Dopadł mnie kryzys, pomimo, że do porażek i kłopotów podchodzę z przeświadczeniem, że wszystko dzieje się „po coś”. Ale nie dzisiaj. Ranek był jeszcze energetyczny, a popołudnie dało mi w kość. Skumulowało się za dużo. Ostatnie dwa tygodnie to tygodnie obfitujące tylko w nieprzewidziane wydatki. I jeszcze samochód… nawet nie wiadomo w jakich kosztach zamknie się naprawa. Rozżaliłam się nad sobą okrutnie i dopadł mnie żal do całego świata. W takich chwilach moje pozytywne nastawienie znika i pojawia się mój nie proszony przyjaciel krytyk, który nakazuje wątpić w słuszność wyborów, wzbudza niepokój o przyszłość i zabiera radość z tego co już mam. Żeby tego jeszcze było mało, tracę ochotę na działanie, mam typowy spadek energii, a stres paraliżuje moją kreatywność. I co? Mam poczucie, że jestem w czarnej d…e. Nie lubię takiego stanu, choć czasem i to jest potrzebne. Niestety nauczona żyć w ciągłym biegu mam od razu wrażenie, że tracę czas. Nie potrafię jeszcze dać sobie przyzwolenia na zwolnienie tempa. Zrobiłam pierwszy krok odsączając te tematy, które nie są dla mnie teraz istotne, ale z całą resztą wciąż gnam przed siebie. I już się w głowie rodzi plan. Czasem ten plan to fajna rzecz… tylko czy ja nie stałam się w pewien sposób niewolnikiem grafiku, który sama z nieprzymuszonej woli zapełniam?
Kobieta