„Optymalizacja status quo. Grupowanie czyli konsolidacja, kasacja i wirtualizacja – czyli finanse pod obcasem :)”

„Doradca finansowy” po polsku, to człowiek z fajną, złotą wpinką w klapie marynarki, który twierdzi, że jego usługi są darmowe dla klienta…

 

Optymalizacja finansów osobistych.

Zakładam, droga kandydatko na kobietę finansowo niezależną, że wiesz już mniej więcej, ile pieniędzy wystarczy na pokrycie Twoich wydatków miesięcznych. Czyli wiesz, ile przychodu pasywnego muszą wygenerować Twoje aktywa, abyś mogła spokojnie patrzeć na rachunki i nie martwić się o jutro ze swojego domku na wsi czy też apartamentu w Rio.

W tak zwanym praniu wychodzi, że człowiek, który aspiruje do wolności finansowej, bardzo chciałby móc orzec jak najszybciej, że osiągnął już ten magiczny próg i zaniża wystarczającą mu do życia kwotę. W praktyce wygląda to tak, że można teoretycznie żyjąc o chlebie i wodzie w jakiejś jaskini twierdzić, że jesteśmy wolne finansowo, bo wygenerowałyśmy 200 pln z odsetek na koncie i jest high life :). Ale chyba nie o to chodzi.
Zakładamy więc, że chcemy zachować przynajmniej taki standard życia jak dotychczas lub go polepszyć i nadal być finansowo niezależne.

Nie zaszkodzi natomiast przyjrzeć się krytycznym okiem i zobaczyć co można zoptymalizować, czyli zaoszczędzić na poczet przyszłych inwestycji 🙂 Bo miło jest mieć jakieś środki na rozpoczęcie, choć nie jest to warunek konieczny.

Nie jestem zwolennikiem oglądania każdej złotówki przed jej wydaniem, ani nie jestem z Poznania tudzież Krakowa 🙂 a tym bardziej ze Szkocji. Natomiast nie lubię, gdy mnie jawnie dostawcy robią w konia i wykorzystują mój brak orientacji w ofertach konkurencji.

Dlatego też raz na jakiś czas warto jest rozejrzeć się i zweryfikować o ile taniej za to samo byłoby u innego operatora telefonicznego, dostawcy kablówki czy Internetu. Czasami nawet nie trzeba niczego zmieniać, bo gdy obecny dostawca zostanie poinformowany o chęci wymiany na lepszy model chętnie zmieni warunki umowy na korzystniejsze dla nas. Być może w skali miesiąca będzie to kilkadziesiąt złotych, ale w skali roku kwoty robią się już trzycyfrowe lub czterocyfrowe i zaczyna być szkoda. Czasami można zweryfikować czy rzeczywiście to co mamy w umowie nadal spełnia nasze oczekiwania i czy aby przypadkiem nie płacimy za coś czego po prostu nie używamy. Zmiana zakresu umowy jest też możliwa.

Chyba największe oszczędności można jednak uzyskać poprzez przyjrzenie się dokładniej swoim największym wydatkom, takim jak kredyty mieszkaniowe, karty kredytowe, raty za wyposażenie domu itp. Banki to też ludzie i można renegocjować umowy. Można skonsolidować kredyty i pożyczki w jedno i można też zmienić bank na taki, który da nam lepsze warunki i tyle. Ślubu z bankiem nie bierzemy. Powiedziałabym raczej aby krytycznym okiem przyjrzeć się swojemu związkowi z bankiem i dać mu do zrozumienia, że miesiąc miodowy się skończył.

Trzeba natomiast dobrze wyliczyć czy nam się taka konsolidacja opłaca, bo szlag mnie trafia jak słyszę reklamy banków w stylu ‚niska rata’ (w domyśle „tak, ale przez 100 następnych lat, płacona jeszcze przez Twoje dzieci i wnuki”). Za tym kryje się ogromny całkowity koszt kredytu!

