W CZELUŚCIACH DAMSKIEJ TOREBKI

W sobotę w przerwie między zajęciami na uczelni chcę wejść na chwilę do swojego gabinetu. Wsadzam rękę do torebki i zaczynam grzebać w kieszonce, w której zwykle trzymam klucze. Nie ma. No to grzebię w kieszonce, w której czasem mi się zdarza trzymać klucze. Nie ma. No to w kieszonce obok, w której znacznie rzadziej zdarza mi się trzymać klucze. Nie ma. No to w jednej z dużych kieszeni, w których mieści się portfel, kosmetyczka, dokumenty, czyli te bardziej gabarytowe rzeczy – i do której niekiedy w pośpiechu wrzucam klucze. Nie ma. No to w drugiej dużej kieszeni, do której też je czasem wrzucam. Nie ma. No to – ostatnia szansa! – w zapinanej kieszonce pomiędzy tymi dużymi, w której znajdują się rzeczy bardziej osobiste, mniej wystawiane na widok publiczny: szczoteczka do zębów, nawilżane chusteczki, tampony etc. Nie ma.

Nie, niemożliwe, mówię sobie i zaczynam poszukiwania od nowa, w bardziej nerwowym i przyspieszonym tempie. Nie ma. Zaczynam więc wyjmować po kolei różne rzeczy: portfel (wiadomo, potrzebny), kosmetyczkę (wiadomo, potrzebna jeszcze bardziej), mały notatnik (staram się zawsze mieć jakiś przy sobie), krople do nosa (alergia), komórkę (wiadomo), jakieś stare i zmięte paragony (jeszcze do przejrzenia, zanim się je wyrzuci), chusteczki do nosa (wiadomo), krem do rąk (którego zwykle zapominam użyć), zestaw różnych tabletek (oczywiście zawsze brakuje tych, które w tej chwili są naprawdę potrzebne), opakowanie po soczewkach (przypominajka o telefonie do optyka, kolejny dzień ignorowana), główkę ładowarki (kabel został w gabinecie, zabrać do domu!), dwa lakiery do paznokci (gdyby lakier na paznokciach się odłupał), podręczny kalendarz (dawno nieuzupełniany, kalendarz Google go wyparł, ale dobrze mieć pod ręką i ten klasyczny), opaskę-kartę wstępu na siłownię (na której nie byłam od miesiąca), długopis w ozdobnym pudełku (prezent od Żandarmerii Wojskowej, więc nieważne, że pudełko się obija o inne rzeczy), kilka kości do gry (zapomniałam wyjąć po zajęciach z dziećmi), mazak (na wypadek odhaczania czegoś na liście rzeczy do zrobienia), wskaźnik do czytania (też z zajęć), książkę (a w niej zamiast zakładki jeszcze parę zapasowych wskaźników. I chyba jakiś paragon), mały ołówek (niezatemperowany, bo po co, w razie potrzeby będę się mogła swobodnie powściekać, że jest kompletnie nieprzydatny), kilka listków gumy do żucia (o, dzień dobry! A wy jeszcze zjadliwe?), spinkę do włosów (tu się schowałaś! A rano byś się przydała…). Dalej nie ma kluczy, a w torebce jeszcze trochę rzeczy zalega. Przed wywróceniem torebki do góry nogami i wytrząśnięciem z niej wszystkiego, co się gdzieś ukryło, powstrzymuje mnie tylko obecność studentów na korytarzu. Ale desperacja powoli narasta, i wtedy…

I wtedy przypominam sobie, że klucze do gabinetu zostawiłam w kieszeni marynarki, a marynarkę zostawiłam na krześle w sali, w której miałam warsztaty. Uf. Sprawa wyjaśniona, dalsza akcja poszukiwawcza odwołana, można zebrać porozrzucany dobytek. Jednym stanowczym ruchem zgarniam wszystko z powrotem do torebki, zgarniam jak leci, kto by się bawił w subtelności związane z układaniem i weryfikowaniem w samym środku zarobionego dnia. Poukładam później, po powrocie do domu.

Po powrocie do domu wywalam połowę zawartości torebki na kanapę, by znaleźć dzwoniący telefon. Ukrył się pod rękawiczką. Fajnie, telefon jest, a gdzie jest druga rękawiczka, którą przecież też wepchnęłam do torebki? Wywalić pozostałe rzeczy, żeby ją znaleźć?

