Szczerze: miałam problem z powrotem do tych felietonów na „Kobiecej”. Podsumujmy ostatnie miesiące: koronawirus, zamknięcie, „zostań w domu i udawaj, że to nie kopnie gospodarki w zadek”, intensywna praca online, utrata pracy lub zawieszki zawodowo-zarobkowe wśród moich bliższych i dalszych znajomych, obawa o jutro, przesuwane odmrożenia, potem odmrażanie po kawałku i bez pewności, czy zaraz znów nas nie zamrożą… Potem czerwiec, ostatni etap odmrożenia, choć i tak z ograniczeniami, moje paskudne choróbsko (nie, nie koronkowe, inne), potem pierwsza tura wyborów, potem druga, prognozy drugiej fali wirusa i rozważania, jak bardzo nas znów zamkną i jak bardzo znów dokopie to gospodarce…

Jednym słowem: w kontekście tego, co się działo w ostatnich miesiącach, moje felietony są o niczym. Taka była pierwsza i dominująca myśl. O niczym, bo o rzeczach niezwiązanych z wirusem (na przykład o książkach) albo o rzeczach z nim związanych, ale mało ważnych (na przykład o tym, jak tęsknię za lubioną księgarnią czy piekarnią). O niczym, bo przy tych wszystkich codziennych stresach, obawach, wyczekiwaniach nowego „zamrażamy/odmrażamy”, nasłuchiwaniach, czy z którejś strony gospodarka zaraz nie łupnie tak, że się wszyscy nie pozbieramy – przy tym wszystkim tak bardzo chciałam pomyśleć, popisać o czymś innym, zupełnie z innej beczki, jak mawiał montypythonowski klasyk, o czymś odprężającym, miłym, bezpiecznym, wesołym, z normalnego (niezamrożonego) świata. O niczym, bo przy całej sprawie z koronawirusem, głównie od strony gospodarczej, finansowej i zawodowej, tak wiele spraw musiało ustąpić albo ustąpić wolało, bo wiedziało, że i tak by się nie przebiło (kogo obchodzi książka, gdy zastanawiasz się, czy jutro nie dostaniesz wypowiedzenia, bo firma już dłużej sobie nie poradzi?) (inna sprawa, że wielu ludzi książka nie obchodzi nawet wtedy, gdy dostają awans za awansem, podwyżkę za podwyżką i gospodarka jest spasiona jak zbyt dobrze karmiona świnka morska).

Miałam, ba – nadal mam poczucie swojej sporej nieprzystawalności do tematów najpoważniejszych, najbardziej poruszających i najtrudniejszych. Może dlatego, że jestem panikarą i staram się ograniczać wywołujące panikę bodźce, więc nie mam ochoty o nich pisać. Może dlatego, że jestem umysłowo wygodnicka i lubię sobie dać sporo umysłowej przyjemności, radości, jakiegoś odprężenia. A może dlatego, że te poważne, problemowe, niepokojące tematy już mi się wylewają uszami?

Bo mi się wylewają. I odnoszę wrażenie, że nie tylko mnie.

Ostatnio zaczęłam wokół siebie słyszeć: „już nie piszmy, nie mówmy, nie rozmawiajmy o koronawirusie, bo ludzie zaczynają mieć tego dość”. Nie dziwię się. Pomijając pozostałe przyczyny, mechanizm obronny człowieka sprawia, że zaczepiamy się myślami o coś innego niż główny problem, żeby przetrwać – inaczej mózg by zwariował (a my z nim). Nie bez powodu studenci przed samym egzaminem czy obroną opowiadają sobie dowcipy, scrollują na fejsie śmieszne kotki, rozmawiają o czymś nieegzaminacyjnym. Też tak robiłam (przed egzaminem z teorii literatury podskakiwałam na korytarzu i opowiadałam koleżankom bezsensowne anegdoty z wybranymi teoriami literackimi w roli głównej; w szpitalu przed operacją opowiadałyśmy sobie ze współpacjentkami idiotyczne historyjki o tym, jak operujący nas lekarze dokarmiają swoje zwierzęta domowe, zgadnijcie czym. Było to obrzydliwe, ale każda z nas jechała na salę operacyjną, chichocząc jak szalona. A dostać napadu śmiechu tuż przed bolesnym znieczuleniem prosto w kręgosłup to naprawdę sztuka). Też więc mam ten mechanizm obronny, który kieruje moje myśli w inną stronę, gdy akurat nie mogę robić czegoś konkretnego, by zaradzić problemowi albo go rozwiązać.

