Główna bohaterka „Zmierzchu” Stephenie Meyer, nosząca wdzięczne imię Bella (Isabella) Swan (czyli, gdybyśmy miały się zabawić w tłumaczenia hybryd językowych: piękna łabędzica), wywołuje u części czytelniczek stan białej gorączki i szewskiej pasji z powodu swojej… nazwijmy to delikatnie, ciamajdowatości.

Bella ciągle na coś wpada, z czymś się zderza, idzie gdzieś niczym postać z nastoletniego slashera (horroru hołdującego zasadzie „jeśli bezpieczniej będzie trzymać się całą grupą, to się koniecznie rozdzielcie, a jeśli natrafiasz na ciemne, ponure, groźne i wydające podejrzane dźwięki podejrzenie, to obowiązkowo wejdź tam sama / sam, bez światła, bez broni i jeszcze najlepiej z głośnymi krzykami typu „Jest tam kto? Wchodzę!”. I daj się zabić każdemu potworowi, jaki się pojawi, ewentualnie uciekaj przed nim w możliwie najgłupsze miejsca). Bella rozcina sobie rękę w towarzystwie gromady wampirów (bo biedactwo się potknęło), idzie po szkolnym parkingu, pełnym ludzi, w taki sposób, że akurat jako jedna jedyna niemal ląduje pod kołami samochodu, i przeżywa wiele innych sytuacji z serii „dama w opałach”, tyle że w wersji „ciamajda w praktyce”. Wszystko oczywiście po to, by jej świecący niczym brokat na sylwestrowej kreacji ukochany wampir mógł ją ratować.

Bardziej krytyczna wobec „Zmierzchu” część czytelniczek ma tej Bellowej ciamajdowatości serdecznie dość. Wcale im się nie dziwię; kiedyś musiałam „Zmierzch” przeczytać (z powodu planowanego artykułu; artykuł ostatecznie nie powstał, ale co się nakatowałam wszystkimi częściami Meyerowych wypocin, to moje) i też przez kolejne tomy na zmianę się wściekałam, że ta kretynka (główna bohaterka) znowu coś sobie robi jak ostatnia łamaga, oraz mruczałam pod nosem: „Niech to ją już na dobre załatwi, błagam”. Bo to rzeczywiście jest koszmarnie denerwujące, taka bohaterka, której główny modus operandi polega na byciu absolutną niezdarą, którą wiecznie trzeba wyciągać z opresji.

Ostatnio Bella Ciamajda Swan do mnie wróciła; nie, nie poprzez książkę czy film, choć zastanawiam się, czy takie rozwiązanie nie byłoby mniejszym złem. Wróciła do mnie przez refleksję nade mną samą. Niestety, z bólem serca doszłam do wniosku, że bywam – zwłaszcza od niedawna – taką właśnie Bellą Swan. Tyle dobrego, że nie ciągnie się za mną gromada pobłyskujących wampirów i powarkujących wilkołako-wilków, to zawsze jakaś pociecha. Za to mogłabym przybić Belli piątkę, jeśli chodzi o ciamajdowanie codzienne stosowane. Próbuję rozgryźć: czy to tylko moja przypadłość, czy ogólna; czy to kwestia wieku (człowiek się powoli starzeje, prawda), czy pogody, zdrowia, nastroju, czy… Tych „czy” jest sporo, a żadne nie pomaga. Pomogłoby zapewnienie, że nie tylko mnie spotyka coś takiego i takim natężeniu. Zobaczcie, czy w teście na bellociamajdowatość też Wam wychodzi wynik dodatni – jeśli tak, poczuję się choć trochę pocieszona. Jeśli nie… No cóż, nie to nie. Tylko się nie przyznawajcie zbyt głośno, żeby mi nie było przykro.

1. Gdy macie wokół siebie dużo wolnej przestrzeni, a i tak wpakujecie się na ten jeden jedyny stojak, stojące z boku krzesło, schowaną w kącie walizkę albo cokolwiek w tym stylu – macie punkt do bellociamajdowatości. Nieważne, jak bardzo mało prawdopodobne jest zderzenie się z danym obiektem – zderzacie się i zarabiacie punkt.

2. Gdy przy prostych czynnościach domowych (typu: pokrojenie marchewki, obieranie jajek, wieszanie prania) robicie sobie małe kuku, na przykład rozkrajacie nożem połowę palca, wbijacie skorupkę pod paznokieć, zaczepiacie się o pranie i albo rozrywacie kolejny paznokieć, albo coś prujecie, w praniu lub na sobie – macie punkt do bellociamajdowatości.

3. Gdy myślicie „zrobię to, aby się nie zniszczyło” albo „nie zrobię tamtego, żeby się nie rozlało”, a mimo zrobienia lub niezrobienia coś się niszczy czy rozlewa, niemal samo z siebie – macie punkt do bellociamajdowatości.