Odpuszczam. Jutro niedziela, w niedzielę zrobię w torebce porządek: wyrzucę zbędne rzeczy, poukładam te potrzebne, uporządkuję każdą kieszeń. Torebka będzie zagospodarowana doskonale, perfekcyjnie, wprost idealnie. I taka pozostanie.

Aż do poniedziałkowego południa, gdy po wrzuceniu do niej w przypadkowej kolejności kilku rzeczy zacznę szukać czegoś innego i znów przewrócę wszystko do góry nogami.

Jeżeli którakolwiek z Was przeżyła coś podobnego, witajcie w klubie – w Klubie Wędrowniczek po Czeluściach Damskiej Torebki. Kto tego nie doświadczył, nie zna życia.

Damska torebka jest czymś niezwykłym. Łamie wszelkie zdroworozsądkowe zasady dotyczące przestrzeni (bo bez względu na swoją wielkość potrafi zmieścić w zasadzie wszystko, nie wyłączając małego słonia). Przeczy prawom grawitacji (choćby nie wiem jak obciążona, dalej wytrwale wisi na ramieniu, ewentualnie trochę przechyla właścicielkę w którąś stronę). Kpi z niedowiarków twierdzących, że tego czy tamtego to już na pewno do torebki nie zmieścisz (niedowiarki milkną albo zbierają szczękę z podłogi, gdy z rzeczonej torebki wyciągasz małego słonia lub coś zbliżonego gabarytowo). To najlepsza przyjaciółka (przyjmie wszystko, co jej powierzysz), paskudne skąpiradło (gdy chcesz odzyskać którą z powierzonych rzeczy, ona nie chce oddać) i złośliwy małpiszon (gdy ją otworzysz albo zaczniesz w niej grzebać, nieproszona wypluje z siebie najpierw te kompromitujące rzeczy, typu: zużyta chusteczka, której nie zdążyłaś wcześniej wyrzucić; zużyta guma do żucia, zawinięta w paragon albo przyklejona – nie z Twojej winy! – do portfela, grzebienia lub ostatniej czystej chusteczki, którą właśnie chciałaś kogoś poratować; wkładka higieniczna – czysta, oczywiście! – która w jakiś sposób przeemigrowała z zapinanej kieszeni „osobiste” do niezapinanej kieszeni „rzeczy, które mogą ujrzeć światło dzienne”) w jednym. Musisz ją kochać, a zarazem nie możesz jej za bardzo ufać, bo pod względem dbałości o Twój wizerunek miewa parszywe poczucie humoru. W jej czeluściach zaś kryje się istna wyspa skarbów: zawsze, ale to zawsze znajdziesz coś, czego się nie spodziewałaś, o czym już zapomniałaś albo co do czego byłaś przekonana, że dawno temu zgubiłaś. Niestety, zwykle znajdziesz to poniewczasie lub akurat wtedy, gdy lepiej byłoby tego nie znajdować (szczególnie tyczy się to resztek kanapek, drożdżówek i ciastek).

Powiedzcie same – czyż to nie jest niezwykła rzecz, ta damska torebka?

Z powodu swojej niezwykłości damska torebka wywołuje u męskiej części populacji zazdrość, która przejawia się w szeregu głupich pytań, jakie często słyszymy. Kilka klasyków: „Po co ci taka wielka torebka?” (gdy idziecie na przykład do kina, a on zazdrości Ci dużej powierzchni do przechowywania popcornu, batonów i napoju); „Co ty masz w tej torebce?” (gdy w poszukiwaniu czegoś grzebiesz w torebce obiema rękami, zanurzonymi aż po łokcie, a on uświadamia sobie, jak śmiesznie małe i płytkie są kieszenie jego spodni); „Zmieścisz to tam? Nie zmieścisz, prawda?” (gdy widzi, że jednak zmieścisz i znów wyszło na Twoje); „Po co z nią idziesz do łazienki?” (gdy uświadamia sobie, że kobiece tajemnice na zawsze pozostaną dla niego tajemnicami); „Większej nie miałaś?” (gdy bierzesz tę mniejszą torebkę, a on czuje ulgę, że nie wzięłaś tamtej większej); „Znowu idziesz z torebką?” (gdy wychodzicie razem i on chce być Twoim rycerzem-obrońcą, ale widzi przeciwnika w postaci Twojej torebki, której uderzenie ma siłę rażenia zawodowego boksera).

