Gdy ktoś postanawia umrzeć, nie jest łatwo go od tego odwieść. Na drodze psycholog Sławomiry Anny Gruszewskiej staje Łucja. Jej śmierć zdawała się być nieuchronna. Historia wspólnego zejścia na DNO i powolnego, bolesnego wychodzenia z beznadziejnej sytuacji, stała się przyczynkiem do stworzenia autorskiej metody psychoterapii z wykorzystaniem tzw. emocjonalnych transporterów. Prof Gruszewska, współbohaterka i współautorka książki, z pomocą niezawodnych przyjaciół stworzyła eksperymentalną terapię, ratując odporną na wszelkie formy wsparcia Łucję od beznadziei i śmierci.

Zapraszamy do lektury trzeciej części wywiadu z profesor Gruszewską.  Dziś o książce, transporterach emocjonalnych, emocjonalnym analfabetyzmie i absolutnie uzasadnionej nadziei.

AB:  SKĄD TYTUŁ: „ Dar dna”?

S.A.G: Zrodził się po stoczonej walce o uratowanie życia głównej bohaterki wszystkich zdarzeń: Łucji. Jej sytuacja, a właściwie dramat jej życia (którego byłam świadkiem), zmusiły mnie do innego spojrzenia na techniki stosowane w psychoterapii. W jej przypadku były nieskuteczne, więc szukałam rozwiązań niestandardowych.

Niektóre słowa, użyte w zdaniach, w procesie komunikacji, w przeciągu kilkudziesięciu sekund doprowadzały ją do furii, czasem łez, ale furii zdecydowanie częściej. W rozmowie nie wolno było używać słowa: „matka”…

Użycie tego słowa (wyjątkowo szlachetnego i pięknego) natychmiast przerywało rozmowę. Próby jej kontynuacji prowokowały tylko agresję wspieraną wulgarnymi określeniami. Tak, jakby ktoś podłączył jej kroplówkę z trucizną.

AB:  POZNAŁA PANI MATKĘ ŁUCJI?

S.A.G: Tak, poznałam. W książce, dokładnie opisuję to spotkanie. Kiedy się widziałyśmy, dobijała do dziewięćdziesiątego roku życia. Była niewysoka, drobna i delikatna. Uważałam, że bez względu na to, co robiła w stosunku do swojej córki i jak wyglądało całe jej życie, to zasługiwała ( u schyłku życia), na spokój, bezpieczeństwo i jeśli nie miłość, to na odrobinę uwagi ze strony Łucji. Zastanawiał mnie brak czułości ze strony córki. Natomiast na nieszczęścia zwierząt, Łucja była wyjątkowo wrażliwa. Często ratowała jakiegoś psiaka, kota, czy nawet gołębia. Była osobą wierzącą, modlącą się, chodzącą do kościoła i dobrze znającą Biblię. Tym bardziej jej zachowanie było zaskakujące, tajemnicze i dziwne.

AB: TO BYŁO BARDZO DUŻE WYZWANIE…

S.A.G: Łucja była wyzwaniem nie lada. Odrzucała wszystko, każdą propozycję udoskonalenia własnego życia. Najgorzej reagowała na terapię grupową, po niej wracała do swojego zachowania, przyzwyczajeń i nawyków. Gdy problemy ją przerastały podejmowała próby radykalnego zamknięcia swojej przyszłości na własnych warunkach. Śmierć miała ją wyzwolić.

AB: PRÓBOWAŁA SIĘ ZABIĆ…

S.A.G: Tak! Nie cieszyło jej to, że ktoś próbował jej pomóc. Nie odnosiła się do wspierających ją specjalistów ( i nie tylko) z szacunkiem, raczej z sarkazmem i ignorancją. Na postawione przez psychoterapeutę pytanie:” Co pani robi dla siebie?”- odpowiadała: -„ Wszystko!” To słowo uruchamiało w niej jakąś dziwną zapadnię, może jakiś korytarz, prowadzący nie wiadomo dokąd i do czego.

AB: ALE W KOŃCU NASTAPIŁ PRZEŁOM?

S.A.G: Tak, nastąpił. Dołączyła do grupy „ocalonych”. Odkryła sens własnego życia i zaczęła wykorzystywać swoją wiedzę, doświadczenie i przeżyte traumy w twórczy sposób: pokonała samotność, nienawiść i autoagresję.

