Kolejny raz odwiedziłam Toruń. Mój przyjazd był związany z promocją książki : „Dar dna”, połączoną ze spotkaniem z czytelnikami w bibliotece WSKSiM. Wszystko zaplanowałam poprawnie i skrupulatnie. Basia Szkil, współautorka „Daru”, z racji ustawicznego przebywania w Toruniu, była wystarczająco wcześnie poinformowana o spotkaniu autorskim, wiec pozostawała na czuwaniu na miejscu. Kilka dni przed wyjazdem, wpadłam na pomysł zaproszenia do Torunia jeszcze jednej osoby: Ani Nowoświat, z którą spędziłam wiele godzin przed ekranem komputera, przygotowując poglądową wersję szaty graficznej książki.

Potem nasze pomysły dla potrzeb wydawniczych dostosował i opracował ich ostateczną aranżację Michał Matuszak. Wszystko było dopięte, terminy uzgodnione, bilety zakupione przez Internet. Z Anią miałyśmy się spotkać przed drzwiami autobusu relacji Szczecin – Białystok, o godzinie 8.30! Ale zamiast jej samej otrzymałam powiadamiającego esemesa, że podróż do Torunia będę musiała odbyć w samotności, bo ona zaspała i z uwagi na ten nader nieoczekiwany i przykry fakt sama dojedzie, ale następnego dnia. Informacje przyjęłam z żalem, ale nie z rozpaczą i ruszyłam w drogę.

Żal we mnie narastał i to bardzo mniej więcej do okolic Stargardu, utrzymywał się nadal w okolicach Kalisza, nieco odpuścił zaraz za Wałczem, prawie zobojętniał w granicach Bydgoszczy, a całkowicie ustąpił na dworcu w Toruniu. Nie było mi pisane odpocząć po podróży, chociaż na to zasługiwałam.

Basia bombardowała mnie telefonami, dopytując się o szczegóły spotkania, których ja również nie znałam. Noc minęła szybko, ranek jeszcze szybciej, bo odbierałam Anię z dworca. W granicach południa dotarłyśmy na uczelnię, zjadłyśmy obiad. Ania dotrzymywała towarzystwa Basi, ja dotrzymywałam towarzystwa studentom, a potem wszyscy spotkaliśmy się o 18.00 w bibliotece, aby rozmawiać o możliwościach „ powrotu do szczęścia”, bo tak właśnie brzmi podtytuł „ Daru dna”. Weszłyśmy do wnętrza biblioteki, w której przywitała nas dwuosobowa kanapka, z dostawionym krzesłem ( dla Ani ), stolikiem z kawą, herbatą i słodkościami.

Obok na stelażu wystawiona była książka, a nad nią widniała rozpięta błękitna parasolka. Basi nic nie umknie, wiec natychmiast usłyszałam pytanie:” Po co ta parasolka?” Odpowiedziałam, że to taki dodatkowy ozdobnik, wymyślony przez studentów, bo na plakacie jesteśmy pod parasolką, ale białą, wiec dodali kolor, żeby ją było widać! Po powitaniu, zajęłyśmy miejsca: ja i Basia na sofce, a Ania na krześle. Goście systematycznie nadciągali i mimo faktu, że do wszystkich zaraz po przekroczeniu progu biblioteki uśmiechałam się serdecznie, to i tak zajmowali miejsca z tyłu. Studenci rozstawiali kamery. Paląca się kontrolka obligowała nas do kontroli tego jak wyglądamy, siedzimy i co robimy.

Pewnie wyglądałyśmy, jak Trzy Siostry z Czechowa i do tego milczące. Ania siedziała w bezruchu, przyglądając się wchodzącym gościom, natomiast Basia wciąż podpytywała mnie, czy dobrze wygląda i nic jej znikąd nie wystaje. Kilka razy musiałam to potwierdzić, zanim mi uwierzyła.

Kilkanaście minut po godzinie 18.00 sala był prawie pełna i mogliśmy zacząć. Studenci za kamerą byli zupełnie nieinwazyjni, ale ci z aparatami fotograficznymi, nie pozwalali o sobie zapomnieć. Po krótkim, oficjalnym powitaniu, nasze spotkanie się zaczęło.

Pierwsze pytanie dotyczyło tego, czym jest „ Dar dna” i jakie niesie przesłanie(?) Pytanie raczej klasyczne i nie zmuszające do długiego wyjaśniania.