Powiedzmy jasno: porządny mechanizm obronny w mózgu ma własny budzik i własne wyczucie czasu. Wyłącza się z miejsca, gdy jest przestrzeń do działania, gdy trzeba coś sensownego zrobić. Ale jeśli stwierdza, że na razie nic zrobić nie można, co najwyżej dostać histerii, szału albo doła z powodu tej przymusowej bezczynności – włącza się i rozkręca na całego.

Nie chciałabym, żeby mój mechanizm kiedykolwiek się zepsuł. Nie dałabym sobie rady bez niego – i podejrzewam, że sporo z Was, jeśli nie każda, jest w tej samej sytuacji.

Mój mechanizm uruchomił się dość szybko, po pierwszych atakach paniki, i zmusił mnie do skupienia się na pozytywach. Tak, zmusił, i to bardzo przebiegle, bo zaczął wygrzebywać całą masę drobiazgów, którymi się zachwycał, gdy ja akurat chciałam w najlepsze popanikować i pobawić się w Kasandrę. Wspaniała sprawa, przeczytałam po raz któryś z kolei niemal wszystkie tomy Christie z Poirotem i panną Marple. Mogłam się nacieszyć siedzeniem w nowym mieszkaninu. Mogłam pracować przy świnkach. Mogłam wstać później i posiedzieć nad pracą dłużej. W cieplejsze dni mogłam zjeść na balkonie śniadanie albo jakąś przekąskę w czasie przerwy w e-pracy. To wszystko banały w zderzeniu z wirusową rzeczywistością, ale te banały utrzymywały iluzję jakiejś tam normalności.

Teraz mechanizm działa jeszcze intensywniej, bo w środku cała jestem spięta, przerażona i wypełniona czarnymi wizjami. Wirus. Wyniki wyborów. Stan gospodarki. Zagrożenie kolejnym „lockdownem”. Obawy, jak będziemy funkcjonować we wrześniu, w październiku. Jak będzie wyglądał mój stan zdrowia, moja sytuacja finansowa, moje prawa jako kobiety, mój dostęp do różnych usług, sytuacja mojej rodziny i moich znajomych, moja codzienność. Niepokoju i niepewności jest we mnie dużo, bardzo dużo, chwilami może aż za dużo. Właśnie dlatego ten działający pełną parą mechanizm obronny doceniam każdego dnia jeszcze mocniej.

Zachwycam się rzeczami zwykłymi, sprawami banalnymi, wydarzeniami komicznie drobnymi w swoim znaczeniu dla świata. Ćwiczę te „powroty do normalności” niczym zadania z cyklu „pogłębianie uważności, rozwijanie mindfulness”. Może w rzeczywistości tym właśnie jest ów mechanizm obronny – włączeniem programu „total mindfulness”, „uważność do sześcianu”, przez co człowiek zauważa pojedyncze krople deszczu, czuje gładkość albo chropowatość blatu swego biurka, rozkoszuje się każdym łykiem ulubionej herbaty? Mindfulness jako mechanizm obronny – to nawet nie jest taki szalony koncept, bo zauważanie najdrobniejszych elementów osłabia nieco wielgaśne problemy. One przecież też składają się z mniejszych cząstek – a z małymi paskudzetewkami łatwiej walczyć niż z jednym wielkim paskudztwem.