Kolejnym kitem są jakieś ‚premie za lojalność albo regularne spłacanie kredytu’. Ten, kto to wymyślił po prostu jest mistrzem manipulacji. Kto za to płaci? Pan? Pani? Wszyscy płacimy? Społeczeństwo? Bo na pewno nie bank! Oczywiście, że my za to zapłacimy pod przykrywką wyższego oprocentowania kredytu lub prowizji banku za jego udzielenie i gdybyśmy byli na tyle mądrzy i znaleźli korzystniejszy kredyt, to byśmy sobie sami tą premię wręczyli nie czekając na łaskę banku!

Jeżeli nie wierzycie swojej ocenie, to możecie skorzystać z pomocy ‚doradcy finansowego’, ale też bardzo uważnie! Oni też dostają prowizję – i kto za to płaci? … No, szybko się uczycie! 🙂 Ja swoje decyzje konsultuje z trzema czy czterema ‚doradcami’ na prowizji i weryfikuje ich lotne pomysły u źródła, czyli bezpośrednio w danym banku. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby bank mi dał bezpośrednio gorszą ofertę niż pośrednik.

A wabiki pod tytułem ‚załatwiamy za Ciebie formalności’ to już po prostu czyste straszenie i wprowadzanie klienta w błąd, jakoby tych formalności było tak bardzo dużo. I tak i tak musimy donieść pewne dokumenty (pośrednik ich sobie nie wyprodukuje), a co za różnica, czy dostarczymy je do banku czy do pośrednika. Kiedyś nawet zdarzyło mi się, że pośrednik chciał więcej dokumentów niż sam bank. Chyba próbował tym uzasadnić swoją wartość dodaną dla banku, bo klientowi na pewno to nie służyło.

Temat ‚doradców finansowych’ w Polce budzi we mnie zresztą regularną niechęć i postanowiłam przy tej okazji przelać na papier, co mi na sercu w tym temacie leży.

Doradca Finansowy czy Sprzedawca Produktów Finansowych?

Na niewiedzy finansowej narodu polskiego wyrosły firmy które szczycą się posiadaniem ‚doradców finansowych’. Co ciekawe, jest to fenomen naszego kraju, bo mieszkając za granicą przez kilka lat nie zauważyłam takich tworów. Ze zdumienia nie mogę wyjść, że ludzie nadal wierzą w darmowe usługi doradztwa finansowego.

Jak to wygląda w świecie?

Doradca finansowy na zachodzie to człowiek, któremu my jako klient oficjalnie płacimy za doradztwo. Często dostaje on, oprócz wynagrodzenia bazowego, prowizję od zysku wygenerowanego dla swojego klienta (czyli dla nas) dzięki swoim trafnym poradom, lub procent od wartości wszystkich aktywów, którymi doradca pomaga zarządzać.
I to jest marchewka, która powoduje, że doradcy finansowemu zależy na tym, abyśmy na podstawie jego porad podejmowali dobre i rentowne decyzje, zarabiali na nich i mnożyli swój majątek. Na zachodzie funkcjonują instytucje, które certyfikują doradców finansowych np. FINRA (The Financial Industry Regulatory Authority). Certyfikat uzyskuje się po zdaniu 7 egzaminów z zakresu finansów i nie każdy może do nich podejść – trzeba zostać ‚zasponsorowanym’ przez swojego pracodawcę, należącego do grupy firm członkowskich FINRA.

A u nas prawie jak na świecie… przy czym prawie robi naprawdę dużą różnicę…

W Polsce ‚doradcą finansowym’ może zostać każdy. Nie regulują tego zawodu żadne przepisy prawa. Do jego uprawiania nie jest potrzebny żaden certyfikat ani nawet odpowiednie wykształcenie czy licencja. Wprawdzie Komisja Nadzoru Finansowego czujnie przygląda się tym praktykom i nawet podobno postanowiła uregulować sprawę ‚doradców’ poprzez wprowadzenie specjalnych egzaminów i certyfikatów, ale na razie nie ma konkretnych efektów.

Póki co, ‚doradca finansowy’ po polsku, to człowiek z fajną, złotą wpinką w klapie marynarki, który twierdzi, że jego usługi są darmowe dla klienta, bo to instytucje finansowe z którymi on współpracuje za to płacą.

