(Z dedykacją dla tych, którzy zupełnie niezamierzenie i nieraz nieświadomie potrafią natchnąć człowieka do pisania).

Czekałam niedawno na badania lekarskie. Powinno pójść szybko i sprawnie, bo część badań zrobiona już wcześniej, wystarczy potwierdzić wyniki i ruszyć dalej. Trafił mi się, niestety, nadgorliwy lekarz, który stwierdził: „Pani pracuje głosem, to koniecznie trzeba jeszcze pójść do laryngologa”. Poszłam, dwa gabinety dalej. I czekałam ponad pięćdziesiąt minut, bo pani laryngolog utknęła w korkach. Nie to jednak było najgorsze – najgorsze było to, że badanie, na które czekałam niemal godzinę, trwało minutę, składało się z dwóch pytań i nawet nie zajrzano mi do gardła (miałabym przynajmniej wrażenie, że czekałam po coś).

Minuta badania, pięćdziesiąt minut siedzenia w poczekalni. Super, wielkie dzięki, panie doktorze główny, to był wspaniały pomysł. A potem powrót do wcześniejszego gabinetu i kolejne czekanie, i początek kolejkowej kłótni, bo ktoś pomylił kolejność, wskutek czego zgubił w świadomości połowę kolejki – efekt „Pan tu nie stał!” gotowy. Kolejkowej naparzance zapobiegła jedna z recepcjonistek, która zebrała karty od tych „już tylko do podbicia” i szybko załatwiła formalności. Może szkoda, poczułam się przez chwilę jak u Barei. Z drugiej strony – dzięki temu wreszcie wyszłam, po dwóch godzinach, a nie po trzech. Zawsze coś.

W trakcie tego nieszczęsnego czekania wydarzyła się jednak dobra rzecz: znajoma, której się pożaliłam przez Messengera, pocieszyła mnie słowami: „To może być niezła inspiracja dla felietonistki”. Jasne, pomyślałam kwaśno, napiszę, jak wielką cnotą jest cierpliwość kolejkowa, jak bardzo chce się udusić wszystkich, którzy stoją w kolejce przed tobą i jak paskudne poczucie wyższości odczuwa się na widok tych, którzy stoją w kolejce za tobą (jestem złym człowiekiem, wiem. Nigdy nie twierdziłam inaczej).

Najśmieszniejsze, że z tej wymiany wiadomości rzeczywiście urodził się pomysł na (ten) tekst. Bo dzień później uderzyła mnie myśl: jak wiele przydarzających się nam rzeczy, które początkowo wydają się złe, prędzej czy później okazuje się mieć dobre strony. Nie dlatego, że na siłę dopatrujemy się pozytywów, tylko po prostu dlatego, że te dobre strony zwyczajnie istnieją. Niekiedy nawet przeważają nad złymi.

Na przykład ostatnio, taki banał: partner wysłał mnie po zakupy do Lidla, bo sam by nie zdążył zajechać tam po zajęciach na uczelni. Wpadłam do sklepu mało zachwycona, mrucząc pod nosem: „Głupiego mięcha z przeceny mu się zachciało”. Mruczenie i niezadowolenie skończyły się jednak szybko, bo gdy kawałki kurczaka siedziały już w koszyku, na innym stoisku zobaczyłam coś znacznie lepszego niż przyszły obiad – letnią sukienkę! W przecenie! I – wierzcie lub nie – ostatnia sztuka była akurat w moim rozmiarze! Od razu przeszła mi irytacja, a nudne zakupy spożywcze zamieniły się w coś o wiele sensowniejszego, ciekawszego i przydatniejszego: zakupy ciuchowe. Ale powiedzmy sobie szczerze: gdyby nie owo „Zajedź do Lidla po kurczaka, bo ja nie zdążę”, nie miałabym dziś ślicznej, beżowej, koronkowej letniej kiecki.

Zresztą gdyby wcześniej nie odwołano mi na uczelni zajęć, też bym tej sukienki nie miała, bo moja sobota wyglądałaby zupełnie inaczej. Na zakończenie sezonu teatralnego w Pleciudze również bym nie poszła albo zostałabym krócej (i nie poskakała przez sznur). Zajęć szkoda, owszem; ale możliwość spotkania się z ludźmi, z którymi przez kilka lat pracowałam i z którymi zwyczajnie lubię się spotkać, to dobra rzecz. Poza tym zakończenie sezonu teatralnego w Pleciudze to impreza, której zwyczajnie nie chce się przegapić (w każdym razie ja mam do niej spory sentyment). To, co się wyprawia na parkingu teatru (tańce, hulanki, swawole), zasługuje na dobrze napisaną sztukę, ze wstawkami kabaretowymi, amatorskimi interludiami filozoficzno-psychologicznymi i długimi passusami kulinarnymi. (Hm, może kiedyś?)