Zachwycam się, cieszę się, przeżywam. Obronnie. Uważnie. Doceniam wszystko. Powrót do pracy stacjonarnej, biurowej – wspaniale znów siedzieć w swoim gabinecie, spotykać się z koleżankami i kolegami w służbowej kuchni, robić różne rzeczy w otoczeniu służbowych rzeczy (te długopisy, notatniki, pieczątka, podajnik na dokumenty!). Robienie sobie wieczorem śniadania, drugiego śniadania i wczesnego obiadu na następny dzień. Wyjście z pracy i pójście gdzieś z koleżanką, do jakiejś kawiarni czy restauracji (odkrywanie kolejnych szczecińskich lokali jest jak zwiedzanie nowego miasta). Zakupy po pracy, zakupy domowe (co tam maseczka, kręcę się wśród półek!). Powrót po pracy do domu, zjedzenie czegoś, wylegiwanie się z książką na kanapie, zabawa ze zwierzakami, czas z partnerem, oglądanie czegoś przy prasowaniu. Wyjście do biblioteki, która znów jest otwarta i znów pozwala chodzić wśród regałów z poczuciem „Moje, wszystko moje, każdą mogę wypożyczyć!”. Weekendy, które spędzam o wiele bardziej leniwie. Lato, wreszcie mogę znów nosić sandały (co z tego, że czasem pada). Zakupy ciuchowe, każda kupiona sukienka cieszy mnie niesamowicie (mniej mnie cieszy powolne znikanie miejsca w szafie, no i znowu muszę dokupić wieszaki). Zakupy książkowe, już wkrótce wyjdzie nowy tom „Biblioteki Grozy”, a ja wtedy będę miała urlop i zrobię sobie noc horrorów. Pies, który wyleguje się ze mną w ogrodzie, gdy odwiedzam rodziców. Lato i wakacje, moja ulubiona pora roku i mój ulubiony okres w kalendarzu corocznych wydarzeń, w czasie wakacji wierzę, że może być lepiej albo chociaż dobrze, nawet jeśli wiosna w to wątpi, jesień się śmieje, a zima tylko siedzi w kącie i płacze. Normalność, elementy normalnego życia, za którym się stęskniłam, wreszcie znów mogę ich dotknąć, poczuć je, żyć (z) nimi.

Te wakacje będą ćwiczeniami z życia w (jakiej takiej) normalności – ćwiczeniami dla średnio zaawansowanych, bo ogólnie mamy tę umiejętność, ale w ostatnich miesiącach ją zawiesiliśmy. Przyda się trochę rozprostować kości, wykonać kilka prostych czynności, odnaleźć to uczucie „żyję jak przed lockdownem”. Chociaż na dwa, trzy miesiące.

Bo co będzie pod koniec roku, jak będziemy funkcjonować i jakie lęki nas dopadną – nie wiem. Nie chcę o tym rozmawiać, nie chcę o tym myśleć, nie chcę o tym pisać. Chcę się przez jakiś czas nacieszyć zwykłym trybem życia, banalnymi rozrywkami, mało poważnymi powodami do radości. Jeśli za kilka miesięcy znów nadejdą problemy, to chcę mieć coś miłego do wspominania z tych wakacji; a w tej chwili najmilszą rzeczą jest powrót do normalnego funkcjonowania codziennego.

Może to nie za dobrze o mnie świadczy – to, że chcę się teraz cieszyć drobiazgami, a nie martwić potencjalnymi przyszłymi kłopotami. Może. Ale mój mechanizm obronny uparcie twierdzi, że jeśli mam przetrwać jutrzejsze trudności, to dziś potrzebuję powodu do uśmiechu, inaczej system operacyjny nie wytrzyma. Wierzę w to – może dlatego, że to wygodne. Może dlatego, że jestem tchórzem. A może dlatego, że jest w tym trochę prawdy.

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Prorektor ds Jakości Kształcenia uczelni wyższej, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.