Naprawdę jesteśmy naznaczeni piętnem pracoholizmu, znamieniem efektywności i genem wiecznej stendbajowości. Najsilniej odczuwam to w dniach teoretycznie wolnych od pracy oraz w czasie choroby. Pierwsza myśl, która mnie wówczas dopada, brzmi: „Ale jak to tak, bez pracy?”, a pierwsze postanowienie ma mniej więcej formę: „O, trochę wolnego, to nadgonię służbowe zaległości i porobię jeszcze coś naprzód”. Tak, mimo kilkuletniej już walki z pracoholizmem takie właśnie rzeczy przebiegają mi przez głowę w podobnych momentach.

Piszę te słowa w chwili, gdy jeszcze walczę z chorobą. Piszę je i dochodzę do wniosku, że rzeczywiście powinnam się leczyć, tylko bardziej na głowę niż na zapalenie krtani. Bo zapalenie krtani przyszło i sobie pójdzie, a głupie myśli pójść sobie nie chcą. Muszę więc im i sobie (a przy okazji może też innym) pomóc – muszę mieć pod ręką jakiś poradnik dla chorujących i mających poczucie winy, że w czasie choroby nie są podwójnie skuteczni, efektywni i kreatywni. Mogłabym go zatytułować na przykład tak: „Poradnik chorowania, czyli jak odwalić się od samej siebie w czasie L4”. Serio, tego potrzebuje sporo osób w dzisiejszym świecie: umiejętności odczepienia się od siebie w okresie spadku energii, chwilowej utraty zdrowia czy krótkiego niechemisia (pamiętacie moje wywody o niechcemisiach sprzed roku czy dwóch lat? Chyba pojawiły się w tekście o jesiennym dole. Nie będę się zatem powtarzać w tym temacie, po prostu przypominam, że niechemisie też wymagają tulania). Ale wróćmy do chorowania.

W chorowaniu – takim zwykłym, domowym, typu grypa, zapalenie krtani (moja choroba zawodowa) czy podobne – najbardziej zdradliwy jest właśnie element „domowy”. Wiadomo, jeśli jestem w szpitalu, to poważna sprawa, nie wolno ruszać, sio ode mnie i w ogóle. Ale chorowanie w domu? To przecież prawie jak urlop! Jesteś na miejscu, chory człowieku, masz wszystko pod ręką, masz sporo wolnego czasu, więc przecież możesz (tu wybierz dowolne): sprzątnąć mieszkanie, zrobić jedzenie, załatwić trochę służbowych maili czy innych spraw (dopisz brakujące). Prawda? Prawda. Nieprawda? No chyba ci się we łbie poprzewracało.

Zastanawiam się chwilami, kto ponosi większą winę za tę patologię „jestem chora, więc pracuję w domu”. Czy ja jako osoba, która nie umie dać sobie prawa do chorowania? Czy system i społeczno-kulturowy kontekst, który patrzy podejrzliwie, ile razy mam bezczynne ręce? Czy pracodawcy, którzy zakładają, że L4 to forma pracy zdalnej? (Pamiętam szefową, która nagminnie wydzwaniała do mnie w czasie moich zwolnień lekarskich i zaczynała tekstem: „Basiu, wiem, że jesteś chora, ALE czy możesz to czy tamto”, więc ja oczywiście to czy tamto, korekta, wysyłanie czegoś komuś, tłumaczenie, dzwonienie, ustalanie. W którymś momencie zaczęłam stosować bierny opór i nie odbierać telefonów od niej. Wtedy w imieniu szefowej dzwoniły koleżanki. Nawet informacja „Jestem na antybiotyku i nieprzytomna, śpię dwadzieścia trzy godziny na dobę” nie zawsze była rozumiana, a gdy już została przyjęta, to z wielkim żalem „Ach, no skoro nie dasz rady…”). Czy rodzina, która odbiera twoje leżenie po części jako lenistwo? (Pytanie partnera: „Cały dzień tak leżałaś i spałaś, nie za dużo?”, gdy ja przez pół doby odsypiam antybiotyk, by zaraz potem wziąć następną dawkę i znów odsypiać dwanaście godzin – bo tak działa na mnie antybiotyk. I to pytanie, zadane nie ze złej woli, złośliwości czy urazy, tylko z takiego typowego dla zdrowych osób przekonania, że przecież na pewno nie jesteś aż tak chora, by nie móc zrobić tego czy tamtego, co zwykle robisz, gdy jesteś zdrowa).

