BABA POWER

To będzie felieton-akcja propagandowa. Bardzo dla mnie ważna akcja.

Widzicie, jest sobie pewna Dorota. Dorota jest osobą niesamowicie pozytywną – pozytywnie otwartą na innych, pozytywnie przyjmującą cudzą odmienność, pozytywnie ciekawą tego, jaka jesteś Ty, tak bardzo różna od niej, różna w sposób wartościowy i twórczy, a nie zły i destrukcyjny. Dorota ma poczucie humoru, które bawi, ale nie rani; chęć niesienia pomocy ludziom, zwłaszcza tym, którzy najbardziej jej potrzebują, a najmniej dostają; głód poznawania, ale bez potrzeby pożerania i zawłaszczania ludzi, spraw czy rzeczy, które się poznaje.

Brzmi dobrze, prawda? Tak, na razie.

Bo widzicie, jest sobie Dorota, która walczy – od długiego czasu walczy z chorobą, która ma lepszy pomysł na Dorotożycie niż sama Dorota. Jest Dorota, która zmaga się z takimi zdrowotnymi akrobacjami (i od razu z tak cudownymi psychozami naszego publicznego systemu zdrowia), że gdybym ja miała dostać ćwierć tego i tylko na tydzień, własnoręcznie odgryzłabym sobie głowę. A przy tym wszystkim, z czym walczy, Dorota ciągle ma tę swoją pozytywność, to ciepło i życzliwość dla świata. Nie dla wielkiego, abstrakcyjnie rozumianego Świata, tylko dla zwykłego, codziennego, małego świata – dla poszczególnych ludzi, dla zwierząt, dla ciekawych wydarzeń i budzących nadzieję działań. Ot, choćby dla kotów, które w ostatnim czasie ją otaczają – zwykłe koty, takie, które wielokrotnie widziałyście na różnych zdjęciach z serii „zwierzak szuka domu”;  zwykłe koty, które mają niezwykle dobrze z tą swoją osobistą Człowieczycą, karmiącą, głaszczącą i podziwiającą.

Dorotę znam od wielu lat przez Internet, na żywo spotkałam raz. Wystarczyło. To dla mnie taki typ człowieka, który stanowi miarkę mojego, Twojego własnego człowieczeństwa: jeśli lubisz – to z Tobą jako człowiekiem wszystko jest dobrze. Jeśli nie lubisz – to niestety wyraźny znak, że coś z Tobą nie tak. Ludzie tego rodzaju są niezmiernie rzadcy – sama spotkałam ich przedstawicieli zaledwie raz czy dwa w życiu. Wobec nich dopada mnie swego rodzaju onieśmielenie, bardzo paradoksalne – bo nie jest nieprzyjemne, wprawiające w zakłopotanie czy złość, wręcz przeciwnie, jest całkiem przyjemne i dziwacznie łagodzące pewne osobiste kanty. Chciałabym mieć wokół siebie więcej takich ludzi. Chciałabym nie tracić tych, których już mam.

Ze spotkania z Dorotą pamiętam książki – książki w jej pokoju, książki w kawiarni, do której poszłyśmy, książki w antykwariatach, po których chodziłam albo sama, albo z nią, książki w naszych rozmowach. Pamiętam też historie – historie innych ludzi, bo Dorota kojarzy mi się z ciągłym mówieniem głośno o tych, których głos nie jest w stanie sam się przebić.

Pamiętam też kilka wspomnień o jej chorobie – i to chyba tkwi we mnie najmocniej. Nie wyobrażam sobie, bym potrafiła psychicznie udźwignąć choćby połowę tego, co ona dźwigała i dźwiga; tym bardziej nie potrafiłabym tego udźwignąć bez wściekłego krzyczenia o niesprawiedliwości losu, o tym, że inni mają lepiej, o tym, jak bardzo mam pretensje do całego świata. Tym bardziej nie potrafiłabym – i pewnie nawet bym nie chciała – wykrzesać z siebie choćby minimum życzliwości dla innych, minimum zainteresowania ich problemami, minimum zaciekawienia tym, co wokół. Ile razy wspominam ten jeden poznański dzień rozmów, mam przed oczami dziewczynę, która z niesamowitą godnością i ciepłem dla świata dzień po dniu walczy z potworami.

Gdy porównuję jej sytuację ze swoją, czuję wstyd – wstyd na myśl o tym wszystkim, co mnie na co dzień złości, martwi, przez co mruczę lub krzyczę „Co za głupota! Jacy kretyni! Po diabła mi to!”. Wstyd, bo na dziesięciopunktowej skali „wartościowy człowiek” jej dałabym pełną dziesiątkę z plusem, sobie – maksymalnie okolicę czwórki (w lepsze dni). Ale człowiek, któremu wystawiłabym z człowieczeństwa najwyższą ocenę, musi codziennie podejmować ciężką, wyczerpującą walkę o zdrowie. A ja, ze znacznie niższą notą, walczę co najwyżej z przeciągającym się remontem i z tym, że nie zdążyłam zrobić w pracy jednej czy dwóch rzeczy z planu na dziś. Głupio mi z tym, tak zwyczajnie. I jeśli na co dzień marudzę o niesprawiedliwości życia, która mnie dotyka – to tu widzę taką życiową niesprawiedliwość, od której głos mi zamiera.

