DAWNE ŚNIEGI I DZISIEJSZE PSY

 W czwartek znów padał śnieg. Wprawdzie był to śnieg z deszczem, a mróz nie chwycił, więc do wieczora się roztopiło i wydawałoby się, że nie ma o czym mówić. A jednak jest. Ten śnieg (któryś raz w tym roku i któryś rok z rzędu) uświadomił mi bowiem upływ czasu. Albo, mówiąc mniej eufemistycznie: uświadomił mi, że się postarzałam.

Gdy byłam mała, śnieg witałam z zachwytem. Śnieg to były święta, choinka, grudniowa przerwa w szkole i wyczekiwanie na prezenty; śnieg to była zabawa, zjeżdżanie na sankach, lepienie bałwana i bitwa na śnieżki; śnieg to było nadejście magicznego zimowego okresu, podczas którego wszystko stawało się inne, niezwykłe, czarodziejskie. Śnieg nie niósł za sobą żadnych złych skojarzeń, był jednoznacznie dobry, wspaniały i mile widziany. Nawet jego mniej przyjemne aspekty – zimno i szczypanie w nos – miały swoje uroki.

Z upływem czasu śnieg tracił magiczną siłę, choć do któregoś momentu jeszcze się jakoś bronił jako element „uniezwyklający”. W szkole średniej, gdy człowiek miał trochę większą świadomość realiów codzienności, biały puch ukazał tę mniej sympatyczną twarz: większe rachunki za ogrzewanie, konieczność zmiany opon na zimowe, zagrożenia na drodze (lub strach przed nimi), konieczność odśnieżania chodnika czy ulicy przed domem. Z niesympatycznej twarz stała się paskudna, gdy sama z kolei stałam się dorosła i te wszystkie sprawy z rachunkami, odśnieżaniem etc. zaczęły mnie dotykać bezpośrednio. Dziś na widok padającego śniegu zgrzytam zębami, a pokrywającą wszystko biel w ogrodzie witam zirytowanym warknięciem: no i znów trzeba będzie odśnieżać!

O ile potrafię wrócić do niektórych aspektów dzieciństwa – czytania książek dla dzieci, oglądania filmów dla dzieci, cieszenia się z odnalezionej po latach pozytywki, która niegdyś wisiała nad moim łóżkiem – o tyle nie potrafię powrócić do dawnej sympatii do śniegu. Nie żebym nie próbowała i nie miała po temu pewnych warunków. Jest bowiem w śniegu coś, co wywołuje we mnie (niezamierzony i nie do końca chciany) zachwyt przemieszany z sentymentem. Przez pierwsze pół minuty. Po trzydziestu sekundach widok tej białej warstwy na ziemi znów staje się denerwujący. Dłużej potrafię się zachwycać śniegiem na drzewach – wyglądają wtedy naprawdę zjawiskowo, jak na obrazie. Ale potem mniejsza lub większa partia śniegu spada z gałęzi na moją głowę, za kołnierz, na szybę samochodu albo jeszcze gdzieś, gdzie wcale nie jest mile widziana. Całkowicie zaś zaślepia mnie śniegowa wściekłość, gdy widzę to paskudztwo z samego rana za oknem (znów trzeba będzie cały dzień grzać, rachunek za ogrzewanie właśnie radośnie rośnie) i przed płotem (znowu odśnieżanie, sypanie piachem i trudności z podjechaniem pod górę, jeśli pod nowym śniegiem znajdują się nadal zmrożone resztki starego).