AB: ISTNIEJE TAKIE RYZYKO, TAKI STRACH, ŻE DRAMAT JEJ ŻYCIA POWRÓCI?

S.A.G: Życie każdego jest niezmiernie dynamiczne i nie ma pewności, że coś się już nie powtórzy. Na to składa się wiele czynników, których nie można przewidzieć. Ale wszystkie trudne ( nawet epizody) momenty życia, które udało się przezwyciężyć, wzbogacają nie tylko nasze doświadczenie, ale również naszą uważność. Stajemy się bardziej odporni, gotowi na szybsze podejmowanie decyzji o konieczności zmiany czegoś, co nam zdecydowanie nie służy i nas nie uszlachetnia. Pomagając Łucji korzystałam z wiedzy, doświadczenia, ale również z intuicji i pomocy przyjaciół.

AB: SERDECZNIE GRATULUJĘ I OBY WIĘCEJ TAKICH SUKCESÓW. BO TO JEST MOŻNA POWIEDZIEĆ PRAWDZIWY I MIERZALNY SUKCES?

S.A.G: Ratowanie ludzkiego życia, to specyficzne zwycięstwo dobra nad złem. Aby to zwycięstwo było trwałe, zbudowałam ring, gdzie czytelnicy mogą stoczyć walkę ze swoimi, słabościami, trudnościami i każdą sytuacją, która będzie im przeszkadzać i stać na drodze do ich szczęścia. Tym ringiem jest interaktywny LABIRYNT, który przyspieszy ich rozwój i umożliwi osiągnięcie tzw. spełnienia. Wejście do niego umożliwia karta wstępu „ BOARDING PASS”. W każdej komnacie labiryntu znajduje się przycisk teleportacji, gdyby zadania były zbyt trudne do wykonania w ciągu jednorazowego pobytu w konkretnej (emocjonalnej) przestrzeni. Można wtedy przenieść się do wypoczywalni i się do nich zdystansować. Łucja często korzystała z możliwości teleportacji z labiryntu. Były momenty, kiedy nie chciała do niego wrócić.

AB: SPĘDZIŁA PANI Z ŁUCJĄ MNÓSTWO CZASU, ALE TO NIE BYŁA KLASYCZNA PSYCHOTERAPIA? JAK NAZWAĆ TEN PROCES, METODĘ?

S.A.G: Coaching. To był coaching, który sprowokował mnie do szukania niestandardowych rozwiązań: przystosowania się do jej świata, nie tylko w kwestii jego zrozumienia, ale również bycia w nim z nią razem.

AB: JAK SIĘ PANI PRZYGOTOWYWAŁA, PRZYSTOSOWYWAŁA DO TYCH ZADAŃ?

S.A.G: Przebierałam się, bo chodziłam razem z Łucją po śmietnikach. Te miejsca były dla mnie dotąd nieznane, obce, nieprzyjazne i dziwne. Często niebezpieczne, bo czasem trzeba się było z nich ewakuować w dużym pośpiechu.

AB: SZCZĘŚCIE, ŻE STANĘŁA PANI NA JEJ DRODZE…

S.A.G: Uważam, że szczęście dotknęło nas obie i to równocześnie: ona wyszła z życiowego zakrętu, a ja ( dzięki niej)wypracowałam sobie zupełnie nowy sposób postrzegania ludzkiego dramatu. Właśnie dlatego postanowiłam to skatalogować, opisać i udostępnić. Moi przyjaciele z dzieciństwa pomagali mi jak mogli. Łucja swoje życie ( już po dramatycznych przejściach), spisywała i opowiadała o nim najczęściej Basi Szkil (na zdjęciu z profesor Gruszewską), która to wszystko porządkowała. Dzięki jej redakcyjnej pracy powstała druga część „Daru dna”. Zrezygnowałyśmy w niej z pełnej korekty tekstu i pozostawiłyśmy go w pierwszej osobie, uznając, że narracja, nawet najdoskonalsza, zniekształci ujawniane w nim emocje. Z szacunku do historii życia Łucji, nie chciałyśmy naruszać ich porządku.

AB: CZY ŁUCJA NABRAŁA DYSTANSU DO RZECZYWISTOŚCI, W KTÓREJ TKWIŁA LATAMI?