Dobrą stronę miała przecież i moja kilkuletnia zawieszka pisarska, podczas której odłożyłam w kąt wszelkie pomysły, próbki i plany literackie. Kto nigdy nie pisał i nie zaliczył takiej zawieszki, ten nie ma pojęcia, czym jest blokada pisarska: czuje się wstręt na samą myśl o pisaniu, a jednocześnie za pisaniem się tęskni, pisania brakuje, bez pisania ma się wrażenie własnej niekompletności, nieprawdziwości, nieudaczności. Kiedy chce się pisać, niepisanie staje się największą karą, którą wymierzyło się samemu sobie; ale wrócić do pisania tak po prostu się nie daje, bo blokada trwa, zupełnie jakby się utknęło obiema nogami w zasychającym cemencie. Potrzebny jest impuls, który potrafi w jednej chwili ten cement skruszyć. Nie pytajcie, co jest impulsem, bo to pytanie z serii „skąd się bierze natchnienie”. Wszystko może być impulsem, byle drobiazg, czasem coś tak śmiesznego, że aż wstyd przyznać; czasem przypomnienie pewnego uczucia, pomysłu, dialogu, sytuacji, wyobrażenia; czasem zaś – sama tęsknota za pisaniem, tęsknota tak silna i skręcająca coś w mózgu, sercu czy żołądku (do wyboru), że w końcu człowiek nie wytrzymuje i po prostu siada, by pisać. I – rzeczywiście pisze.

Podczas blokady pisarskiej jeden z największych niepokojów budzi myśl, że wypadło się z rytmu, że utraciło się dotychczasową umiejętność w miarę sprawnego pisania, a także – że dawne pomysły się zgubiły, zestarzały, popsuły. Paradoks polega na tym, że czasem właśnie ta zawieszka, ta blokada, ta przerwa – pozwala pomysłowi dojrzeć w sposób, który w innej sytuacji nie byłby możliwy. Wraca się do pisania nie tylko z nową energią i chęcią, lecz również z zupełnie nowym spojrzeniem, inną świadomością i lepszym zrozumieniem własnych pomysłów. To bolesne doświadczenie, obarczone poczuciem winy (bo przez czas blokady można było już tyle napisać), dalszym niepokojem (czy blokada nie minęła za szybko, może jeszcze trzeba poczekać?) oraz świadomością własnej małości (nie pisałam przez dwa lata, a świat sobie doskonale radził, więc co warte są te moje wypociny, skoro ich brak nie zatrzymał kuli ziemskiej?). To bolesne doświadczenie, ale chyba potrzebne, a już na pewno warte przeżycia, jeśli jego owocem jest skonkretyzowana idea, którą chce się zamienić na tekst. Jak w praktyce wyjdzie owa zamiana – to już inna sprawa (i temat na inny felieton); jednak nawet jeśli efekt będzie mizerny, uczucie, jakie towarzyszy momentowi, gdy mija blokada pisarska, wynagradza również przyszłe porażki.

Gdy tak sobie zbieram w głowie różne wydarzenia z serii „niby źle, a jednak dobrze”, niekiedy odnoszę (niepokojące) wrażenie, że to, co mi się przydarza, rzeczywiście ma jakiś swój odgórny sens, cel i przyczynę. Takie odczucie chwilami zbija z tropu albo przeraża (i denerwuje). Z drugiej strony – czasem przypominają mi się słowa lamy Olego Nydahla: „Piekło i niebo wydarza się między uszami” i wtedy zaczynam się zastanawiać, na ile to wszystko jest kwestią wyłącznie mojego odbioru, nastawionego na szukanie plusów lub minusów, przywiązanego do danej reakcji albo przeciwnie, wypchniętego ze strefy (nawet niekomfortowego) komfortu i zmuszonego do zobaczenia danej sprawy z innej strony. Pewnie jest, i to często, częściej, niż mi się wydaje. Fragment tekstu medytacji XVI Karmapy mówi: „wszystko jest swobodną grą umysłu”. Jeśli tak – to wolę nie komentować, w co nieraz gra mój umysł; dobrze chociaż, że w niektórych momentach udaje mu się zagrać trochę inaczej i lepiej. Może właśnie dlatego zwykle wierzę (albo chociaż staram się wierzyć), że te gorsze momenty mają swój sens i niosą za sobą coś dobrego, nawet jeśli nie od razu to widać. Bo te dobre strony po prostu są, chociaż czasem się ukrywają i wymagają poszukania, pochylenia się, uważnego rozejrzenia – albo zmiany perspektywy. Ucieszyć się z drobiazgu, docenić małą zaletę dużej wady – czy to nie jest przeniesienie punktu ciężkości? Kto powiedział, że jest tylko jeden punkt ciężkości i bardziej liczy się minus niż plus? Nie interesuje mnie, jak bardzo w mnożeniu minus decyduje o pewnych rzeczach; dzięki bogom jako prosta humanistka mogę czasem literacko sprofanować matematykę i powiedzieć: minus, spadaj. Dziś rządzą plusy.

I w związku z tym, wcale nie tak na marginesie – naprawdę wszystko, nawet doprowadzające do szału czekanie w kolejce do lekarza, może być inspiracją do (nie tylko) felietonu. Moniko, dzięki za przypomnienie mi o tym.

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

 

 

 

Foto: Pixabay