O Matko Boska! A te instytucje finansowe to organizacje charytatywne, które lubią dofinansowywać swoich klientów bo mają bardzo dużo pieniędzy nadrukowanych i nie mają co z nimi robić. Kto za to płaci, co? Pan? Pani? Społeczeństwo? Instytucja finansowa to przedsiębiorstwo działające dla zysku i chętnie ominie pośrednika jeżeli da się mu taką możliwość. Mam nadzieję, że już załapałaś o co tu chodzi.

Analogicznie – czy nazwałabyś doradcą sprzedawczynię w sklepie odzieżowym? Jakie jest główne zadanie sprzedawcy w sklepie? Sprzedać coś klientowi. Jeżeli sprzedawca jest na prowizji, to zależy mu, żeby sprzedać klientowi jak najwięcej i jak najdrożej. Czy uwierzysz w 100% sprzedawczyni w sklepie w to, że na pewno dobrze wyglądasz w tych ciuchach, które mierzysz? Czy bardziej zaufałabyś stylistce, której zapłacisz za usługę stylizacji i która doradzi i wybierze z Tobą takie rzeczy, w których rzeczywiście będziesz wyglądać korzystnie?
Tak więc do ‚doradców finansowych’ w Polsce podchodzę z dużym dystansem i traktuję ich porady jak sugestie sprzedażowe. Czasami nawet ich oferta nie jest najgorsza… ale najlepsza też nie jest.

Bywa, że taki ‚doradca’ spędzi z nami trochę czasu, żeby przeanalizować naszą obecną sytuację finansową i podczas gdy my się będziemy cieszyć, że ktoś rzeczywiście o nas dba, doradca będzie analizował w jaki sposób można nas najefektywniej ‚wydoić’, rzucając przy tym dużo fachowego słownictwa i robiąc poważne miny sugerując że jesteśmy dla niego wartościowym klientem.

Mój specjalista kredytowy w banku opowiedział mi jakie ‚ciekawe’ kredyty przynosili mu ‚doradcy’ do zrobienia dla swoich klientów – do dziś zbieram szczękę z podłogi jak sobie przypomnę następującą inżynierię finansową ‚wysokich’ lotów.

Klient chciał zaciągnąć kredyt hipoteczny na zakup mieszkania latem 2007 roku. ‚Doradca’ miał większą prowizję z wpłat na fundusz inwestycyjny, wiec zasugerował klientowi, żeby ten posiadaną przez siebie gotówkę włożył w owy fundusz (natychmiastowa prowizja dla doradcy) i zaciągnął kredyt na mieszkanie na większą kwotę (znowu prowizja od większej kwoty kredytu) tłumacząc, że na funduszu inwestycyjnym klient więcej zarobi niż wyniosą odsetki od dodatkowego kredytu. Trzymajcie mnie! A co z różnicą w poziomie ryzyka? To taki mały szczegół.

Moj specjalista kredytowy w banku miał poważny problem etyczny, żeby taki kredyt zrobić, bo w sumie to w interesie banku jest, żeby klient spłacał regularnie swoje zobowiązania i nie zalegał bo to tylko dodatkowy koszt i kłopot dla banku. Chyba nie muszę nikomu przypominać co się stało na rynku akcji i funduszy na nich opartych latem 2007 roku. Dupa blada.

Niestety przykłady można mnożyć i nie wiem czy nie powstały już jakieś grupy ludzi pokrzywdzonych przez ‚doradców finansowych’. Jeżeli nie, to jest to tylko kwestia czasu.

Oczywiście firmy pośredniczące uzasadniają jak mogą swoją wartość dodaną, mówiąc, że mają specjalne wynegocjowane stawki, bo kupują po cenie ‚hurtowej’, bo mają swoich ludzi siedzących fizycznie w bankach i obsługujących papierologię itp.  Ale i tak ‚bottom line’ jest taki, że każdy taki produkt można kupić taniej bez pośrednika.
Może za wyjątkiem jednej sytuacji, która też ma miejsce na naszym rynku, kiedy to pośrednik należy do tej samej grupy kapitałowej co bank i wtedy taki pośrednik ma celowo ‚taniej’ niż w banku. Dzięki czemu bank ‚odstrasza’ swoją ofertą i unika roboty związanej z obsługą kredytu, którą de facto wykonuje za niego pośrednik, a cały zysk idzie i tak do tej samej, wielkiej kieszeni. A co ma z tego pośrednik? Pośrednik korzysta na marketingowym ‚efekcie halo’ (o! tu rzeczywiście jest taniej!) i wciska klientowi kolejne produkty, ewidentnie droższe niż gdzie indziej.