Czy może myśmy się wszyscy zmówili, żeby sobie wzajemnie dokopać, gdy akurat chorujemy? Powoli zaczynam się przekonywać do tej myśli. Oto moja własna, zupełnie autorska i całkowicie oryginalna teoria spiskowa: tkwimy w samym środku zbiorowej zmowo-psychozy pod tytułem „dokop chorym w swoim otoczeniu, a gdy oni będą zdrowi, a ty chora, niech oni dokopują tobie”. Tak jesteśmy programowani od lat – może nawet od najmłodszych (pamiętacie pierwszy dzień w szkole po powrocie z choroby? W dziewięciu przypadkach na dziesięć nauczyciel poczytywał sobie za obowiązek odpytać właśnie was, bo przecież na zwolnieniu lekarskim miałyście tyle wolnego, luzu i lenistwa, po prostu nic do roboty, niemal jak na wakacjach, tylko w czasie „mniej legalnym”. Wiadomo, nudziłyście się jak mopsy, więc czas was poodpytywać, żeby wyrwać z tych nudów! A poza tym i tak na pewno symulowałyście).

Tkwimy w tym – kobiety nawet bardziej niż mężczyźni, bo wiadomo, że dobra Matka Polka będzie robić swoje (czytaj: tyrać), nawet gdy leci z nóg. Ale nie tylko matki, singielki też. I nie tylko kobiety, mężczyźni też. Jednym słowem: wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, tkwimy w tej zbiorowej psychozie i na widok L4 zaczynamy układać sobie to-do listę chorobową. A na niej, zamiast punktów „1. Chorować. 2. Wyzdrowieć. 3. Odpocząć i odzyskać siły” – umieszczamy wszystko to, co zwykle ląduje na to-do liście osoby zdrowej. Wszystko, a niekiedy jeszcze więcej.

W ramach kontrataku sporządziłam sobie zatem wzór chorobowej to-do listy – można zgapiać, przerabiać pod siebie, adaptować do własnych warunków. Byleby stosować i sensownie chorować. Sensownie, czyli – pozwalając sobie na chorowanie, które wyklucza pracowanie.

1. Wysypiaj się porządnie, po wcześniejszym wyłączeniu budzików, wyciszeniu telefonu i upchnięciu gdzieś pod szafę poczucia winy, że się nie zerwało wczesnym rankiem. Śpij też w ciągu dnia, nie walcz z sennością. W czasie choroby nie ma czegoś takiego jak „za dużo snu / za dużo lenistwa”. Na drzwiach (do mieszkania lub pokoju) zawieś tabliczkę z napisem „Federalny zakaz wstępu”, „Won!” albo, by polecieć klasyką, „Wy, którzy tu wkroczycie, żegnajcie się z nadzieją”. Zależy, co bardziej przemówi do osób dzielących z Wami przestrzeń.

2. Przez cały dzień leż w łóżku, nawet w ubraniu, pod kocem i z laptopem na kolanach. Leżenie w łóżku sprzyja nawrotom lenistwa i ułatwia zasypianie w ciągu dnia. Dodaj do tego zaciągnięte zasłony lub rolety, wyłączone górne oświetlenie, brak makijażu i ulubioną piżamę, a warunki do ciągłego przysypiania będą wprost wymarzone.

