Za nami już XI edycja Konkursu Dziennikarskiego „Bliżej niż myślisz” pod patronatem Olgierda Geblewicza, Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego. Konkurs odbywał się na podstawie porozumienia o współpracy zawartego ze Szczecińską Szkołą Wyższą Collegium Balticum przy wsparciu Zachodniopomorskiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli. Skierowany był do uczniów szkół ponadgimnazjalnych województwa zachodniopomorskiego. Zadaniem uczestników było napisanie felietonu na jeden z trzech tematów podanych poniżej.

Zapraszamy do lektury nagrodzonych prac

II miejsce zajął Mariusz Czaplewski, uczeń III – ego Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Szczecinie

„Człowiek 2.0 – czy człowiek w świecie maszyn ma jeszcze szansę pozostać człowiekiem?”

Otwieram oczy. Wyłączam budzik na trzeciej drzemce. Pewnie wstałbym w porę, gdybym nie siedział do późna na Facebooku. Idę do łazienki ze wzrokiem wlepionym w ekran smartfona.  Załatwiam potrzebę wciąż wpatrzony w Twittera. Na szczęście zyskuję pół sekundy życia dzięki automatycznej spłuczce. Myję ręce i idę do kuchni.

Nastawiam toster, włączam ekspres do kawy i siadam, tym razem z włączonym GG – losuję, szukam kogoś do pogadania. „Jacy głupi ci ludzie. Takie brzydkie zdjęcia dają. Jakby nie umieli Photoshopa używać.” – Myślę zerkając raz po raz na toster, aż nagle słyszę charakterystyczny dźwięk. Odkładam smartfon na stół i zaczynam jeść posiłek. Szkoda by było przecież pobrudzić taki drogi kawałek elektroniki. Na szczęście nie potrzebuję rąk, żeby coś na nim zrobić.

-Hej, Siri! – mówię donośnie do zgaszonego wyświetlacza i pytam po angielsku jak powinienem się ubrać. Po chwili mam przed sobą godzinową prognozę pogody na cały dzień – zarówno temperaturę, jak i zachmurzenie czy opady. Ale nadal mam ponad połowę tosta do zjedzenia i całą kawę do wypicia, więc zaczynam pogawędkę z asystentką głosową, zachowując odpowiedni poziom dyskusji. Pierwsze moje pytanie brzmi „Ile drewna mógłby zrąbać świstak, gdyby świstak mógł rąbać drewno?” („How much wood could a woodchuck chuck if a woodchuck could chuck wood?”), a kolejne “Ile to zero podzielone przez zero?” (“What is zero divided by zero?”). W odpowiedzi otrzymuję niezbędną do życia informację o blisko 362 centymetrach sześciennych dziennie i historię o dzieleniu zera ciastek wśród zera przyjaciół.

Orientuję się, że za chwilę zaczynają się lekcje, a ja nie mam jak podjechać do szkoły. Kończę więc przedłużony posiłek, ubieram ostatnie czyste ciuchy w szafie (chyba muszę poprosić rodziców o inteligentną pralkę z funkcją zbierania brudnej odzieży) i zamawiam sobie Ubera przez aplikację. Odłączam tablet od ładowarki, wrzucam go do plecaka razem z portfelem i słuchawkami, wychodzę z domu. W momencie gdy w aplikacji do sterowania domem wybieram tryb ekonomiczny i zamykam drzwi, podjeżdża moja „limuzyna”. Mój ulubiony kierowca pozwala mi się podłączyć pod głośniki w pojeździe i przez następne 10 minut mogę przewijać posty na Facebooku w rytm nowej płyty Lady Gagi.

Podjeżdżam pod szkołę dziesięć minut przed dzwonkiem, które spędzam na dalszym wyczerpywaniu baterii mojego smartfona. Dostaję powiadomienie, że ktoś dzwoni do drzwi w moim domu. Patrzę kto to przez kamerę w drzwiach. Listonosz. Otwieram małą skrytkę na paczkę, zamykam i wracam do innej aplikacji.

