboru ubrań i kreowania własnego image’u. Obie te książki to lektura obowiązkowa dla amatorów pisarskiego stylu naszej bohaterki, warto więc poszukać ich w antykwariacie czy w bibliotece. To taka podróż sentymentalna, która daje czytelnikowi mądry dystans do pogoni za trendami i uświadamia mu, że bycie modnym nie musi wcale kosztować kroci, bo wystarczyć może po prostu odrobina polskiej pomysłowości.

Autor: Daria Woszczatyńska-Przybylska

foto źródło:Muzeum Narodowe w Krakowie, internet