Literatura to wspaniałe osiągniecie kultury; dzięki niej możemy przenieść się w świat wykreowany przez ludzki umysł, dając ponieść się wyobraźni odcinającej nas od szarych okien rzeczywistości. Multum autorów przeszło do annałów światowej literatury tworząc dzieła, które w myśl słów Horacego okazały się trwalsze niż ze spiżu. To dało im nieśmiertelność po wsze czasy. Lecz byli również tacy, których pomniki niekoniecznie powstały na podwalinach popełnionych przez nich dzieł…

 

Już rzymski poeta Wergiliusz (70 p.n.e – 19 p.n.e) , jak na prawdziwego mistrza przystało, zasłynął z pewnego dziwactwa. Autor Eneidy (którą nota bene w ostatnich chwilach swego życia chciał spalić) prócz zmagania się z problemami majątkowymi i udoskonalaniem swych dzieł, w wolnych chwilach opiekował się oswojoną muchą, którą bardzo wielbił. Owad najwidoczniej nie odwzajemniał tego uczucia i wkrótce przeprawił się na drugą stronę Styksu. Wergiliusz zrozpaczony faktem utraty ukochanego stworzenia postanowił wyprawić jej pogrzeb godny zamożnego patrycjusza – niestety bez maski pośmiertnej odpowiedniego rozmiaru. Podczas ceremonii martwa mucha z wielką pompą spoczęła w ziemi, a rzymski poeta swą późniejszą rozpacz topił w amforach wina.

O tym jak ważne w poezji jest zamiłowanie do trunków wiedział chiński poeta Li Bai (701 – 762 r. n.e) – jeden z dwóch najważniejszych ludzi, którzy mieli swój wkład w poezję Państwa Środka. Wypijany przez niego alkohol często pobudzał jego wyobraźnię dając natchnienie do tworzenia kolejnych poematów. Okazał się też przyczyną jego zguby. Podczas jednej z podróży po rzece Jangcy nieco już podchmielony Li Bai w przypływie nagłych uczuć postanowił pocałować odbicie księżyca w wodzie. Wychyliwszy się za mocno przez burtę wypadł i utonął. Księżycowi nie było wtedy do śmiechu…

Do śmiechu było natomiast angielskiemu dramaturgowi Algernonowi Charlesowi Swinburne’owi (1770 – 1850), ten miłośnik alkoholu w przerwach pomiędzy walką z nałogiem a sporem z Oscarem Wildem, nie stronił również od rozmaitych wygłupów, wśród których zabłysnął nietypową formą przywitania swych gości. Na jednym z przyjęć Swinburne postanowił zjechać z poręczy wysokich schodów… nago. Ku wielkiemu zniesmaczeniu zaproszonych przyjaciół i na pewno takim samym uczuciem ze strony poręczy – gdyby ta tylko była żywą istotą… Po tym wybryku, jak się później okazało, nie miał już przyjaciół, którzy mogliby go odwiedzać– została mu tylko sama poręcz. Jak widać alkohol niszczy nie tylko organizm, ale też i przyjaźnie. Nie wspominając o wystroju domu.

Mocne trunki niekiedy przyczyniają się też do gwałtownego zerwania z nałogiem. Boleśnie przekonał się o tym Dylan Marlais Thomas (1914 – 1953) . Ten walijski poeta, oraz miłośnik libacji (które na ironię uchroniły go przed wcieleniem do wojska) w jednym w swych alkoholowych ekscesów postanowił wcielić się w rolę psa. Szczekał, chodził na czworaka oraz ruszał zadkiem imitując merdanie ogonem. Po uchyleniu drzwi od pubu, gdzie zażywał obfite porcje dżinu, wybiegł na ulicę i swymi zębami kłapnął najbliższą latarnię – co doprowadziło go do bolesnej utraty zęba i natychmiastowego otrzeźwienia. Wydarzenie to zostało później opisane w czasopiśmie „Time”, za co Thomas wytoczył mu proces. Cóż, człowiek człowiekowi wilkiem, a wszystko zaczęło się od udawanego psa…

Na pewno nie udawaną i jak najprawdziwszą menażerią dysponował  Dante Gabriel Rossetti (1828 – 1882) poeta angielski, który trzymał w swym domu stado kotów, psów, a wśród nich nawet zebrę i pancernika… Jak można się domyślać, taka ilość nagromadzonych i różnorakich stworzeń tworzyła prawdziwe „piekło Dantego”. Co niewątpliwie również mogło stać się przyczyną samobójstwa jego małżonki… Rossetti w bólu ukojonym laudanum postanowił pogrzebać razem z nią wszystkie swoje poematy. Po 7 latach od jej pogrzebu najwidoczniej rozmyślił się co do swojej wcześniejszej decyzji i postanowił ją ekshumować, byleby tylko jak najszybciej odzyskać przysypane dzieła.  Wszystkie poematy „zza grobu” zostały później opublikowane i poddane krytyce, popychając Rossettiego do kilku prób samobójczych…

