Macie doświadczenia z domowym recyklingiem? Podejrzewam, że jakieś macie, w końcu każda z nas przeżyła choć raz sytuację, gdy ukochany przedmiot się zepsuł, a nie chciało się go wyrzucać lub gdy coś nie do końca sprawnego wyrzucić było po prostu szkoda. Znajdowanie funkcji zastępczych dla przedmiotów, które funkcji właściwej pełnić już nie mogą, jest chyba dość powszechnym zjawiskiem w wielu domach.

 

Niektóre przypadki domowego recyklingu są dość banalne: mało już nadający się „do gości” ciuch zamieniony zostaje na ciuch „po mieszkaniu”; przetarte lub podarte długie spodnie podcięte do roli krótkich spodenek; rozerwany łańcuszek wykorzystany jako bransoletka albo kolczyk, który stracił swoją parę, zawieszony, zamiast w uchu – na szyi, tym razem  jako wisiorek.

Inne przykłady okazują się mniej przewidywalne: podniszczona skarpetka, po ucięciu palców, staje się obcisłą kiecką dla lalki; pęknięty kubek – pojemnikiem na drobiazgi; a flakonik po perfumach – wazonikiem na suszki lub ozdobnym bibelotem na półce.

Ja również praktykuję domowy recykling. Przede wszystkim recykling ciuchowy: od fazy „do pracy i do ludzi już nie, ale po domu jeszcze tak”, poprzez „po domu już nie, ale do prac w ogrodzie jeszcze tak”, aż po fazę ostateczną „nawet do pracy w ogrodzie już nie, ale jako jednorazowa szmatka do psich łap, zanim trafi do kubła, jeszcze tak”. Wyznaję również intensywny recykling kubkowy: ponieważ do kubków mam ogromną słabość i kolekcjonuję je z zamiłowaniem, zawsze gorzko opłakuję każdy egzemplarz zbity lub pęknięty, po czym domagam się jego sklejenia i znajduję mu jakieś długopisy do przechowywania. W ten sposób śliczny kubek z balzakowską damą (pękło mu się na pół), kubek z wizerunkiem Berlina (pamiątka po którymś Dniu Berlińskim na Kontrapunkcie, z uszkodzoną ścianką) oraz kubek z Komendą Wojewódzką Policji (stracił ucho na służbie) opiekują się obecnie moimi cienkopisami, długopisami i mazakami. Poza tym wytrwały recykling pudełkowy – do pudełek też mam słabość i zawsze muszę sama ze sobą walczyć, by wyrzucić choćby proste kartonowe pudełeczko, a już te ładniejsze lub ciekawsze po prostu muszą zostać. Zabawne, plastikowe, przezroczyste pudełko po (bodajże) Ferrero Rocher stało się zbiornikiem na notatki do pewnego projektu literackiego. Pudełko po upominku z Państwowej Inspekcji Pracy służy obecnie jako przechowalniko-schowek na przenośny dysk i parę pendrive’ów. O losie innych pudełek, które długo szukały zastosowania, nim pozwoliły powiedzieć sobie wreszcie „żegnaj”, wspominać już nie będę.

Nie jestem szczególnie odkrywcza ani oryginalna w swoich recyklingowych pomysłach. Są jednak ludzie, którzy w przeciwieństwie do mnie nie tylko odróżniają stronę lewą od strony prawej i potrafią obliczać procenty, lecz również umieją wymyślić niebanalne zastosowania dla pozornie niedziałających już przedmiotów. Na przykład dla starych aparatów.

Mój partner okazał się takim bardziej odkrywczym egzemplarzem recyklingowca: zaczął przerabiać stare aparaty – takie naprawdę stare, klasyczne, staroświeckie, pamiętające czasy naszych rodziców, a może i dziadków – na lampki. Pomysł zachwycający w swej prostocie i prostotą zwodzący, bo jeśli przyjrzycie się takiemu lampko-aparatowi, uznacie, że w gruncie rzeczy to nic skomplikowanego: w miejsce obiektywu wsadza się żarówkę, do aparatu podłącza się kabel, wtyczka do gniazdka – i voilà, jest lampa! (Zaakcentujcie ostatnie słowo na ostatniej sylabie, wyjdzie ładny niby-epigramat). Rzeczywistość jednak nie jest taka prosta…

Aparat najpierw trzeba wybebeszyć. Samo wybebeszanie wymaga sporo ostrożności, bo przecież nie chodzi  to, by coś uszkodzić, porysować czy zdeformować. Obiektyw nie jest na dzień dobry dostosowany do trzymania żarówki, konieczne więc staje się zmontowanie jakiegoś trzymadła. Pozostaje jeszcze kwestia kabla i spółki, czyli poprowadzenia przewodów, tak by żarówka, kabel, wtyczka i włącznik chciały współpracować. Jednym słowem, wymaga to podłubania, pogrzebania, nieraz pokombinowania, jak rozwiązać techniczną zagwozdkę. Przerobienie aparatu na lampę to zatem wcale nie taki pikuś, jak mogłoby się na początku wydawać; za to efekty są zachwycające (spójrzcie na zdjęcia).