No i są jeszcze inne okołośniegowe „atrakcje”. Buty: jeżeli wcześniej, przy ładniejszej pogodzie, dałam się skusić ślicznym zamszowym kozakom (a dałam), teraz jak szalona gnam znów do CCC w poszukiwaniu skórzanych, bo przecież te zamszowe po jednym spacerze przemokną. Ubranie: trzeba zarzucić warstwy ochronne ciepłych ciuchów jeszcze przed założeniem płaszcza (jestem zmarzlakiem), owinąć szyję trzy razy szalem (bardzo zmarzlakiem), naciągnąć na głowę kaptur (bardzo bardzo), a nos ochronić wolną końcówką szala (naprawdę bardzo). Rękawiczki: jeśli zapomnę albo zgubię, sama jestem zgubiona, (patrz zdanie wcześniej). Niestety mam tendencję do gubienia albo wkładania rękawiczek w różne dziwne miejsca, przez co później, w czasie godziny „W” – wychodzenia z domu – nie mogę ich znaleźć. W pracy i w domu wahadło: musi być odkręcony grzejnik, bo zimno; ale przez odkręcony grzejnik robi się w końcu za ciepło i duszno, więc trzeba otworzyć okno, by ochłodzić i odświeżyć powietrze; ale przez to robi się za zimno, więc trzeba zamknąć okno i pozwolić grzejnikowi ogrzewać; ale po jakimś czasie robi się przez to za ciepło i za duszno, więc… I tak w kółko. A na podłogach szczerzą zęby i podśmiewają się złośliwie resztki śniegu, które spadły z butów i teraz się wrednie roztapiają wokół.

Od absolutnej nienawiści do śniegu chroni mnie tylko mój pies, który śnieg uwielbia. Może go lizać, może go jeść, może się w nim tarzać, może na nim leżeć (cóż, z takim futrem to nic trudnego), może ryć w nim pyskiem i wydeptywać łapami ślady podczas spacerów. Różne zwariowane rzeczy, które sama robiłam ze śniegiem jako dziecko (no, może poza ryciem pyskiem), robi teraz psisko. Nie obraża się też, gdy dostanie w bok śniegową kulką albo gdy śnieżne tornado, wzbijane moimi rękami, ląduje na jego głowie i grzbiecie. Widok czarno-rudego owczarka (w typie belgijskiego), który wraca z ogrodu czasem biały niczym bałwanek, czasem z kilkoma płatkami na futrze, lecz za każdym razem tak samo zadowolony z tego zimnego, które rozsypano wokół domu, albo leży przed bramą, tworząc puchatą czarno-rudą plamkę na środku puchatej białej plamy – ten widok potrafi naprawdę rozczulić i sprawić, że nawet do śniegu zaczynam żywić cieplejsze uczucia. Śnieżne zabawy – czy to psa z kimś, czy to samego psa – są dla mnie obecnie jedynym usprawiedliwieniem istnienia czegoś takiego jak śnieg.

No i jeszcze ozdobione światełkami drzewa w ogrodzie wyglądają w czasie świąt bardziej klimatycznie, gdy jest śnieg, przyznaję. Ale klimatyczny wygląd nie odśnieży za mnie podjazdu.

Jak wspominałam na początku, gdy dziś widzę śnieg, poza złością czuję także upływ czasu. Czy ja naprawdę tak się kiedyś cieszyłam na widok tego padającego z nieba paskudztwa? Trudno mi w to teraz uwierzyć. Czy naprawdę lepiłam ze śniegu różne rzeczy (raz nawet fokę)? Biegałam z koleżankami na najwyższą górkę na osiedlu, ciągnąć za sobą sanki większe od którejkolwiek z nas? Obrzucałam innych i byłam obrzucana przez innych śnieżkami?  Wyczekiwałam śniegu od listopada (albo i października), z nadzieją, że spadnie szybko, że spadnie go dużo, że będzie padał całymi dniami i nocami? Skakałam z radości na widok pierwszych płatków wirujących na wietrze?

Wolne żarty. Musiałam być szalona. Albo musiałam być dzieckiem, takim stuprocentowym, szczęśliwym i wypełnionym zabawą dzieckiem, bo kochać śnieg może tylko dziecko. Albo pies. Może właśnie dlatego gdy przestajemy być dziećmi, tak bardzo potrzebujemy psów, które ocalają w nas różne elementy – również minione, dawno już podstarzałe nas-dziecko. I pozwalają uwierzyć w różne rzeczy – nawet w to, że dawno, dawno temu kochało się śnieg.

Co nie zmienia faktu, że jeśli to białe paskudztwo w tym tygodniu znowu spadnie, dostanę szału.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.