Po grudniu i styczniu pełna obaw o zdrowie syna, wyczekuję wiosny. Bo gdy dzień zaczynamy z księżycem, a kończymy z zachodem słońca, jedynym marzeniem jakie skrywam w sercu są czas i pogoda na spacer z synkiem po pobliskim parku lub Puszczy Bukowej.

Gdy deszcze i śniegi uziemiły nas w domu, a syna w żłobku, bez możliwości spędzania czasu na świeżym powietrzu, od razu zaczęły się infekcje, które skończyły się anginą. Na szczęście łagodnie to przeszliśmy, ale i tak miałam wyrzuty sumienia, że czegoś nie dopilnowałam, coś zaniedbałam. Wyciągam więc zapasy ze spiżarni, by wzmocnić nasz układ odpornościowy i wyczekuję wiosny. Zupki wszelkiego rodzaju to u nas podstawa obiadu. A kasze i ryż wyparły ziemniaki i makaron. Miód – zamiast cukru oczywiście. Przyznam, że mój dwuletni syn nie zna smaku lizaka i nie wie, co to czekoladowe jaja. Nie znaczy to, że nie lubi słodkości. Zamiast słodzonych jogurtów dostaje jednak twarożek z miodem i bananem lub jabłkiem. Soczek robiony z pomarańczy , grejpfruta i cytryny nie powoduje u nas kwaśnej miny. Alternatywa to kompot. Uwielbiamy soki z czarnego bzu , jagód oraz czarnej porzeczki. Dżemiki robione latem u mamy na wsi to u nas dodatek do naleśników, placuszków i bułeczek. Królują powidła śliwkowe, jabłkowe i brzoskwiniowo – cukiniowe. Kiszonki (ogórki czy kapusta) wbrew pozorom nie psują nam minek. Lubi je mój synek.

A profilaktycznie pijemy syropek z cebuli. O dziwo nie ma tu grymaszenia. Myślę, że to kwestia przyzwyczajenia.

Gdy słyszę od innych mam, że dziecko nie je owoców i warzyw to zastanawiam się o co w ogóle chodzi.
Do siódmego miesiąca karmiłam syna jedynie piersią. Zgodnie z zaleceniem pediatry nie śpieszyłam się z rozszerzaniem diety dziecka, tym bardziej, że pierwszy ząbek pojawiał się w dziesiątym miesiącu życia.

Zdecydowałam się na metodę BLW. Bobas lubi wybór – to zdanie, które utkwiło mi w pamięci. To przecież my rodzice decydujemy co pojawi się w lodówce i na talerzu.

Nigdy nie gotowałam osobnych potrawa dla dziecka i siebie, ani nie karmiłam dziecka dziwnymi papkami. Pamiętam minę mojej mamy gdy niespełna roczny Gabiś sam pochłaniał nierozdrobnionego banana czy też całego gotowanego ziemniaka. Moja pociecha nie wie co to butelka, bo zaczęła od razu pić z kubka, dzięki czemu nie było z tym problemów w żłobku.

Teraz mój syn ma 2 lata i jestem dumna, że sam zajada co ma na talerzu bez grymasów i jęków, choć ma swój gust, ale gdy wybiera sobie coś z lodówki nie ma kłopotu, bo są tam tylko dobre zapasy, starannie wybrane, nie tylko dla niego ale także dla mnie.
Gdy przynoszę zakupy do domu, syn nie szuka łakoci i chipsów, a cieszy się na widok banana czy też ogórka.  Myślę, że przyjdzie jeszcze czas na kolorowe i gazowane napoje, niezdrowe przekąski i inne śmieci. Ale im później, tym lepiej. Sama dbam o to, co jem i chcę by moje dziecko dostawało to co najlepsze. Bo życie i zdrowie mamy tylko jedno. Wiem, że nie da się uciec przed przeziębieniami czy też niezdrowym jedzeniem, ale czym skorupka za młodu nasiąknie…
W końcu jesteśmy tym co jemy.
AMM