Bądź trzeźwy, czytaj książki!

No i proszę, już po świętach, Wielkiej Nocy i Wielkim Poście. Śmiało możemy balować, w końcu Chrystus zmartwychwstał. Szał! Stężenie alkoholu, które zabija inne nacje, dla nas i naszych wschodnich braci jest do przeżycia, z naciskiem na „jeszcze!”. Zupełnie odwrotnie aniżeli z książkami…

Ja powiadam: to pomówienia. Wcale nie pijemy tak dużo. Bo przecież tych danych nie można interpretować  bez kontekstu, parametrów  jak powody, dostępność czegokolwiek, długość dnia, klimat, struktura zatrudnienia, zaludnienie. Musimy jeszcze dołożyć czynniki stresogenne. Bo jak porównać Polaka na przykład z Chińczykiem? Po pierwsze, ci ostatni o pracę się nie martwią, mają ją od dziecka. Żyją w kraju uporządkowanym i opierającym się kapitalistycznemu wyzyskowi. Są ekologiczni, dzieci np. kąpią się w wodzie po dziadkach i rodzicach i jedzą zdrowo i bogato (owoce morza, ryż,). To i nie chleją za mocno, a jak już, to z klasą. A my, bardzo proszę. Nie stać nas na owoce morza. Od dziecka musimy ciągnąć od rodziców kasę, wiecznie dostajemy jakieś nowe zabawki i jakoś trzeba to ogarnąć, później mamy stres z wyborem szkoły, znalezieniem pracy, małżonka. A jak już to wszystko zaliczymy, wówczas zaczyna się egzystencjalny wkurw. Szukamy więc momentów, kiedy możemy zdystansować się od problemów i odseparować od parującego mózgu.

 

Pozwalamy by alkohol zabrał nas w nieznane, często zarośnięte bluszczem, zapuszczone rejony. Pijemy  więcej i więcej,  testując odporność i podnosząc dopuszczalne wskaźniki. Tak oto bijemy rekordy, chlubne, niechlubne rzecz gustu. To jedyny trening, w którym jesteśmy konsekwentni do bólu i wymiotów. Z alkoholizmu też można wyżyć.

Nie bardzo słynna polska eksmodelka-alkoholiczka niejaka Ilona, tak się kajała, że aż książkę napisała i proszę bardzo, można się zachować! Tak więc nie jesteśmy tacy głupi, swój rozum mamy i porażkę w sukces przekuć potrafimy.

Tyle tylko, że z czytelnictwem u nas ciut słabiej, niż ze spożyciem alkoholu. Czytamy dużo mniej, niż pijemy i może to nie hańba. Przecież po alkoholu dużo barwniej widzimy, głębiej odczuwamy, mocniej odchorowujemy. Doznajemy nierzadko chwilowych olśnień, miłostek rankiem gorzej wyglądających. Czyż to nie jak w baśni? Jakby po przeczytaniu pasjonującej lektury, która częstokroć zostawia w nas podobne ślady.

Z danych wynika, że najchętniej czytamy (czyt. robimy przegląd) gazety z programem telewizyjnym, a w nich czasem jakaś plotka z dużym zdjęciem przykuje naszą uwagę.Córki i synowie nasi  moja narzekają, że lektury czytać muszą, że jakiś starożytny język, który trudno zrozumieć i fabuła jakaś nijaka. Słucham nieraz  i myślę: na Boga!, czyżby rozważania Kanta na temat dowodów istnienia Stwórcy w szóstej klasie przerabiali? Nie za wcześnie oby? Zaglądam i widzę „Sposób na Alcybiadesa” Edmunda Niziurskiego. Prawie starogreka!

Czym zatem możemy pochwalić? Możemy pochwalić się prędkością pisania i czytania SMS-ów. Książka jest za długa. Zdania zbyt złożone, mało czytelne, a synonimy i metafory mogą nie istnieć. I tak tego nikt nie zrozumie. Postęp spowodował, że nasze mózgi i oczy odzwyczaiły się od dłuższych niż jedno zdanie z użyciem skrótów i skrótowców tekstów. Tak więc Międzynarodowy Dzień Książki trzeba by zamienić na przykład na Międzynarodowy Dzień SMS-a lub e-Maila. To jedyne, co teraz czytamy pasjami. Gdy mail jest zbyt długi, wrzucamy go do spamu i już. Albo weźmy przykład listów i kartek świątecznych, które kiedyś radowały nasze serca, gdy trzęsącymi dłońmi w oczekiwaniu na treść, otwieraliśmy skrzynkę na listy. Dziś poczta to skansen, a kartki pocztowe to eksponaty, znaki mijającego czasu

Jak mamy zatem czytać książki, skoro nawet nie mamy czasu przeczytać mini artykułu, 2000 tysiące znaków bez spacji? Łykamy krótkie wiadomości, duże kolorowe zdjęcia, emotikony zastępują słowo pisane. Nastał komiksowy sposób przemawiania i komunikowania. Tłumaczymy to naukowo brakiem czasu i zmęczeniem., słynnym pędem życia. To prawda, że aby przeczytać coś wartościowego, musimy znaleźć chwilę i kojarzyć fakty. Dlatego absolutnie polecam toaletę,  jako jedyne, ostatnie miejsce w naszych domach, gdzie w miarę spokojnie, w skupieniu, możemy wczytać się w treść i pomyśleć, co autor miał na myśli. Oczywiście dobrze mieć więcej niż jeden kibelek, z racji potrzebujących domowników lub najazdu gości. Jednak, gdy już zasiądziemy tam, nikt nie będzie śmiał nam zarzucić, że marnujemy czas, czytając. My zaś rozgrzeszeni, wtopimy się w czcionkę książki grubszej niż poradnik kieszonkowy: jak zdobyć pracę.

Jedyne ryzyko to hemoroidy, ale jakżeż wyjdziemy oczyszczeni, nie tylko fizjologicznie.

z pozdrowieniami

S.A.N.C