DEFINICJA WŁASNA

Od kilku lat 11 listopada, święto odzyskania niepodległości, więc teoretycznie święto łączące wszystkich Polaków, staje się jednym z moich najmniej ulubionych świąt. „Łączące Polaków”, dobre sobie – raczej dzień stający się pretekstem do tego, by pokazać, że

„mój patriotyzm jest mojszy i lepszy od twojego”. Doskonały moment, by bejsbolem nauczać patriotyzmu tych, którzy choćby w minimalnym stopniu się ze mną nie zgadzają. Idealna chwila do jeszcze większego podzielenia narodu w imię starej, dobrej dewizy polityków wszelkiej maści: „divide et impera”, czyli „dziel i rządź”.

Skoro już starożytni Rzymianie o tym wiedzieli, to czego chcieć od Polaków, którzy (jak pokazuje wiele przykładów z historii) najlepiej się łączą przeciwko wspólnemu wrogi, a najlepiej dzielą – przeciwko wspólnemu dobru?

Od kilku lat coraz bardziej też nie lubię słowa „patriotyzm” – w tym współczesnym znaczeniu, zmanipulowanym na różne strony, wykorzystywanym przez polityków, parapolityków i pseudopolityków, znaczeniu, którym każdy wyciera sobie mordkę (by nie rzec: mordę), a czasem i coś innego. Nie lubię słowa „patriotyzm” wykorzystywanego przeciwko mnie jako szantaż emocjonalny, jako narzucenie „jedynych właściwych” sposobów myślenia, odczuwania, życia, jako kij i marchewka (zgodzisz się z nami – nazwiemy cię patriotką, nie zgodzisz się z nami – nie damy ci patriotyzmu do łapki).

Nie cierpię mówienia o patriotyzmie w kontekście „białej polskiej siły”, tych wszystkich „white powerów” i podobnych, obozów politycznych, „nas i ich”. White power to może być w kapsułkach do prania białych ciuchów. W kapsułkach do prania kolorowych jest color power, a do czarnych ciuchów – black power. I to jedyne kolorystyczne powery, które jestem w stanie przełknąć i uznać za sensowne. W kontekście patriotyzmu „power” – biała, czarna, w kropki bordo – jest bzdurą do sześcianu.

Nienawidzę zabierania mi patriotyzmu, mojego codziennego patriotyzmu, i robienia z niego szmaty do wycierania politycznych brudów. Bo to właśnie robi potężna część polityków rozmaitych, a z nimi – duża grupa społeczeństwa, która przyznaje sobie prawo do narzucania wszystkim własnej definicji słowa „patriotyzm”.

Kocham mój kraj – jego historię, jego język, różnorodne elementy jego kultury. Kocham. A miłość, jak zwracają uwagę współcześni psycholodzy, jest ściśle powiązana z nienawiścią, nienawiść bowiem nie jest zaprzeczeniem miłości, lecz jest, powiedzmy banalnie, lewą stroną; zaprzeczeniem miłości jest zaś obojętność. Co to oznacza? Akurat wcale nie to, że nienawidzę swojego kraju; ale mogę widzieć jego wady, błędy, potknięcia. Widzę, bo kocham. Obchodzą mnie, bo kocham. Mogłabym machnąć na nie ręką, gdybym była obojętna; ale skoro nie ma we mnie obojętności, nie ma też machania ręką ani udawania, że sprawy nie ma. Widzę, dostrzegam, jestem świadoma. W starym, do bólu pięknym pytaniu Norwida „czy ten ptak kala gniazdo, co je kala / czy ten, co mówić o tem nie pozwala?” wybieram pierwsze jako lepszą postawę. Bo drugie jest albo zawoalowaną obojętnością, albo – zwykłym sabotażem. A niekiedy wręcz autosabotażem.

