Mordercze dewiacje są mrocznym i (niestety) nieodłącznym elementem każdego społeczeństwa. Niezbadane zakamarki ludzkiej psychiki potrafią wydać na świat okrucieństwa ocierające się o granice bestialstwa i zezwierzęcenia. Każda zbrodnia, nawet ta sprzed wielu lat, potrafi wprowadzić w osłupienie i skłania do refleksji na temat ludzkiej natury. Natury, która czasami podważa istotę człowieczeństwa…

 

Był mroźny, grudniowy wieczór 1924 roku. Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem do miasta Münsterberg (obecnie Ziębice w województwie dolnośląskim) przybył bezrobotny stolarz Vincenz Olivier. Trudna sytuacja po zakończeniu I wojny światowej i galopujący spadek wartości pieniądza zmusił go do tułaczki po kraju i szukaniu dorywczej pracy.

Praca na początku lat 20-stych XX wieku była towarem deficytowym, dlatego pustki w portfelu Oliviera przekładały się na pustki w jego brzuchu. W jego rodzinnych stronach nie było odpowiednich warunków do rozwinięcia stolarskiej praktyki, dlatego zmuszony przez życiową sytuację Olivier parał się niechlubnym zajęciem jakim było żebractwo.

Po zjedzeniu lichej zupy i spędzeniu nocy w miejscowym przytułku Olivier wyruszył na poszukiwanie pomocy. Jego dzień nie zaczął się najlepiej. Wędrując od domu do domu, nie spotykał się z niczym oprócz pogardy mieszkańców miasta. Ich niechęć zagnała go na ulicę Teichstrasse 10, gdzie w końcu mógł liczyć na jakąś pomoc w postaci 20 pfenningów podarowanych mu przez miejscowego nauczyciela.

Konwersacja pomiędzy nim a Olivierem przyciągnęła uwagę sąsiada, który widząc fatalną sytuację stolarza postanowił zaoferować mu schronienie i jadło. Tym sąsiadem był Karl Denke, zwany przez miejscowych „tatuśkiem Denke”. Uradowany tą nagłą zmianą losu Olivier postanowił skorzystać z propozycji i odwiedzić życzliwego mu człowieka.

Po przekroczeniu progu Denke zaproponował Olivierowi ciepły posiłek. Spytał go, czy potrafi pisać; czeladnik potwierdził iż nie obca mu ta umiejętność. Wyraźnie zadowolony Denke zaproponował mu, iż jeśli napisze za niego list to zapłaci mu tyle, ile podarował mu nauczyciel. Na pytanie dlaczego nie mógłby zrobić tego sam odpowiedział, że wzrok ma już słaby i stopniowo traci czucie w rękach.

Olivier zgodził się. Wziął kartkę, ołówek; zasiadł za stołem i przystąpił do pisania. Gdy skreślił pierwsze słowa dyktowane przez Denkego jego głowę przeszył potworny ból. Stojący za nim gospodarz uderzył go w głowę motyką, lecz uderzenie było zbyt słabe by pozbawić Oliviera życia. Resztkami sił zerwał się od stołu i wybiegł na zewnątrz krzycząc, iż Denke chce go zabić.

Krzyki włóczęgi przyciągnęły uwagę sąsiadów, którym od razu opisał całą sytuację. Wyraźnie poddenerwowany Karl Denke tłumaczył się, iż bronił się przed napastnikiem, który chciał go ograbić; co gorsza, będący pod wpływem jego argumentów sąsiedzi stopniowo przekonywali się do tej wersji.

Widząc paradoks całej sytuacji; zdruzgotany i ranny Olivier czym prędzej udał się na miejscowy posterunek. Tutejsi policjanci początkowo nie brali jego słów na poważnie sądząc, iż włóczęga padł ofiarą lokalnego elementu, a nie „dobrego” pana Denke. Dopiero obdukcja lekarza zasiała w ich umysłach pewne wątpliwości. Po spisaniu zeznań Oliviera wyruszyli na Teichstrasse 10.

Zatrzymanie Denkego było tylko standardową procedurą. Do chwili wyjaśnienia całej sprawy postanowiono, że Denke spędzi całą noc w areszcie. Napastnik potulnie pozwolił odeskortować się policjantom na posterunek. Pełniący służbę polizeimeister nie skarżył się na kłopoty związane z aresztantem, lecz gdy przyszła pora wieczornego obchodu policjant ze zdumieniem odkrył, iż Karl Denke powiesił się w swojej celi na pętli sporządzonej z chustki do nosa.

Podniesiono alarm. Aresztant miał widocznie coś na sumieniu, że popełnił samobójstwo; ostatecznie sąd orzekł, że Denke jest odpowiedzialny za napaść na Oliviera i przyznał poszkodowanemu rację. Niestety nie uchroniło go to od pobytu w areszcie za włóczęgostwo i żebry. Po pogrzebie Denkego cała sprawa zaczęła przycichać, lecz policjanci nabrali pewnych podejrzeń.

