Parę dni temu kupiłam sobie dwa zbiory historii grozy: „Dróżnika” Charlesa Dickensa (tak, ten Dickens, od „Opowieści wigilijnej”, „Klubu Pickwicka” i całej reszty, pisał też opowiadania grozy!) oraz „Demonolodzy. Ed i Lorraine Warren” Geralda Brittle’a (jako miłośniczka uniwersum „Obecności” nie mogłam sobie tej książki odmówić) (ale, na marginesie, banalna jest „Annabelle wraca do domu”: taki ładny klasyczny horrorek, miły do obejrzenia, fajne bohaterki – tylko w kontekście pierwszej i drugiej „Obecności” oraz drugiej części „Annabelle” trzecia historia nawiedzonej lalki była w gruncie rzeczy o niczym).

Zostawmy dygresje kinowe. Kupiłam sobie zatem te dwie książki, zrobiłam im zdjęcie, zdjęcie wrzuciłam na fejsa (wrzucanie zdjęć książek to drugi powód, dla którego Facebook ma swój egzystencjalny sens; pierwszym powodem jest wrzucanie zdjęć psa) z komentarzem: to będę robić przez najbliższe wieczory.

Po jakimś czasie znalazłam pod zdjęciem komentarz, który mnie zmroził: „Weź poczytaj coś normalnego [tu pojawiają się nazwy dwóch, skądinąd dobrych, wydawnictw]”. Kolega, który napisał komentarz, jak się okazało, żartował z tym „normalnie”. Ulżyło mi. Ale niepokój, który te słowa wywołały, nadal we mnie tkwi – może nawet narasta.

W literaturze nie ma normalności. Nie dlatego, że takie mamy czasy, że wywróciła się do góry nogami cała „właściwa hierarchia wartości” (właściwej hierarchii wartości też nie ma, nie w takiej wyabstrahowanej od kultury, epoki, sytuacji ekonomiczno-politycznej, przemian społecznych etc. formie), że wstrętne demony (dżenderu i innych) pożerają normalność. Nie. Normalności w literaturze nie było, nie ma i nie będzie, bo literatura nie jest miejscem na „normalność” – jest miejscem na poszukiwania, pytania, podważania, na człowieczeństwo, które śmieje się do rozpuku z „50 twarzy Greya”, bo samo twarzy ma nieskończoną liczbę. Normalność w literaturze to fikcja, fikcja narzucana przez tych, którzy chcą ową „normalnością” coś sobie w literaturze (i poza nią) ugrać.

Zresztą już mieliśmy okresy „normalności” w literaturze. W pewnym stopniu wpisują się w to nawet obecne w każdej epoce nurty, kierunki i poetyki, których naruszenie wywoływało pogardliwe „phi, jaki epigon” albo oburzone „tfu, co za wywrotowiec”. Ale mieliśmy też normalności gorsze – z nich, z tych jedynych właściwych wizji człowieka, społeczeństwa, narodu, wyrosły takie kurioza jak powieść produkcyjna, produkująca (w końcu nazwa zobowiązuje) obrazki wsi, miast i ludzi funkcjonujących w jedyny właściwy (fuj) sposób. No cóż, powiedzmy sobie szczerze, że jedna z moich ukochanych epok literackich, pozytywizm, też nie jest wolna od takiego grzechu, choć na szczęście był on lżejszego kalibru i podstawę miał szlachetniejszą; niemniej pozytywistyczna powieść czy nowela wybija się na arcydzieło od tego miejsca, od którego rzuca w diabły sztywne założenia poetyki pracy u podstaw, pracy organicznej i głoszenia szczytnych haseł, które miały zbudować nowego ducha i nowego człowieka XIX wieku. Jednym słowem –  od tego miejsca, w którym wizji właściwej normalności mówi: „spadaj, mała, ja tu mam wielką prozę do zrobienia”.