Zebra i pancernik nie są niczym niezwykłym w porównaniu do homara prowadzanego na wstążce – takie o to zwierzę było ulubieńcem Gérarda de Nervala (1800 – 1855) autor Sylwii i Zaczarowanej ręki cierpiał na ciężką schizofrenię, więc nikogo nie powinien dziwić wybór homara na tak egzotycznego pupila…

Swa niechęć do niektórych zwierząt demonstrował za to poeta Percy Bysshe Shelley (1792 – 1822), mąż autorki słynnej powieści Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz. Shelley szczerze nienawidził kotów. Któregoś dnia wpadł na pomysł by wzorem Beniamina Franklina przywiązać jednego do latawca (zamiast klucza) i wypuścić podczas burzy – liczył na to, iż zwierzę trafi piorun doprowadzając je do nagłej i drastycznej śmierci. Na szczęście dla kota burza okazała się łaskawa. Po sprowadzeniu go na ziemię jedyne pioruny jakie go dotknęły były te miotane przez Shelleya. Nie wiadomo, czy to zdarzenie miało wpływ na powstanie Frankensteina. Niemniej jednak, mąż Mary miał w sobie coś z psychopatycznego doktora…

Wspólnym znajomym Mary i Percy’ego Shelleyów był znany uczestnik spotkań nad jeziorem Genewskim – lord George Byron (1778 – 1824). Byron prócz tworzenia poezji zajmował się również tworzeniem rozmaitych skandali obyczajowych, zmuszających go do podróży po Europie. Ten miłośnik okultyzmu fascynował się również wampiryzmem (miało na to duży wpływ modne ówcześnie upuszczanie krwi); fascynacja gotykiem doprowadziła do tego, iż Byron chętnie pijał wino z czary wykonanej z ludzkiej czaszki (czy było to tylko wino, nie wiadomo…) a za towarzysza domu obrał sobie wielkiego niedźwiedzia. Niedźwiedź na pewno nie pomógł mu stać się bohaterem Greków, lecz na pewno wpływał na nietypowy charakter poety; niestety, albo może „stety” nie pochowano go razem z Byronem. Choć gdyby nie malaria Byrona, może by do tego doszło…

Pomniejsze dziwactwa dotknęły także autora słynnej Alicji w Krainie CzarówLewisa Carrolla (1832 – 1898), pisarz miał w zwyczaju tworzyć swoje wszystkie książki… na stojąco. Stanie w czasie pracy na pewno pomagało mu w tworzeniu portretów dzieci – pisarz był również fotografem. W swej posiadłości organizował wielkie bale dla małych dziewczynek, doszukiwano się w tym działaniu rozmaitych dewiacji seksualnych, lecz oficjalnie nie ciążyły na nim żadne oskarżenia odnośnie ich molestowania. Pisarz w pewnym okresie swego życia był także podejrzewany o bycie najsłynniejszym XIX-wiecznym mordercą – Kubą Rozpruwaczem (!) Za podparcie tej plotki miały służyć ekscentryczność i matematyczne dokonania Carrolla, przemawiające za niespotykaną metodyką działania Rozpruwacza.

Na koniec warto wspomnieć także o Williamie Wordsworth’cie (1770 – 1850) – poecie tapetującego sobie mieszkanie wycinkami z gazet, który pisał o zapachu kwiatów nie mając węchu. Sypiającego na cmentarzach Tennysona (1809 – 1892) czy przesadnie miłującego dzbanek do herbaty Jeremy’ego Benthama (1748 – 1832).

To tylko kilka z wielu przykładów na to, iż literatura nie zawsze rodzi się z umysłów stabilnych i niezwichrowanych. Klasyka na pewno, choć współczesna nie odstępuje jej na krok… Śledząc chlubne, bądź mniej chlubne dokonania rozmaitych artystów musimy w końcu zadać sobie pytanie: co tak naprawdę dla każdego z Nas oznacza pojęcie „normalność”?

 

Autor: Dominik Wiśniewski

 

Dominik Wiśniewski – dziennikarz i fotograf.  Fan motoryzacji i historii wojskowości. Nie obca mu literatura i sztuka – zarówno tych wyższych jak i niższych lotów. Czasami szyderczy i lekko stronniczy. Niepoprawnie polityczny kinomaniak i miłośnik podróży wszelakich.