Jednak w przypadku mówienia o wadach – oraz zaletach! – własnego kraju pojawia się coś, co można określić jako conditio sine qua non, warunek niezbędny, bez którego nie ma szans na spełnienie (Rzymianie to jednak mądrzy byli, tyle pięknych łacińskich określeń): znajomość historii. Znajomość historii własnej i cudzej, znajomość porządna, a nie powierzchowna, znajomość oparta na źródłach, a nie na bajaniach tego czy tamtego mądralińskiego.

Cyceron (jeden z tych mądrych Rzymian) powiedział kiedyś (daruję już Wam łacinę, choć po łacinie brzmi to pięknie do sześcianu): nie znać historii to być zawsze dzieckiem. Gdy przyglądam się wielu grupom, które zwą się szumnie „patriotami”, widzę tabuny dzieciaków, dzieciaków w takim złym znaczeniu: bez wiedzy, bez refleksji, bez jakiejkolwiek potrzeby poznania. Dzieciaków mentalnych. Dzieciaków, którym tylko i wyłącznie własna ignorancja oraz arogancja pozwalają mówić dumnie „My, patrioci”.

Parę tygodni temu dzięki Kluboksięgarni Fice poznałam pewną książkę o patriotyzmie – tytułu nie pamiętam, ale pamiętam sens fragmentów, które mi odczytano: sprzątam swoje śmierci – jestem patriotką, odpowiednio przechodzę przez ulicę – jestem patriotką, pomagam staruszce przejść przez pasy – jestem patriotką. Rozumiecie, o co chodzi? Banały, zwykła codzienność. Uderzyło mnie to wówczas mocno – może dlatego, że jesteśmy narodowo przyzwyczajeniu do mówienia o patriotyzmie na wysokim „c”, w kategoriach ekstremalnych, wzniośle i najlepiej z nutką dramatyzmu. Patriotyzm codzienny, zwykły, domowy – to nie jest coś, co robi wielkie wrażenie, a już na pewno nie da się do tego wymachiwać bejsbolem, szalikiem czy innymi akcesoriami ze sklepu „Młodzież patriotyczna”. Może właśnie dlatego taki patriotyzm nie jest zbyt popularny, przynajmniej w oficjalnym dyskursie.

I może właśnie dlatego jest mi tak bliski. Bo to jest patriotyzm, za pomocą którego mogę się definiować. Znam swój ojczysty język, nie kaleczę go formami typu „dwutysięczny osiemnasty” czy „mnie się to bynajmniej podoba”. Znam ortografię i interpunkcję języka ojczystego, a gdy czegoś nie jestem pewna, sprawdzam w słownikach (tak, słowniki językowe to jedna z bardziej patriotycznych publikacji, jakie można spotkać!). Przeczytałam sporo książek z polskiego kanonu literatury i sporo spoza kanonu (i mogą mi się podobać lub nie, ale przynajmniej wiem, o czym mówię). Odmieniam nazwiska (tak, w Polsce nazwiska się odmieniają, uwierzycie?). Znam przynajmniej w podstawowym stopniu historię swojego kraju (i od razu chociaż w skromnym zarysie historię innych krajów, które w jakiś sposób wpłynęły na dzieje Polski lub vice versa). Wiem, jak się nazywał pierwszy i ostatni król Polski. Znam kolejność epok literackich. Wiem i znam, a jeśli nie wiem lub nie znam, to albo mam tego świadomość, albo staram się dowiedzieć, albo przynajmniej zachowuję minimum pokory, w rodzaju „o, w tym temacie jestem zielona”, zamiast stwierdzać: „jeśli tego nie wiem / nie znam, to jest to głupie i każdy, kto to wie / zna, jest idiotą”.

To wszystko – to jest patriotyzm. Tak, droga „młodzieży patriotyczna”, która poza „przerywnikami” na „k” i „ch” niewiele słów polskich wypowiada, a tym bardziej zapisuje poprawnie, znajomość ortografii własnego języka i wiedza, jak się nazywał ostatni król elekcyjny (co to było król elekcyjny?!) to większy patriotyzm niż skandowanie „patriotycznych” haseł połączone z fizycznymi atakami na „niepatriotów”.