Nie ma normalności w literaturze. Zresztą, czy jest gdziekolwiek – i czy jest czymkolwiek? W ostatnim „Coachingu” Marcin Fabjański przywoływał słowa Michela Foucaulta: „Normalność wynaleziono na dobre w czasach nowożytnych po to, żeby stworzyć kolejny bat na tych, którzy nie chcą się dostosować do reguł dyktowanych przez władze, wielkie korporacje i ideologie: niepokornych myślicieli, burzycieli społecznych albo zwykłych włóczęgów”. I dalej, wciąż słowami Foucaulta: „Normalność to tylko inne słowo na dobrowolne więzienie, wytworzone przez nasze społeczeństwo dyscyplinarne” (felieton „Spętani normalnością”, s. 88). Gdyby przyłożyć te słowa do literatury, okazałoby się, że „normalna literatura” to ta, która wpisuje się w jakiś konstrukt społeczno-polityczny i głosi jego chwałę, gromiąc jednocześnie wszystko, co choć odrobinę odstaje od „wzorca”. Oczywiście nie obejdzie się bez dwóch małych problemów: po pierwsze, na tej zasadzie każdy może sobie stworzyć własną wizję „normalnej” literatury i w ogóle normalności (co to za trudność, od wieków to robimy, mamy też już niezłe doświadczenia z zakresu karania innych za niepasowanie do naszej normalności, ba – mamy nawet narzędzia, co roku lepsze, co wybory liczniejsze, co kraj nowocześniejsze!). Po drugie: tam, gdzie zaczyna się „normalność” – tam kończy się literatura. Albo odwrotnie: tam, gdzie zaczyna się literatura, kończy się „normalność”, ta normalność rozumiana jako łoże Prokrusta, do którego każdy samozwańczy Prokrust, Prokrust pożal się Boże, Prokrust ulepiony z własnych kompleksów, stereotypów i strachów – naciąga lub podcina wszystkich wokół.

„Normalność” jest zaprzeczeniem literatury, bo literatura tropi to, co ludzkie – a ludzkie jest wszystko, od najlepszego do najgorszego elementu. Literatura nie jest po to, by „normalność” opowiadać, hołubić czy potwierdzać – literatura jest po to, by wszystko. Tak, dobrze czytacie: „by wszystko”. Wiem, że brzmi niegramatycznie, niestylistycznie i nienormalnie (z punktu widzenia poprawnej budowy zdania), ale sięgam tu z perfidną radością po coś, co stanowi kolejne podważenie jakiejkolwiek normalności w literaturze. Licentia poetica. Licencja poetycka. Licentia poetica, pozwalająca między innymi robić w tekście rzeczy, które normalnie są błędem, ale gdy zostają użyte świadomie, rozmyślnie i w konkretnym celu, stają się poprawne. (Na tej zasadzie zbudowana jest przecież masa gier słownych, zabawnych reklam i chwytów poetyckich).

Literatura jest zatem, tak – by wszystko. By bawić, złościć, śmieszyć i straszyć; by wywrócić do góry nogami wszelkie przekonania, roznieść strefę komfortu w drobny pył, wstrząsnąć fundamentami, na których zbudowaliśmy sobie swój mały świat; by uspokoić i ukoić, wyciszyć i ukryć; by zmusić do myślenia i pozwolić nie myśleć, i by dać zawisnąć gdzieś pomiędzy myślą a jej brakiem (lub wolnością od niej). Tematy, style, narracje, zabiegi literackie, rodzaje, gatunki, czerpanie z czegoś i odrzucanie czegoś – to wszystko ma rację bytu, bez względu na to, jak się komuś podoba lub nie podoba konkretna realizacja w konkretnej książce. Literatura jest, by wszystko. By wszystko stało się możliwe do doświadczenia, spróbowania, zobaczenia – jeśli tylko jest chęć, potrzeba, gotowość ze strony czytelnika. A ta chęć, potrzeba, gotowość czytelnika w żaden sposób nie jest (nie może być i oby nigdy nie była) normalna lub nienormalna; ona po prostu jest (lub jej nie ma) – i tyle. Prawo do odczuwania lub nieodczuwania tej chęci, potrzeby, gotowości – to prawo każdego czytelnika, prawo, które powinno być równie niezbywalne, niepodważalne i immanentne, jak prawo do oddychania. Ba, nawet bardziej – w końcu po co oddychać, jeśli nie ma się prawa samemu wybierać lektur?

„Przyjemność pisania nie ma strażników i nie jest stanem raz na zawsze zdefiniowanym”, pisała Inga Iwasiów w „Gender dla średnio zaawansowanych” (nie znajdę teraz strony, książka siedzi gdzieś smutno w kartonach i czeka na koniec remontu). Chętnie to przeniosę na przestrzeń czytania (i raczej wcale nie popełnię nadużycia): przyjemność czytania też nie ma (nie powinna mieć!) strażników i nie jest (nie powinna być!) stanem raz na zawsze zdefiniowanym. Niech nas wszystko, z Cthulhu włącznie, chroni przed stanem raz na zawsze zdefiniowanym w literaturze.

Normalność w literaturze. Normalność w wyborze czytanych książek. Normalność pisarsko-czytelnicza. Brrr, jak to paskudnie (i nienormalnie) brzmi. I jak strasznie. Zupełnie jakby z jakiegoś powodu należało się bać.

Piotrze, wiem, że ten Twój komentarz był tylko żartem – i to mnie uspokaja. Piotrze, obawiam się, że gdzieś, kiedyś tego rodzaju komentarz nie będzie żartem – i to mnie przeraża. Mam jedynie nadzieję, że nie tylko mnie.

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.