Aparat oświetlający mieszkanie stwarza niesamowity klimat – zwłaszcza wieczorem, gdy wszystkie inne światła są wyłączone i świeci się tylko stercząca dumnie w obiektywie żarówka. Lubię przy takim oświetleniu robić plany na nowy dzień, czytać albo coś oglądać; lubię w ogóle ten widok, połączenie czegoś tak codziennego jak żarówka z czymś wręcz zabytkowym (stare aparaty naprawdę wyglądają jak zabytki; podejrzewam, że sporo współczesnych nastolatków na ich widok zapytałoby ze zdziwieniem: „A co to i do czego? Do zdjęć? Serio? I niby kiedy się tego używało, za czasów dinozaurów?”).

Aparato-lampy z pewnością przełamują nudę i banał domowego oświetlenia, nadają pomieszczeniu szczególną atmosferę. Jeśli nie wierzycie, przejdźcie się na Wojska Polskiego do Coffee House, które otrzymało kilka takich egzemplarzy – wyjątkowo pasują do wnętrza (zresztą właśnie w Coffee House można jeszcze te aparato-lampy dostać). Są też pięknym dowodem na to, jaką designerską siłę ma recykling: przedmiot po przeróbce okazuje się ciekawszy niż w wersji przed przeróbkami.

Jest jednak jeszcze inna zaleta takich aparatów i wszelkich działań recyklingowych, zaleta, o której zwykle się głośno nie mówi, choć powinno się o niej krzyczeć. Zaleta bardzo prosta: prace recyklingowe zajmują czas. Co to oznacza w przypadku aparatów? Parę godzin ciszy i spokoju, gdy facet w skupieniu patroszy sprzęt, doprowadza we właściwe miejsca kable i inne, klei, łączy, sprawdza, lutuje, uelektrycznia i tak dalej. Parę godzin, które człowiek (czytaj: ja) może spędzić na czytaniu, oglądaniu, pisaniu lub lenieniu się, w odprężającej atmosferze, jaka pojawia się zawsze, gdy chłop jest zajęty i nie zawraca Ci głowy. Choćby z tego powodu warto popierać recykling i zachęcać do recyklingowania osoby, z którymi się mieszka. Fajny nowy sprzęt i trochę świętego spokoju – czego może chcieć więcej współczesna kobieta? (Oczywiście poza książkami, butami, czekoladą, spotkaniem w dobrym babskim gronie, wciągającą pracą, przyzwoitą płacą i całą resztą… OK, nie było pytania).

Po cichu chodzą mi po głowie inne recyklingowe marzenia okołolampowe. Nie obraziłabym się, gdyby na lampę udało się przerobić podniszczone, lecz wciąż budzące sentyment szpilki; rozpadającą się książkę, którą wprawdzie zamieniło się już na lepszy model (czyli na nowy egzemplarz), ale tego starego tomiszcza aż żal wyrzucać; pęknięty kubek, który wody już nie utrzyma, jednak z żarówką jakoś sobie poradzi. Nie, nie pytajcie mnie, jak w takich przedmiotach załatwić dopływ prądu, uchwyt na żarówkę, w ogóle możliwość działania – to nie moja broszka, ja jestem prosty recyklingowiec, który pęknięte kubki przerabia na pojemniki z długopisami, a zniszczone buty zamienia na nowe tylko poprzez zakupienie innej pary. Jestem prostym recyklingowcem i nie dorastam do pięt specom, którzy z aparatu robią lampę. Na szczęście takiego speca mam w domu, a to oznacza, że mam również lampę – nawet jeśli chwilowo nieaktywną, bo z powodu niedoboru wtyczek spec podczas robienia aparatu dla kogoś zabrał wtyczkę z mojej lampy.

I to jest minus posiadania speca w domu: macie aparato-lampę, nie macie wtyczki. No cóż, coś za coś. Ale i tak twórczemu recyklingowi mówię stanowcze „Tak!”. A wtyczkę jakoś odzyskam.

fot. Krzysztof Kobielski, https://www.facebook.com/kobielski.photo/

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.