Udzieliłam więc wstępnej odpowiedzi, że jest to studium indywidualnego przypadku, a tym przypadkiem jest niejaka Łucja w wieku dość sędziwym, bo około sześćdziesiątki. Mająca kiedyś szanse na zostanie celebrytką, a jeśli nie celebrytką, to przynajmniej diwą operową. Jednak z uwagi na cały szereg zdarzeń prowokowanych, losowych i zastanych, zacumowała z własnym życiem na wysypisku śmieci. Ja osobiście poznałam ją nieco wcześniej, zanim zaczęła tam cumować, potem towarzyszyłam jej w poznawaniu zupełnie mi obcego i nieznanego wysypiskowego świata, aż do momentu, w którym obie przedarłyśmy się przez wszystkie napotkane brudy, koszmary i zaniedbania i wypłynęłyśmy na szerokie wody.

Zgromadzona w pierwszych rzędach młodzież akademicka, patrzyła na nas w skupieniu i ze zdziwieniem. Co robili pozostali nie wiem, bo mój wzrok aż tak daleko nie sięgał. Moja wypowiedź okazała się nie wystarczająca, więc musiałam dopowiedzieć, że główna bohaterka, czyli Łucja, z uwagi na wiele zdarzeń, sytuacji i wypadków losowych w niedługim czasie pozostała bez środków do życia, co skłoniło ją do podejmowania prób samobójczych. I właśnie pierwsza część „Daru dna”, relacjonuje, opisuje krok po kroku wszystko to, co przyczyniło się do jej życiowego dramatu.

I tu posypały się pytania: a dlaczego tak się stało, a kto zawinił? A czemu nie miała za co żyć, a czy ktoś udzielił jej wsparcia psychoterapeutycznego, etc.

Po kolei starałam się odpowiedzieć na postawione pytania, tylko na ostatnie , dotyczące skuteczności psychoterapii, odpowiedziałam jednym zdaniem: „ żaden rodzaj psychoterapii, zastosowany w przypadku Łucji nie przyniósł pozytywnej zmiany”. Kiedy to powiedziałam na kilkanaście sekund zapadła cisza. Nie przerywałam jej.

Chwilami cisza jest konieczna, aby usłyszane informacje mogły zostać zarejestrowane i zapamiętane. Przerwała ją jedna z czytelniczek, najwyraźniej będąca już na zaawansowanym etapie czytania, która powiedziała:

” – Niezależnie od ogromu dramatycznych zdarzeń, to tę pierwszą część czyta się, jak thriller”. Nie przypuszczałam, że tak głęboko poznam czyjeś życie: na przemian będę się śmiać, płakać, wzruszać i na dodatek zwiedzę Toruń”(śmiech). Uczestnicy spotkania się ożywili, być może z powodu perspektywy krajoznawczej, więc pospieszyłam z wyjaśnieniem, że pierwsza część jest pewnego rodzaju specyficznym reportażem, w którym zwierzam się czytelnikowi z własnych stanów emocjonalnych, które towarzyszyły mi w procesie porządkowania życia głównej bohaterki. Razem ze swoimi przyjaciółmi rozważałam sposoby udzielenia jej pomocy, a działo się to wszystko w różnych toruńskich klimatach.