S.A.G: Jej sposób postrzegania świata nie był już tak „ ostry”: był łagodniejszy, spokojniejszy i zdystansowany. Nauczyła się odróżniać, nazywać i opanowywać swoje emocje.

AB: CZY U NIEJ JUŻ BEZPOWROTNIE MINEŁO ZAGROŻENIE POWROTU DO WCZEŚNIEJSZEGO ZACHOWANIA? NIE MA RYZYKA TZW. EFEKTU „JOJO”? CZY SĄ RZECZY, KTÓRYCH MUSI UNIKAĆ?

S.A.G: Nie musi niczego unikać, ani się obawiać, bo poznała sposoby przekraczania własnych stref komfortu. Nauczyła się posługiwać emocjonalnymi transporterami, zna ich znaczenie, zasięg i efekt końcowy. Dzięki nim przeszła pełną transformację lingwistyczną. W jej mózgu powstały nowe neuronalne połączenia, zastępujące to, co już dawno powinno się znaleźć na emocjonalnym „śmietniku”, który podobny jest do takiego bagna, które bulgocze i nie zachęca do zwiedzania. Jak się go w porę nie osuszy, nie odessie wszystkiego, co zbędne, to umysł się nie odbarczy (nie pozbędzie)i sam nie wyrzeknie tego, co było złe, przykre, nie do zniesienia, ale w chwili obecnej, kompletnie zbędne. Dlatego pierwszy pakiet pracy nosi nazwę : LABIRYNT, w którym każda komnata wyposażona jest w słowny, uniwersalny transporter.

AB: CZYM JEST TRANSPORTER?

S.A.G: Transporter to zbiór pojęć, tworzący zdanie, określenie, hasło, a czasem definicję, odnoszące się do przestrzeni emocjonalnej, które zastępuje wszystkie te (wcześniej usłyszane i zapamiętane) zdania, określenia, powracające i prowokujące stany przygnębienia, smutku, bardzo często rozpaczy i agresji. Ich, (nazwijmy to) ciągła obecność w naszym życiu, blokuje osiągniecie, zbliżenie się do stanu spełnienia, czyli tego, co nazywamy poczuciem szczęścia.

Inaczej mówiąc, transporter to specyficzny kolaż słów, który musi być zbudowany w oparciu o synergię trzech składowych: UWAŻNOŚCI, SZACUNKU i POKORY.

Umiejętności budowania transporterów (dla siebie i dla innych) trzeba się nauczyć, trenując to powoli, bardzo dokładnie i wciąż. Jest to proces, który trwa całe życie, bo na każdym jego etapie potrzebujemy wciąż nowych i nowych transporterów. Pomagają w naszym rozwoju i doprowadzają do materializacji pragnień. To lingwistyczne wzmocnienia, hamujące spadek serotoniny, dające szanse na unikniecie stanów depresyjnych. Przewidziałam trudność w ich budowaniu, więc każdą z komnat LABIRYNTU wyposażyłam w tzw. TRANSPORTER UNIWERSALNY (już przed chwila o tym mówiłam), który umożliwia czytelnikowi nie tylko przejście z jednej komnaty do drugiej, ale również poznanie i oswojenie się z metodą ich tworzenia. Dlatego ten pakiet pracy jest interaktywny, wyposażony w kartę wstępu: „ BOARDING PASS”. Poruszanie się bez niej po LABIRYNCIE, jest oczywiście możliwe, ale efekt końcowy: przebudowanie i transformacja własnego projektu życia nie zostanie osiągnięty przez czytelnika. Uzyska on tylko pewną informację, tak jakby przeczytał repertuar w jakimś kinie, ale jeśli nie wybierze seansu i nie kupi biletu, to na salę projekcyjną nie wejdzie i nie oceni tego, co obejrzy.

AB:  ZATEM KSIĄŻKA JEST SWOISTYM ZESZYTEM ĆWICZEŃ?