Z głośników na korytarzu rozlega się dźwięk dzwonka szkolnego (bo klasyczne dzwonki są passé), a drzwi każdej z sal lekcyjnych otwierają się automatycznie. Wchodząc trzeba odłożyć na specjalnej taśmie telefon, który trafia do twojej osobistej skrytki. Siadamy, wyciągamy tablety. Nauczycielka odcina salę od Internetu (zamontowali to niedawno, jakieś dziwne pole elektromagnetyczne, żebyśmy nie ściągali) i rozpoczyna kartkówkę. Na ekranach pojawiają się pytania i zegar odliczający dziesięć minut. Czas start.

Wszystkie odpowiedzi zapisują się na szkolnych serwerach, a po minucie wyświetlają się ponownie na wyświetlaczach, lecz z podliczonymi punktami i wystawionymi ocenami. Znowu trója.

Pytań brak, więc nauczycielka wybiera stronę podręcznika, która otwiera się na każdym dziewięciocalowym ekranie i przechodzi do wykładania tematu. Ciekawe, kiedy wymienią ją na „nowszy model”. Wpatruję się w treści, wykonuję wyskakujące kolejno zadania i nie zauważam kiedy minęło pozostałe 35 minut. Zbieram telefon z taśmy, wychodzę, idę pod kolejną salę, odblokowuję sprzęt i spędzam przerwę na oglądaniu śmiesznych kotów.

Lekcja, pod salę, śmieszne koty. Lekcja, sprawdzian, pod salę, głupie wypadki samochodowe. Lekcja, pod salę, gadające papugi. Lekcja…

Na siódmej godzinie mam okienko. Zostawiam tablet w szafce, żeby nie wykryli, że opuszczam teren szkoły i idę do sklepu. Przy wejściu skanuję kod wyświetlony na ekranie, a przechadzając się między półkami zamiast zdejmować towar z półki, skanuję kolejne kody wyświetlone przy obrazkach i opisach towarów. Idę do strefy kasowania, skanuję ostatni już kod i przede mną pojawia się reklamówka z moimi krakersami i piciem, a na wyświetlaczu powiadomienie
„2 bitcoiny mniej na twoim koncie.”. Wracam do szkoły, czatując na Messengerze z kolegą, który idzie 5 metrów przede mną. To wygodniejsze niż rozmowa twarzą w twarz, a emotikonami można ukryć prawdziwe emocje.

Ostatnia lekcja to sztuka. Ale to nie żadne oglądanie obrazów Chopina czy Mickiewicza (chyba tak nazywali się ci malarze w XX wieku). Sztuką nazywamy lekcje z Photoshopa i innych programów graficznych. Do wyboru do koloru, możemy rysować na tabletach graficznych, przerabiać zdjęcia albo projektować jakieś pierdoły. Jeden chłopak z pierwszej klasy umie bardzo ładnie grać i na zajęciach ze sztuki podobno coś komponuje. Wydzielili mu nawet mini studio w szkole. Na najnowszy sprzęt poszło kilkadziesiąt milio…, znaczy się kilka bitcoinów.

Skończyłem akurat przerabiać ostatnie zdjęcie i rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Zapomniałem zamówić Ubera do domu, więc poszedłem odprowadzić przyjaciółkę na stację metra. Przez całą drogę korespondowaliśmy na iMessage. Znalazłem fajny pakiet naklejek i przez kilka dobrych minut się z nich śmialiśmy. Z naszych ust nie padły jednak żadne słowa, a nasze oczy cały czas były skierowane na ekrany smartfonów.   

Zamówiłem swój transport z odpowiednim wyprzedzeniem z uwagi na godziny szczytu, poczekałem z towarzyszką na metro i skierowałem się do czarnej Tesli. Tym razem z głośników zamiast Lady Gagi leciała Taylor Swift.

Wysiadając, odblokowuję zamek w drzwiach domu wybierając odpowiednie menu w aplikacji i przykładając palec do czytnika linii papilarnych. Rzucam szybkie „Cześć!” w stronę salonu w którym siedzą rodzice, idę do swojego pokoju, przebieram się, włączam komputer, idę za potrzebą i zamykam się w swojej jaskini.