4. Gdy własne ciało staje się Waszym najgorszym wrogiem i stopa podstawia nogę stopie, ręka próbuje wydłubać oko lub zrobić dziurę w twarzy, kolano zdradza chęć spotkania pierwszego stopnia z zębami, a bark z jakiegoś powodu postanawia się na trzy dni boleśnie unieruchomić z powodu zwykłego ziewnięcia – macie punkt do bellociamajdowatości.

5. Gdy zalewacie herbatę / kawę, ostrożnie, starannie i uważnie, a mimo to woda ląduje wszędzie, tylko nie w kubku – macie punkt do bellociamajdowatości. Jeśli przy okazji woda ląduje też na Was i parzy (w rękę, stopę, nos czy brzuch), należy Wam się punkt ekstra.

6. Gdy trzymacie coś w rękach i to coś nagle, zupełnie bez powodu i chyba na zasadach osobistej grawitacji, ląduje na ziemi i rozbija się w drobny mak – macie punkt do bellociamajdowatości. Tak, skaleczenie się podczas zbierania rozbitych skorup punktujemy dodatkowo.

7. Gdy w sklepie trzymacie się twardo środka ścieżki, a mimo to co chwila coś spada z półek to z jednej, to z drugiej strony, i tak jakoś spada, jakbyście to Wy te rzeczy potrącały – macie punkt do bellociamajdowatości. Drugi punkt, jeśli przy okazji w zawartość któregoś zrzuconego produktu beztrosko wdepniecie. Trzeci punkt, jeśli jest to śledź, ketchup albo klej.

8. Gdy macie mapę w ręku, nawigację w komórce i zestaw dokładnych wskazówek od kolejnych przechodniów, a mimo to trafiacie nie do tej części miasta, o którą Wam chodziło – macie punkt do bellociamajdowatości. Trzymanie mapy do góry nogami – dodatkowy punkt. Krzyczenie do komórkowej nawigacji: „W które lewo i za jakie pięćset metrów na zachodni wschód, ty durny guglu?!” na środku ulicy zasługuje na trzy punkty ekstra.

9. Gdy z samego rana staracie się poruszać po mieszkaniu możliwie cicho, by nie obudzić drugiej osoby, lecz mimo Waszych olbrzymich starań drzwi lodówki trzaskają z siłą atakującego nosorożca, naczynia w zlewie szczękają ze słyszalnością młota pneumatycznego, a każda rzecz na Waszej drodze decyduje się spaść, wywrócić lub podłożyć się Wam pod nogi – macie punkt do bellociamajdowatości.

10. Gdy zakładacie biżuterię, a mikroskopijne zapięcie od kolczyka ląduje pod szafą, między panelami czy wciąga się do odkurzacza, albo obcasy utykają między płytami chodnika i ratują się katapultowaniem z fleków, albo zakładane ciuchy rozpruwają się w strategicznych miejscach, albo w czasie służbowego obiadu czy właśnie wtedy, gdy macie na sobie najlepszą bluzkę, jakieś jedzenie absolutnie nie do sprania ląduje radośnie na jak największej powierzchni materiału – macie punkt do bellociamajdowatości. A nawet od razu dwa, bo przy próbach wyciągnięcia zapięcia, uratowania obcasów, zszycia naprędce ciuchów czy usunięcia plamy na pewno przytrafi się jeszcze jakiś problem. No dobrze, trzy punkty, w końcu to straty materialno-moralne.

Jak podsumowanie? Powyżej pięciu punktów – wiedzcie, że jest niedobrze. Od ośmiu w górę – witajcie w moim świecie, wiem, że boli. Powyżej trzynastu – pogratulujcie samym sobie, że jeszcze chodzicie w jednym kawałku.

Tak, wiem, że każdemu może się zdarzyć chwila niezdarności, drobny wypadek czy kumulacja pechowych sytuacji. To prawda, ale są też tacy bardziej utalentowani, obdarzeni zwiększoną częstokrotnością niezdarności, wypadków i sytuacji – czyli, innymi słowy, bardziej ciamajdowaci. Bellociamajdowaci. Jeśli zdarzało Wam się zgrzytać na ciamajdowatą Bellę ze „Zmierzchu”, przestańcie. To nie kiepski pomysł na kreację kiepskiej bohaterki – to niestety prawda. Te ciamajdowate Belle się zdarzają i są wśród Was. Tylko, na szczęście, poza ciamajdowatością nie grożą im badziewne wampiry.

Gdy spotkacie taką bellociamajdowatą osobę, zdobądźcie się na odrobinę wyrozumiałości i życzliwości. Nam naprawdę jest już wystarczająco ciężko. Aha, i możecie się do nas nie przyznawać w sklepie, gdy już ze wszystkich półek pospada wszystko, co tylko mogło i parę rzeczy, które nie mogły. Zrozumiemy i wybaczymy. I będziemy trzymać kciuki, żebyście też w coś wdepnęli, najlepiej w tego śledzia w ketchupie i kleju.

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.