S.A.G: I tak i nie. W komnatach są różne zadania, które dotyczą tylko czytelnika, jego życia, jego doświadczeń, jego problemów i jego gotowości do zmiany jakości tego, w czym jest, a co sam chce poprawić i wejść na wyższy poziom rozwoju. Próba uporządkowania, tego co wciąż jest przykre, chociaż dawno minęło, może okazać się trudna. Dlatego każda z komnata posiada przycisk” TELEPORTACJI”, dający szansę natychmiastowego opuszczenia labiryntu, gdy zadanie okaże się tak trudne, że trzeba będzie pracę w tej konkretnej komnacie podzielić na kilka etapów i ją opuścić, udając się do „WYPOCZYWALNI”. Czas pobytu w „ wypoczywalni”, czyli wtedy, gdy odkładamy książkę i wracamy do swoich codziennych zadań, nie ma limitów czasowych. Czytelnik sam decyduje, kiedy chce ponownie po nią sięgnąć i wejść do komnaty, którą opuścił i dokończyć zadania.

AB: CO MOŻE SPOWODOWAĆ POTRZEBĘ OPUSZCZENIA KOMNATY LABIRYNTU?

S.A.G: Zapamiętane trudne sytuacje, pochodzące z różnych okresów naszego życia: i tych bliższych i tych bardziej odległych, w których zostaliśmy zmuszeni do przeżywania cierpienia, typu: lęk, upokorzenie, zaniedbanie, porzucenie, wstyd, smutek, żal, poczucie krzywdy, a także brak miłości, akceptacji, zrozumienia, współczucia i wsparcia. To co przeżyliśmy, a co nas nie odstępuje, musi zostać rozpoznane, skatalogowane i zaopatrzone w odpowiedni transporter, tylko wtedy straci swą ważność, siłę i destrukcyjną moc. W życiu zawsze potrzebujemy wsparcia innych, nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego sami. Dlatego też labirynt uzupełniłam kolejnym pakietem pracy, który nazwałam: „SKLEP Z PRZYJACIELEM”. W nim właśnie podpowiadam czytelnikowi, jak szukać i zdobywać szacunek i miłość tych, którzy nas nie zdradzą, nie oszukają i nie opuszczą. My wybraliśmy ich, a oni nas! Będą trwać przy nas bez względu na sytuację, trudności i dramaty.

AB: MOŻE SIĘ OKAZAĆ, ŻE TA KSIĄŻKA STANIE SIĘ PRZYCZYNKIEM REWOLUCJI W ŻYCIU WIELU LUDZI, DOTKNIE TO TAKŻE ICH NAJBLIŻSZYCH?

S.A.G: I o to właśnie chodzi! Gdybyśmy nie podejmowali prób poszukiwania nowych rozwiązań, to nauka stałaby w miejscu, a ona musi służyć człowiekowi, poprawić jakość jego życia, ale przede wszystkim OSWOIĆ GO Z SAMYM SOBĄ!

AB: A TRZECI PAKIET PRACY Z CZYM JEST ZWIĄZANY?
S.A.G: Trzeci pakiet pracy, to „POŻEGNANIE DZIECIŃSTWA”. Ale tylko tych jego fragmentów, w których zostaliśmy w jakiś sposób skrzywdzeni przez innych: dorosłych, rówieśników, czasem przez samych siebie.

Gdy mamy dwa, trzy, cztery, czy pięć lat, nie mamy wpływu na to, jak i w jaki sposób, o jakości naszego życia decydują dorośli: w co nas ubierają, jakie nam kupują zabawki, czym nas karmią i jakie nam stawiają wymagania. Ale kiedy dorastamy i zaczynamy powoli samodzielnie decydować o własnych pragnieniach i piąć się po szczeblach naszego prywatnego życia, dokonujemy weryfikacji i oceny tego, co nam zaszczepiono, czego nas nauczono i kim my tak naprawdę jesteśmy. Ta ocena dorosłych: ich zachowania i postępowania w stosunku do nas jest czasem dla nich bardzo bolesna.

W psychologii i w pedagogice spotykamy się z określeniem tzw. młodzieńczego buntu, swoistego rodzaju niesforności i manifestacji niepokornego zachowania, traktowanych jako konieczne elementy procesu rozwojowego. Ale to nie jest bunt, to jest adekwatna reakcja na fatalne transportery, które zostały wprowadzone przez wszystkich, biorących udział w naszym wychowaniu i życiu w szerokim znaczeniu tego słowa. Jest to naturalna reakcja na często spotykany (zastanawiam się, czy nie użyć określenia bardzo często) emocjonalny analfabetyzm dorosłych, który koresponduje z tzw. emocjonalną głupotą, lub jak kto woli, emocjonalnym ubóstwem, ujawniając brak odpowiedzialności za wychowanie tych, którzy przyjmują informacje o świecie w takim pakiecie, jaki został im zaproponowany. Dokonają jego zmiany, jak dorosną i odkryją, że większość tego, co im wpajano nadaje się na śmietnik.