Wszystkie te pytania-prześmiewki bledną jednak w obliczu pytania-prośby, które zdradza, jak sytuacja wygląda naprawdę: „Schowasz mi to do torebki?”. Schowasz. Potrafisz okazać współczucie istotom, które kultura (a może natura?) poszkodowała brakiem torebki.

Właściwego korzystania z damskiej torebki trzeba się, oczywiście, nauczyć – a to nie jest wiedza, którą można posiąść w kilka chwil. Trzeba się nauczyć ją wybierać (nie za mała, aby upychanie rzeczy nie było zbyt trudne, lecz też nie za duża, by upychanie nie stało się za łatwe. Odrobina sportowej rywalizacji – człowiek kontra pojemność torebki – jest potrzebna); trzeba się nauczyć ją nosić (by nie dopuścić do przeciążenia w jedną czy drugą stronę); trzeba się nauczyć nią manewrować (w tłumie, wśród półek, między delikatnymi przedmiotami, w ciasnych przejściach); przede wszystkim jednak – trzeba się nauczyć do niej pakować. Mistrzowska umiejętność upchnięcia do damskiej torebki małego słonia (z trąbą i ogonem) zarezerwowana jest dla starych wyjadaczek, które na pakowaniu i wypakowywaniu swoich torebek zjadły zęby. Tę zdolność rozwija się wyłącznie poprzez osobiste doświadczenie – żadne kursy ani wyjaśnienia nie zastąpią kolejnych dni, tygodni, miesięcy i lat spędzonych na ćwiczeniu upychania jeszcze tego, tamtego i owego do (pozornie niedużej) torebki bez rozerwania jej na pół. Uwierzcie. Upycham w swoich torebkach małe słonie od ładnych kilkunastu lat, a i tak daleko mi jeszcze do doskonałości.

Damska torebka bywa dla mnie kwintesencją tajemnicy babskości. Niebanalna, nie zawsze zrozumiała, ale zawsze robiąca wrażenie; na wskroś pragmatyczna, a zarazem niepozbawiona uroku i nutki czegoś intrygującego; subtelna, lecz z pazurem. Taka… pełna i kompletna, na sto jeden procent. Taka jest damska torebka. I nic dziwnego – przecież musi dotrzymać kroku swojej właścicielce.

Przyjrzyjcie się dziś swoim torebkom. Ciężko dla Was harują, nosząc wszystkie Wasze chciane (i niechciane, i niekoniecznie planowane) rzeczy.

Pomagają Wam przebić się przez tłum na ulicy, w autobusie i w sklepie (w końcu ładniej torować sobie drogę torebką niż łokciem). Zajmują Wam miejsce w kawiarni, w środkach komunikacji, w kinie, w sali wykładowej. Przytrzymują Wasze gazety, książki i torby z zakupami. Ochraniają Wasze pośladki, gdy nie mając wyjścia, siadacie na niezbyt czystej ławce, na schodach lub na podłodze. Podpierają Wasze głowy, gdy przysypiacie w pociągu. Osłaniają Wasze głowy, gdy biegniecie w deszczu i trzymacie torebkę nad sobą (bo parasol, leniwiec, został w domu). Zasłaniają Wasze piersi, gdy przechodzicie obok prostacko pogwizdujących facetów, albo Wasze brzuchy, gdy macie bardziej opiętą sukienkę i czujecie, że chyba te parę zbędnych kilogramów właśnie w tej okolicy prezentuje się światu. Służą jako narzędzie do samoobrony, gdy wieczorem na ulicy słyszycie kpiące: „Co, mała, spacerek? Może wspólny?”, po czym delikwent zbiera się z chodnika, mrucząc pod nosem: „Co te baby noszą w tych torebkach?”, tylko w mniej cenzuralnej wersji. Gromadzą wszystko, co do nich wrzucacie, bez pretensji, skarg i obrażania się. Są zawsze pod ręką (lub pod pachą), gdy ich potrzebujecie.

A czasem robią Wam brzydkiego psikusa, podsuwając pod grzebiące w ich czeluściach palce rzecz zupełnie inną niż poszukiwana lub chowając rzecz poszukiwaną. Wybaczcie im to. To takie ich montypythonowskie poczucie humoru. Poza tym są naprawdę w porządku.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.