3. Jeśli są jakieś służbowe sprawy, które chciałabyś załatwić (albo powiedzmy wprost: uważasz, że powinnaś załatwić), to zrób tylko te naprawdę najpilniejsze i grożące zawaleniem się systemu w razie ich niewykonania, a resztę – odkładaj. Na jutro, na jutro, na jutro. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że te sprawy albo same się po drodze załatwią, albo do powrotu z L4 się zdezaktualizują, albo zwyczajnie okaże się, że mogły parę dni poczekać i wcale nie groziło to wybuchem Etny, najazdem Marsjan i hiszpańską inkwizycją z ZUS-u.

4. Zaopatrz się w dobre książki i/lub dobre filmy, których na bank nie będzie kiedy czytać / oglądać po wyzdrowieniu (wiadomo, codzienna gonitwa i nadrabianie chorobowych zaległości). Po skończeniu jednej książki / jednego filmu natychmiast zabieraj się za następny (o ile akurat nie dopada Cię senność), żeby nie było chwili na rozmyślanie o pracy, którą można by w tym czasie wykonać.

5. Powtarzaj (a w razie potrzeby nawet zapisz i powieś tak, by stale mieć przed oczami) piękne hasło, którego źródła nie umiem podać, wiem tylko, że znalazłam je kiedyś w Internecie: „Jeśli naszła cię ochota do pracy, usiądź i poczekać, aż ci przejdzie”. Tak, w czasie choroby to musi być Twoje credo.

6. Jedz  czekoladę, ciastka, od biedy i chipsy. Wiadomo, że po sporej porcji niezdrowego żarcia człowiek wcale nie czuje się fit, pełen energii i motywacji, więc również nie ma ochoty zabierać się do pracy. Po obżarciu się jak prosiaczek niezdrowymi rzeczami trzeba spokojnie poleżeć, strawić, odespać kalorie. Czyli: jeśli jesteś chora, zestaw zakazanych smakołyków jest obowiązkowy – dla Twojego własnego zdrowia, oczywiście.

7. Wyobraź sobie siebie jako zdychającego ze zmęczenia wołu roboczego. Masz ochotę tak wyglądać? Nie? A będziesz, jeśli nawet w czasie choroby zamierzasz harować jak ten wół. Kazałabyś jakiemuś zwierzęciu, i to jeszcze choremu, ciągnąć ciężki wóz od rana do nocy? Nie? No to nie mam więcej pytań, wnioski każdy wyciąga sam.

Wiem, że łatwiej napisać niż zrobić. Wiem, bo sama w kolejnych dniach zwolnienia lekarskiego zmagałam się z poczuciem winy „nie pracuję / za mało pracuję”. Wiem i walczę z własnymi nawykami, własnymi odruchami, własnym przekonaniem „muszę być na stendbaju dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu”. Otóż nie, nie muszę. Tylko nauczenie tego samej siebie jest trudne – kto wie, czy nie trudniejsze niż nauczenie tego innych.

Przechorowałam niemal tydzień. Przede mną pierwszy pochorobowy dzień w pracy. I wiecie co? Mimo sześciu dni mojego leżenia, spania, niepisania maili, niedzwonienia i nieodbierania telefonów, niewymyślania działań, niespotykania się służbowo i niebycia na stendbaju – świat nadal się kręci. I nadal jest w nim dla mnie miejsce.

Tak, w czasie chorowania poza zapaleniami krtani, grypami, przeziębieniami, jelitówkami i podobnymi musimy też zawzięcie leczyć tkwiące w naszych głowach przekonanie, że okres choroby to taki dodatkowy przydział czasowy na wykonanie różnych prac. Bo właśnie to przekonanie jest dziś najgorszą i najbardziej zaraźliwą chorobą.

Nie twierdzę, że w ciągu tego tygodnia przynajmniej raz dziennie nie powiem sobie z wyrzutem: „No przecież mogłam to zrobić, gdy byłam na zwolnieniu lekarskim!”. Ale obiecuję za każdą taką myśl wymierzyć sobie porządnego mentalnego kopniaka. Mam nadzieję, że podziała jak szczepionka. A jeśli nie… będę kopać dalej.

Bo chcę mieć zdrową nie tylko krtań, lecz również głowę.

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.