AB: CZYLI NIE BUNT A CZAS POSZUKIWANIA INNEGO TRANSPORTERA?

S.A.G: To jest zamiana takiego transportera, który nie przestaje kaleczyć, ranić i ograniczać, na taki, który wzmacnia, buduje i rozwija! Daje siłę przezwyciężania trudności , redukuje lęk i utrzymuje serotoninę na odpowiednio wysokim poziomie, abyśmy nie gubili drogi do indywidualnego szczęścia.

AB: POSIADA PANI OBSZERNĄ WIEDZĘ DOTYCZĄCĄ BUDOWANIA TRANSPORTERÓW I WYCHOWANIA. CIEKAWI MNIE, CZY DA SIĘ TO PRZELOŻYĆ NA CODZIENNE ŻYCIE I RELACJE Z PANI WŁASNYM DZIECKIEM?

S.A.G: ( śmiech) Trudno teraz mówić o relacjach z własnym „ dzieckiem”, które ma już od dawna własną rodzinę! Gdy moja córka była w wieku przedszkolnym, a ja byłam raczkującym specjalistą, nie korzystałam z transporterów, bo ich jeszcze nie dostrzegałam. Czerpałam wiedzę z nauki, często z podpowiedzi własnych rodziców, ale najczęściej z intuicji. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jestem dumna z moich osiągnięć wychowawczych. Moja córka jest bardzo wrażliwa, odważna i silna, chociaż na transportery się w dzieciństwie nie załapała. Udało się to dopiero w relacji z wnuczką.

AB: I JAK WYGLĄDA PANI RELACJA Z WNUCZKĄ?

S.A.G: Dyskretnie, prawie niezauważalnie koryguję i lekko poprawiam działania rodziców, ale radykalnie ich nie zmieniam i nie przestawiam. Wszystko dokładnie wnuczce tłumaczę, podaję przykłady, opowiadam, uczę strategii w podejmowaniu decyzji. Nie zmuszam, nie oceniam i nie wyrażam ostro swojego niezadowolenia. Informuję ją tylko, jak się czuję z tym , co od niej usłyszałam, lub z tym czego byłam świadkiem. Czasem nie reaguję w ogóle, gdy uznam, że reakcja jest zbędna. Uczestniczę w jej życiu, bez zbędnej manifestacji, staram się promować jej rodziców, a nie siebie.

AB: TO MUSI BYĆ MĄDRA, PELNA SZACUNKU WIĘŹ.

S.A.G: I właśnie taka jest: pełna zaufania, humoru, ale przede wszystkim bardzo ciepła. Obie nic „nie musimy”, ale „wszystko możemy”!

AB: TAK NA ZAKOŃCZENIE WYWIADU ZAPYTAM JESZCZE, CZY SĄ TAKIE TRANSPORTERY, DZIĘKI KTÓRYM KAŻDA KOBIETA MOŻE POLUBIĆ I POKOCHAĆ SIEBIE?

S.A.G: Wystarczy sięgnąć po moją książkę. W niej jest 21 uniwersalnych transporterów. Trzeba wybrać ten, którego potrzebujemy najbardziej!

AB: TAK ZATEM ZROBIĘ. DZIĘKUJĘ PANI PROFESOR ZA ROZMOWĘ.

S.A.G: Również dziękuję.

TUTAJ KUPISZ KSIĄŻKĘ „DAR DNA”

Sławomira Anna Gruszewska – prof US dr hab. psycholog, etyk, filozof związana z Uniwersytetem Szczecińskim. Uczestniczka wielu staży naukowych w kraju i za granicą, między innymi w Kijowie, Taszkiencie i Paryżu. Zajmuje się psychologią społeczną, psychologia twórczości, neuropsychologią i psycholingwistyką. Wykłada na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Szczecińskiego, w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, Szczecińskiej Szkole Wyższej Collegium Balticum. Współpracuje z wieloma uczelniami w kraju i za granicą. Konsultantka ds. kryzysów w Instytucie Socjologii Ukraińskiej Akademii Nauk w Kijowie. Fascynuje się sztuką i podróżami.