Cycuś mamusi, to określenie pejoratywne. Wraz z doświadczeniem macierzyństwa, zmieniło dla mnie swe znaczenie. I swego zdanie już nie zmienię!

Należę do grona kobiet, których atutem kobiecości nigdy nie były piękne i duże piersi. Przez lata byłam szykanowana z tego powodu przez moich rówieśników i otoczenie. „Deska Tereska”, czy „śliwki węgierki” to jedno z lżejszych określeń z jakim musiałam się zmagać.

Podczas studiów myślałam nawet o operacji powiększenia biustu, ale na szczęście w mym życiu pojawił się mężczyzna, dzięki któremu  wyzbyłam się wszelkich kompleksów na tym punkcie. Z czasem sama zaczęłam z tego żartować, nazywając moją przypadłość określeniem „synchroniczny zanik tkanki tłuszczowej w okolicy klatki piersiowej”. Ale co tam, przynajmniej podczas biegania nic mnie nie ograniczało.

Wiele lat zajęło mi pogodzenie się z faktem, że natura stworzyła mnie taką i nic tego nie zmieni. Z tyłu głowy zostało tylko pytanie: Co z macierzyństwem i czym ja moje dziecię wykarmię, skoro nie mam odpowiedniego sprzętu?

Moje obawy i wszelkie troski okazały się jednak bezzasadne. Gdy doczekałam szczęśliwie czasu ciąży okazało się, że wszelkie zaległości zostały odrobione z nawiązką. Już 3 miesiące przed rozwiązaniem nie ogarniałam tematu, a mleko lało się na potęgę. Wiedziałam, że chcę karmić mego syna naturalnie i nic nie było w stanie mnie do tego faktu zniechęcić. Ani narzekania koleżanek, że piersi będą mi wisieć, ani ostrzeżenia, że uwiążę się i nie będę miała spokoju. Wyszłam z założenia, że po to mam piersi, by przydały się w momencie dla mnie, jako kobiety, najważniejszym, czyli podczas przygody jaką bez wątpienia okazało się początkowe macierzyństwo. Nie zakładałam w ogóle sztucznego wspomagania dlatego laktator, butelki i smoczki nie zagościły w moim domu.

Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy po raz pierwszy dostałam syna do rąk, by przystawić go do piersi. Okropnie się bałam, że nie sprostam tym bardziej, że nie zdołałam urodzić siłami natury i moje zmagania zakończyło cesarskie cięcie. Otoczona opieką położnej, cudownych doradców laktacyjnych i wspomagana odpowiednią lekturą przyłożyłam się do tematu pełną gębą, a syn rósł jak dąb. Nie raz pytana byłam czym go dokarmiam, skoro tak dobrze wygląda.

Zgodnie z zaleceniem lekarza nie spieszyłam się z rozszerzaniem diety, a zamiast butelki czy niekapka w ruch poszedł zwykły kubek i łyżeczka. Nie będę przekonywała nikogo by karmić swe dziecko tak długo jak ja (dwa lata), ale moim zdaniem CYC JEST DOBRY NA WSZYSTKO: na gorączki, ząbki i wszelkie smutki, a nawet rozwój mowy. Nie jestem autorytetem ale liczne czasopisma i specjaliści opisują jak wiele zalet ma naturalne karmienie.

Nie wiem co to kolki czy też problemy z wypróżnianiem i nieprzespane noce. Nie wydałam majątku na laktator, butelki, kaszki i inne odżywki. Dzięki temu moja latorośl wyrosła zdrowo i modelowo, a mój czas powrotu do pracy nie okazał się traumą, bo skorzystałam z możliwości przerwy na karmienie w pracy (prawo pracy daje możliwość dwóch przerw po pół godziny, które można łączyć).
Samo odstawienie, czy dziecka dręczenie?

Nie walczyłam z synem, ani nie smarowałam się maziami by zniechęcić syna to piersi. Ale też nie chodziłam roznegliżowana i nie narzucałam się jeśli sam o to nie poprosił. A gdy przyszedł odpowiedni czas zaczęliśmy razem żegnać cyce (już nie tak wielkie jak donice), bo przecież karmić piersią nie można w nieskończoność… choć słyszałam o rekordzistkach z USA, które karmiły nawet sześciolatki, ale nie popadajmy w skrajności.

Czasem gdy Gabiś budzi się w nocy i chce cyca pokazuje mu, że nic nie mam i czuję się winna, ale on po chwili przytula się, głaszcze mnie i mówi: – Mama, nie ma. Cycu papa… daje mi buziaka i idzie spać. Mały , wielki człowiek. Cycuś mamusi. Moje szczęście.

Przyznam, że zakończenie przygody jakim było karmienie naturalne napawa mnie smutkiem. Ten czas bliskości z własnym dzieckiem jest nie do zastąpienia. Nie można być bliżej i bardziej.

Biorąc pod uwagę różne akcje, niejednokrotnie napastliwe i niesmaczne, rozumiem, że można mieć wątpliwości co do czasu i sposobu karmienia piersią. Dla mnie to bardzo intymna sprawa. Nie miałam nigdy potrzeby obnażania się w miejscach publicznych z gołą piersią. Można przecież wykonać tą czynność w ciszy i spokoju, bez zbędnej publiczności. Ale to sprawa indywidualna.

Anna Maria Dąbkowska