Na szczęście od dobrych dziesięciu lat w szkołach nie zadaje się zadań domowych, więc mam cały dzień dla siebie, gier i mediów społecznościowych. Na jednym monitorze Facebook, Twitter i Spotify, na drugim gra. Gdy czekam w niej na odrodzenie, przewijam jakieś posty. Co kilkanaście minut nawet lajknę jakiś post ze śmiesznym kotem.

O godzinie siedemnastej przychodzi przypomnienie „Zdjęcia do projektu na Sztukę”. Czyli jednak jakieś zadanie domowe jest. Na szczęście nie muszę sobie zaprzątać nim głowy, telefon to za mnie robi. Kończę mecz, wyłączam komputer, pakuję aparat i wychodzę z domu.

Zdjęcia jak to zdjęcia. W mieście nie ma za dużo do fotografowania. A przynajmniej nic oryginalnego. Lubię wyjmować z garażu elektroniczną hulajnogę – prezent po moim tacie. Jeździł na niej jak był trochę starszy ode mnie. Wymieniłem akumulator, zmieniłem lekko system i śmiga jak nowa.

Chwilę zajmuje mi wyjechanie poza teren zabudowany. Szczególnie jeśli zrobi się korek na DDEH4 (Drodze Dla Elektronicznych Hulajnóg numer 4, popularnie nazywana DECHĄ), ale warto. Kiedy już widzę, że odcinam się od cywilizacji, wyłączam telefon. To samo robię z Internetem w aparacie.

Mam swoje ulubione miejsce w strefie zieleni, którą wywalczono naszemu miastu jeszcze w pierwszej połowie stulecia. Jeden dziki jelonek zawsze wyczuwa, kiedy przychodzę. Nigdy nikomu nie pokazywałem, ale połowa karty pamięci z aparatu to zdjęcia właśnie mojego leśnego przyjaciela. Gdybym wrzucił jakieś na Instagrama, pewnie straciłbym połowę obserwujących. Ludzie mają w tych czasach ważniejsze rzeczy do oglądania. Wspominałem już, że uwielbiamy śmieszne koty?

Zacząłem się ostatnio zastanawiać się, czy Og (tak nazwałem tego jelonka) rozumie, co do niego mówię. Jeżeli tak, chyba mogę nazwać go moim jedynym przyjacielem. Zawsze mnie wysłuchuje. Bałem się zawsze to zrobić, ale dziś po raz pierwszy go przytuliłem. W tym momencie zechciałem zamknąć wszystkie moje konta w serwisach społecznościowych, a nawet zacząć rozmawiać z ludźmi. Ale uświadamiam sobie, że nikt by nie chciał ze mną rozmawiać, a dziewczyna, którą odprowadziłem do metra, wysyłałaby mi naklejki, których nie mógłbym zobaczyć.

Ścierając łzę z policzka pogłaskałem Oga, wyszedłem na drogę i skierowałem się w stronę domu. W połowie drogi zorientowałem się, że nie zrobiłem wszystkich zdjęć do projektu. Zgubiłem też chyba telefon w lesie, ale, o dziwo, nie ruszyło mnie to zbytnio. I tak go nie zlokalizuję – przecież jest wyłączony.

Drzwi do domu na szczęście tym razem były otwarte. Przebiegłem obok mamy zaczerwieniony od płaczu, a pół metra od schodów o mało co nie zabiłem się o robota sprzątającego akurat przedpokój. Rzuciłem plecak z aparatem gdzieś w kąt, skoczyłem na łózko i okryłem się kołdrą. Zacząłem głośno szlochać.

Gdy moja mama przyszła zobaczyć co się stało, myślała, że zbiłem ekran w telefonie, albo zniszczyłem hulajnogę. Usiadła na łóżku, odkryła mnie i przytuliła mocno. Zapytałem ją tylko o jedno.

„Mamusiu, czy ja mam jeszcze szansę pozostać człowiekiem?”

Murio

Serdecznie gratulujemy!!!

Tutaj zwycięska praca konkursowa