Idąc dalej tą definicją patriotyzmu: staram się dobrze wykonywać swoją pracę (i dobrze się odnosić do współpracowników, nawet jeśli mam kiepski dzień). W miarę możliwości wspieram lokalny, kameralny polski biznes. Przechodzę na zielonym świetle, a nie na czerwonym. Przed pasami schodzę z roweru i rower przeprowadzam, nie robię uliczno-chodnikowych slalomów jak wściekły szympans. Chodzę na wybory (nieważne, na kogo głosuję – chodzę i głosuję, więc przynajmniej w minimalnym stopniu pokazuję, że nie mam sprawy gdzieś). Swoje śmieci wyrzucam do śmietników, a nie w krzaki kilka domów dalej albo w lesie. Szczepię swojego psa. Mogę sobie nie przepadać za dziećmi, ale gdybym natrafiła gdzieś na dziecko, które wygląda na zagubione, nie udawałabym, że malucha nie widzę. Nie pluję na chodnik, ulicę, w miejscach publicznych. Tak, to wszystko to też jest patriotyzm. Niektórzy nazywają to jeszcze „kindersztubą” albo „dobrym wychowaniem”, ale na pewnym podstawowym poziomie to to samo. Wielki mi patriota, który podczas publicznego marszu wrzeszczy o swym patriotyzmie, po czym pluje na chodnik, rzuca niedopałek papierosa na bok (podejście do śmietnika trzy metry dalej za bardzo boli) i włazi na czerwonym świetle na ulicę, prosto pod koła hamujących rozpaczliwie samochodów. Przy okazji rzuca „prawdziwym polskim słówkiem”, bo przecież trzeba zachować koloryt lokalny.

Nie zabrzmi to ładnie, ale trudno: mam w nosie wielki patriotyzm z dyskursu publicznego. Mam go w nosie, bo jest wykorzystany na wszystkie strony do wszelkich celów (poza tym właściwym), wymiętoszony jak stara koszulka, wydeptany niczym wiekowa wycieraczka, wybrudzony jak rękawiczka Perfekcyjnej Pani Domu po wizycie w mojej remontowanej właśnie łazience. A przede wszystkim mam go w nosie dlatego, że jest używany do dzielenia społeczeństwa, tworzenia i podtrzymywania rozdziałów, usztywniania myślenia czarne-białe. To już nie jest patriotyzm. To słowny kostium nałożony na własne partykularne korzyści. A ja kostiumy jestem w stanie przyjąć tylko w teatrze i na balu karnawałowym.

Trzymam się własnej (a przecież, co pocieszające, nie tylko mojej!) definicji patriotyzmu – jest mi zdecydowanie bliższa i mam wrażenie, że potrafi objąć o wiele większą grupę ludzi, bez agresywnego, atakującego, destrukcyjnego wykluczania. Trzymam się tej wersji i Norwidowskiego pytania, które w ostatnich latach tak intensywnie do mnie powraca. Trzymam się tej wersji – więc jedenastego listopada, w ramach świętowania odzyskania niepodległości, zajęłam się swoimi zwierzakami, poczytałam, trochę posprzątałam, zrobiłam korektę językową paru artykułów, napisałam ten felieton, popatrzyłam przez okno i pomyślałam: jaka paskudna pogoda, szaro, buro i ponuro (a do tego znowu wszędzie liście). Ale to moje szaro, buro i ponuro (i liście), nie zamieniłabym tego na nic innego. Po prostu poczekam, za jakiś czas pogoda się poprawi i będę mogła zrobić porządki w ogrodzie, by znów było ładnie.

I to też jest patriotyzm. Ten codzienny, zwykły i prosty, od którego zaczyna się wszystko, co naprawdę wielkie.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.