Śmiem uważać, że polskie firmy, szczycące się dostarczaniem niezależnego doradztwa finansowego, lata świetności mają już za sobą, bo poziom wiedzy finansowej w Polsce będzie się podnosił, a już na pewno ludzie posiadający jakiś majątek i trochę rozumu nie skorzystają z ich oferty. Jeżeli już, to tacy ludzie zdecydują się na ‚Private Banking’ czyli na usługę zarządzania majątkiem w konkretnym banku, w którego interesie będzie powiększanie majątku klienta trzymanego na kontach, a nie skubanie tegoż klienta jednorazowo gdzie popadnie.

I w sumie przykro, że tworzy się biznes model oparty na niewiedzy, niskiej samoocenie i lenistwie Polaków. Ech….

A wracając do naszej sytuacji finansowej….

O co chodzi z tą wspomnianą w tytule ‚wirtualizacją’?
W obecnych czasach mamy niebywałą możliwość ułatwiania sobie życia poprzez bankowość internetową. Mamy też możliwość płacenia kartami płatniczymi i kredytowymi oraz generowania elektronicznych wyciągów. Praktycznie, gdybyśmy się uparli, to bardzo rzadko używalibyśmy gotówki jako środka płatniczego. Jak można to wszystko wykorzystać do opanowania swoich finansów? Oto, jak ja to wykorzystuję:

– Posiadam jedno konto dostępne przez Internet do zarządzania finansami domowymi.

– Wszystkie opłaty stałe robię zleceniami stałymi automatycznie z konta.

– Wszystkie rachunki płacę przelewami z konta przez Internet.

– Posiadam jedną kartę kredytową i jedną kartę do konta osobistego.

– Na kartę kredytową wrzucam wszelkie wydatki zmienne, które w zasadzie są opłatami za mniejsze lub większe przyjemności (dzięki czemu od razu widzę po rachunku z karty jak przebalowałam dany miesiąc).

– Kartą do konta osobistego – kartą debetową dokonuję wszelkich zakupów stałych i koniecznych oraz wypłaty gotówki na zakupy konieczne.

Dzięki powyższemu podziałowi mam mniej roboty ze zgadywaniem, na co poszła gotówka (bo poszło jej mniej) i już na pierwszy rzut oka wiem jaki jest stosunek moich wydatków stałych do moich wydatków zmiennych.

I tu często pada pytanie: Ale jaki ten stosunek jednego do drugiego powinien być? Czyli stosunek wydatków stałych do wydatków zmiennych? I oczekiwanie, żeby podać to w procentach…..

A ja mówię, że stosunek powinien być WŁAŚCIWY, czyli taki, żeby czuć się z nim dobrze, a jednocześnie żeby pozwalał na inteligentne planowanie swojej finansowej przyszłości. Są jakieś teorie, że dobrze na opłaty stałe przeznaczyć X% a na wydatki zmienne Y% i na inwestowanie Z% itp. Ale to wszystko zależy od kwoty, którą się dysponuje. Dla osoby ledwo wiążącej koniec z końcem ten stosunek będzie 96%/4%, a dla milionera 4%/96%.  Nie ma jednej recepty, bo każdy dysponuje innym budżetem i reprezentuje inny styl życia.

Warto się poobserwować przez chwilę i samemu zobaczyć jaki stosunek jest dla nas zdrowy i ile pieniędzy możemy bez większych poświęceń przeznaczyć na budowanie pasywnego przychodu lub oszczędzanie czyli na planowanie swojej finansowej przyszłości. Gdy już ustalimy co jest dla nas dobre tej wersji będziemy się trzymać 🙂

$prytna Kobieta

W następnym odcinku:
Zmiana myślenia – największa zmiana w Twoim życiu zaczyna się w Twoim mózgu…


$prytna Kobieta dla http://www.nowamatkapolka.pl/

źródło: Artelis.pl.