Chciałabym za jakiś czas znów móc spotkać Dorotę i pogadać – o książkach, o psach i kotach, o bzdurach, o których najlepiej rozmawia się właśnie z ludźmi, z którymi można rozmawiać na niezwykle poważne tematy. I chciałabym oglądać na Facebooku Dorotowe koty bez zastanawiania się, czy urocza kocia poza nie skrywa wykrzywionej bólem ludzkiej twarzy. Bo, parafrazując Szymborską, choroba i ból – tego się nie robi człowiekowi. Ani kotu.

W tym wszystkim najbardziej rozwściecza mnie fakt, że do walki o zdrowie dochodzi walka o fundusze na leczenie. Bo nasz cudowny system zdrowia tego nie refunduje, tamtego nie ma w pakiecie, a na to będzie miejsce za dwadzieścia lat. Spadaj albo płać, bo przecież składki nie po to są, żeby ciężko chory człowiek mógł dzięki nim otrzymać pomoc lekarską, naiwniaczko.

Na szczęście są też ludzie, ci wokół. Otoczenie Doroty zaczęło zbierać pieniądze na jej leczenie. Pod mottem „Each time women gather in circles together, the world heals a little more” ruszyła akcja „Bazarek dla Doroty” – sprzedaż przedmiotów i usług, z których dochód trafi właśnie do potrzebującej. Spójrzcie jeszcze raz motto, tym razem w moim luźnym tłumaczeniu: za każdym razem, gdy kobiety gromadzą się wspólnie w kole, świat zostaje odrobinę bardziej uleczony. Samo w sobie jest ładne, ale dopiero w realizacji staje się prawdziwe i sensowne. Bazarek jest taką realizacją, dobrą i ciekawą; natomiast siła, która stoi za bazarkiem – nasza kobieca siła, nasza baba power, to coś, co mogłoby wyrwać i przenieść wulkany na Antarktydę i z powrotem, a jeśli tego nie robi, to tylko dlatego, że znalazło sobie ważniejsze zajęcia. Takie jak walka o zdrowie dziewczyny, która sama ma wielki zasób baba power.

Chcę Was namówić, poprosić, zmotywować – nazwijcie to, jak chcecie – do przyłączenia się do tej baba power, do wsparcia walki ze zdrowotnymi potworami, którą w tej chwili prowadzi jedna z nas. Możecie dorzucić parę groszy od siebie – trzy złote, pięć złotych, pomyślcie, co to jest na jedną głowę? Czekolada, codzienna gazeta, kubek kawy z automatu. Da się przeżyć z jedną czekoladą, gazetą, kawą mniej. Ale jeśli na tej zasadzie dorzuci się sto osób – to już się robi poważniejsza kwota, którą potrzebujący człowiek naprawdę odczuwa.

Możecie odwiedzić bazarek, poszukać czegoś dla siebie i kupić lub wylicytować, a nawet wystawić (ja na przykład na bazarku wystawiłam książkę oraz swoje usługi korektorskie). Zobaczcie, jaka to świetna forma: Wy dostajecie coś ładnego, przydatnego lub ciekawego. Dorota dostaje pieniądze na leczenie. Osoba, od której coś kupicie, dostaje poczucie, że udało jej się pogromić choćby małego chorobowego potwora. A wszystkie trzy – dostajemy takiego kopniaka babskiej mocy, że już na samą myśl o nim bolą mnie cztery litery. Bardzo pozytywnie bolą. Bazarek jest tutaj, pełen dóbr wszelakich: https://www.facebook.com/groups/203993033864295/ – dajcie mu przynajmniej szansę i przejrzyjcie oferty. Bo naprawdę warto.

Piszę o tym, bo wierzę w sens i potęgę tej baba power – wierzę, że zebrane razem, jesteśmy w stanie przenosić góry. Tylko akurat góry nic mnie nie obchodzą, obchodzą mnie ludzie.

Tak naprawdę Wy już się przyłączacie do tego wspierania, czytając grudniowe felietony – bo moje wynagrodzenie za nie też trafi do Doroty. To wkład „Kobiecej Sprawy” w baba power (uściski, wspaniała Redakcjo!). I choćby za to Wam dziękuję.

A teraz pomyślcie o wszystkich Dorotach, które miałyście, macie lub będziecie miały (tego Wam życzę!) wokół siebie. Nie zawalczyłybyście o nie? No właśnie. Ja też. Więc jeśli chcecie, by kiedyś inni przejęli się Waszymi Dorotami, dziś przejmijcie się moją.

Wiem, że nie ma ludzi nie do zastąpienia. Ale wiem też, że są ludzie, których się nie chce zastępować. Lepszego argumentu nie potrafię znaleźć. I być może wcale nie muszę.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.