Toruń, to moje miasto, z którego nigdy nie potrafiłam wyjechać, bo tęsknota za jego urokami tego cofała mnie, jak figurę w szachach. Natomiast część druga, to trud Basi, która z Łucją spędziła wiele godzin, na rozmowach. To Łucji wspomnienia, jej swoista autobiografia, którą Basia przepisywała z kartek i zeszytów (Łucja nie posiadała komputera). To głos samej Łucji, ale już po wydobyciu się z najtrudniejszych, krytycznych momentów swojego życia. Czytelnicy zapytali: „ dlaczego historia opowiedziana przez Łucję jest napisana w pierwszej osobie?” Basia udzieliła odpowiedzi, że podjęłyśmy decyzję o wykluczeniu elementu narracji, a także pozostawieniu niektórych błędów stylistycznych, gdyż głównym zamysłem było pokazanie świata Łucji z perspektywy jej przeżyć, jej nieszczęścia i nic poza tym. Pisała i mówiła, tak jak chciała, myśmy tego nie korygowały, ani nie zmieniały. Najwięcej jednak pytań dotyczyło trzeciej części, która zawiera trzy pakiety pracy i to ona wyznacza drogę tzw. „ POWROTU DO SZCZĘŚCIA”.  Przyszli czytelnicy byli bardzo zaciekawieni, dlaczego, jeden z pakietów pracy: LABIRYNT jest interaktywny, a gdy wszyscy otrzymywali od nas kartę wstępu BOARDING PASS, na zawieszce, nie mogli powstrzymać swojej ciekawości. Książka jest sprzedawana bez tej karty, gdyż czytelnik, może ją sfotografować telefonem komórkowym przed rozpoczęciem pracy w poszczególnych komnatach labiryntu i korzystać z niej zgodnie z podaną instrukcją. Jej aplikacja na telefon ją aktywuje i umożliwia wykonywanie poszczególnych zadań. Kiedy to wyjaśniałam, posypały się pytania:”- A co się stanie, gdy będziemy czytać książkę i do labiryntu wejdziemy bez aktywnej karty?” Moja odpowiedź brzmiała, prosto, lakonicznie i może nawet lekceważąco: „ NIC, NIE STANIE SIĘ NIC!” Zapadła cisza. Obserwowaliśmy się nawzajem, jakby wyczekując na dalszy ciąg, przynajmniej z mojej strony, ale mój umysł leniuchował, czekałam… Ania i Basia prawie równocześnie popatrzyły na mnie ze zdziwieniem chyba, ale nie jestem pewna. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że można tej karty nie aktywować, ale wtedy nie nauczymy się budować zabezpieczających nas EMOCJONALNYCH TRANSPORTERÓW, nie nauczymy się uważności , polegającej na postrzeganiu otaczającej nas rzeczywistości w perspektywie 3D.

KUP KSIĄŻKĘ ONLINE

Obserwowałam narastające zdziwienie i bez względu na nie, kontynuowałam. Aby decydować o własnym rozwoju potrzebujemy kilku umiejętności, po pierwsze: samodyscypliny, po drugie: ujawnienia przed sobą prawdy dotyczącej tego co czujemy, po trzecie: traktowania siebie z szacunkiem, po czwarte: przeproszenia siebie za nieuważność i po piąte: dziękowania sobie, za przeżyte ( czasem bardzo trudne) doświadczenia, które czegoś nas nauczyły, lub w stosunku do czegoś zdystansowały. Zakończyłam mój wywód zdaniem: „ Można nie trzymać się instrukcji, jeśli się tego nie chce, ale trzeba wtedy wiedzieć, że nie traktujemy poważnie naszych przeżyć, więc nie możemy na końcu ( po zaliczeniu wszystkich pakietów pracy)wpisać swojego imienia na certyfikacie ( ostatnia strona książki),który jest naszą nagrodą za uczciwą pracę nad sobą, na każdym z tych etapów. Pytań było wiele.

Dotyczyły one nie tylko interaktywnego LABIRYNTU, ale również dalszych losów Łucji, czyli inaczej mówiąc: „ Czym skończył się horror jej życia?” Na te pytania odpowiadała Basia, a ja w tym czasie sączyłam wolno, dawno wystudzoną herbatę. Oczywiście skończył się happy endem. Nasze spotkanie powoli zbliżało się do końca i obie z Basią byłyśmy gotowe na wpisywanie dedykacji naszym czytelnikom. Ale zanim to nastąpiło, padło jeszcze jedno pytanie ze strony studentki Dziennikarstwa:- „ Czy powstała by książka, gdyby trud włożony w ratowanie Łucji się nie powiódł?” W odpowiedzi wykorzystałam słowa Św. Augustyna:-„ Człowiek niczego nie może nauczyć drugiego człowieka. Jedyne, co może, to pomóc mu odnaleźć prawdę w jego własnym sercu”. Nie znałam finału, ale czerpałam ze wszystkiego wiedzy, doświadczenia, wiary, intuicji i podpowiedzi przyjaciół. Nie miałam pewności, że się uda. Tak jak teraz nie mam pewności, czy w ogóle bym o tym pisała, bo dramat ludzkiego życia nie zawsze jest na sprzedaż”. To była moja ostatnia wypowiedz na spotkaniu, pod błękitną parasolką!

Sławomira Anna Gruszewska