Postanowili udać się jeszcze raz do mieszkania denata i przeprowadzić rewizję. Mieszkanie Denkego było skromnie umeblowane i tchnęło z niego niechlujstwem; porozrzucane przedmioty i podniszczone meble potęgowały panujący nastrój grozy, lecz było to zaledwie preludium do makabrycznego odkrycia na jakie natrafili stróże prawa przeszukujący pobliską szopę.

W jej wnętrzu odnaleziono wygotowane ludzkie kości, paski i sznurowadła z ludzkiej skóry i… słoiki z mięsem nieznanego pochodzenia. Jak potwierdziły późniejsze badania laboratoryjne było to… ludzkie mięso. Wieści rozeszły się bardzo szybko; na mieszkańców Münsterberga padł blady strach. Wielu z nich pamiętało o tym, jak Denke handlował wekami zachwalając wspaniałą jakość swoich „wyrobów”.

Po całym zdarzeniu praktycznie wszyscy z lokalnej społeczności wstrzymali się od spożywania mięsa. Nie pito też wody z miejscowego źródła w obawie przed tym, że Denke mógł topić w nim szczątki swoich ofiar. Mało tego, miejscowa fabryka konserw w niedługim czasie splajtowała ponieważ wedle plotek kupowała ona mięso u Denkego. Czy było to prawdą? Nie wiadomo. Niemniej jednak, ludzka paranoja zamknęła jej bramy na dobre.

Każdy drżał na wspomnienie o potworze z Teichstrasse 10. Co ciekawe, do chwili ujawnienia makabrycznej tajemnicy Denkego, uchodził on za porządnego obywatela biorącego udział w kościelnych świętach czy osobę pomagającą ubogim. Nikt nie zastanawiał się nad tym, że w Münsterbergu nagle zaczęli znikać ludzie. Kto by w końcu przejmował się bezdomnymi i włóczęgami? Miejscowa policja również nie przywiązywała do takich zniknięć większej wagi.

Szacowano, że Denke zabił w bestialski sposób ponad 40 osób; ustalono kilkanaście nazwisk ofiar. Byli to w znacznej mierze mężczyźni, co dla niektórych, stanowiło potwierdzenie plotek jakoby Karl Denke miał homoseksualne skłonności, a te w ówczesnych Niemczech były surowo piętnowane. Miejscowa ludność zaczęła powoli dorabiać do zbrodni swoje historie…

Przez większą część swojego życia Denke stwarzał pozory „dobrego obywatela” i wśród wielu mieszkańców zyskał sobie niemałą sympatię. Sąsiedzi wspominali wprawdzie o nocnych odgłosach rąbania i piłowania, lecz wspomniane hałasy tłumaczono tym, iż Denke preparował w ten sposób mięso bezdomnych psów. Nikt, nawet w najśmielszych wizjach nie przypuszczał, że ich sąsiad może mieć kanibalistyczne upodobania. Szczątki jego ofiar znajdowano jeszcze przez wiele długich lat, aż do późnych lat 70-tych XX wieku.

Z współczesnych ciekawostek warto wspomnieć o tym, że historia Karla Denkego była inspiracją dla scenarzystów polskiego serialu kryminalnego „Belle Epoque”; na jej podstawie nakręcono odcinek pt. „Adolf”.

Denke nie był jedynym, tak brutalnym, mordercą w międzywojennych Niemczech. Do innych bestii w ludzkiej skórze zaliczali się min.  Peter  Kürten zwany „Wampirem z Dusseldorfu” – ten przydomek zyskał po tym, jak na przesłuchaniu zeznał, iż pił krew swoich ofiar. Friedrich Haarmann – seryjny morderca z Hannoveru, podobnie jak Denke, też sprzedawał mięso swoich ofiar na targu.

Zatrważające jest to, że ci wszyscy ludzie nie byli żadnymi demonami, potworami czy upiorami. Każdy z nich był „tylko” człowiekiem, którego nieświadomi spacerowicze mijali na ulicy… Powyższa historia jest świetnym przykładem na to, że ludzka psychika pozostaje wciąż niezbadanym obszarem.

 

Autor: Dominik Wiśniewski

 

Grafika tytułowa: Dominik Wiśniewski

 

Dominik Wiśniewski – dziennikarz i fotograf.  Fan motoryzacji i historii wojskowości. Nie obca mu literatura i sztuka – zarówno tych wyższych jak i niższych lotów. Czasami szyderczy i lekko stronniczy. Niepoprawnie polityczny kinomaniak i miłośnik podróży wszelakich.