DYSKRETNY UROK DAWNYCH PREZENTÓW

Grudzień to dla mnie miesiąc bardzo przyjemny, osobisty i specyficzny. Przyjemny – bo, wiadomo, święta, wolne dni, nadchodzący sylwester, choinka, prezenty i te klimaty. Osobisty – bo mam wtedy i imieniny (tak, to dziś), i urodziny (już lada chwila). Specyficzny – bo w grudniu następuje mój osobisty koniec roku. Nie ma to nic wspólnego z rokiem kalendarzowym; Tadeusz Konwicki w „Małej apokalipsie” pisał, że każdy człowiek ma swój indywidualny, zupełnie własny moment, gdy dla jego psychiki, ducha, duszy kończy się jeden rok i zaczyna drugi, a koniec ten równie dobrze (jak w przypadku bohatera) może następować w środku lipca. Mój koniec roku zbiega się akurat z kalendarzem, ale to zbieżność czysto przypadkowa. W każdym razie z tych trzech powodów grudzień jest dla mnie czasem ogromnie istotnym i wręcz intymnym.

Grudzień jest też miesiącem prezentowym. Wyobraźcie sobie: kończy się wreszcie okres posuchy (od Dnia Dziecka po imieniny nie ma absolutnie żadnego święta, z okazji którego mogłabym się domagać od otoczenia prezentów! Sześć miesięcy kompletnej okolicznościowej pustyni). Nadchodzi czas podarunków, i to w wersji silnie skomasowanej: imieniny, mikołajki, urodziny, Boże Narodzenie (w efekcie czasem dostaję prezent zbiorczy, ale to też ma swoje dobre strony). Przez cały grudzień pławię się w prezentach, upominkach, niespodziankach. Po prostu pudełkowo-kokardkowy raj na ziemi.

Mama zapytała parę dni temu, co chcę na imieniny. Wówczas właśnie jak obuchem uderzyła mnie myśl, jak bardzo te prezentowe sprawy się zmieniły, jak zupełnie inaczej wygląda to teraz, gdy za moment będę miała trzydzieści dwa lata, jak odmiennie niż wtedy, gdy miałam lat trzy, siedem, dziesięć. Nie gorzej ani lepiej, tylko właśnie inaczej – a w tym „inaczej” tkwi potężna dawka melancholii…

Pamiętacie oczekiwanie na prezenty w dzieciństwie? W gruncie rzeczy zaczynało się ono bardzo, bardzo wcześnie, na przykład zadawanym parę miesięcy przed urodzinami czy świętami pytaniem „A co dostanę?”. Nieraz to pytanie zbywano („Do urodzin / świąt jeszcze daleko”, „Zobaczysz”), czasami za nie strofowano („Coś taka ciekawska”, „A nic w tym roku nie dostaniesz, żeby była odmiana”), niekiedy odpowiadano pytaniem („A co byś chciała?”), które jednak wcale nie oznaczało, że się tę „chciejkę” dostanie, raczej sygnalizowało ewentualne uwzględnienie życzeń (z naciskiem na „ewentualnie”).

„Co dostanę?” Kwintesencja dziecięcego świata prezentów. Niecierpliwość, marzenie, niepewność, mniej lub bardziej śmiała prośba, nieprawdopodobne wizje (dostanę to, to i to, i jeszcze to, i na pewno jeszcze to, a tamto dorzucą), wiara w omnipotencję tych, którzy robią prezenty (rodziców, dziadków, Świętego Mikołaja, dobrej wróżki). Kwestie finansowe? Jakie kwestie finansowe! Marzę o tej konkretnej lalce Barbie, żadne finanse mi w głowie!

Szczęśliwa kraino dzieciństwa, w której miałam marzenia z taką liczbą zer, że dziś aż mi się słabo na myśl o tym robi…

I jeszcze jedna charakterystyczna cecha dziecięcego świata prezentów: precz z praktycznością. Praktyczność? Jaka praktyczność, na pohybel jej! Tej dorosłej oczywiście, bo ta dziecięca była jasna, prosta i logiczna. Chciało się zabawkę – do zabawy. Chciało się słodycze – do jedzenia. Chciało się rower, łyżwy, deskorolkę – do zabawy. Zabawa, jedzenie, zabawa. Praktyczny aspekt tych prezentów aż krzyczy, prawda?

Dziecięcą praktyczność prezentową utraciłam dawno temu, jak pewnie wiele z Was. Teraz cenię prezenty dorośle praktyczne. To, czego mi potrzeba (coś z ubrań, sprzęt sportowy lub komputerowy, kosmetyki, książki). To, czego brakuje (do kuchni, do łazienki, do salonu). To, co pozwala zdobyć potrzebne rzeczy – pieniądze. Swoją drogą, czy zauważyłyście, że z upływem lat coraz częściej dostajemy w prezencie pieniądze? Z jednej strony to sygnał „jesteś dojrzała”: nie potrzebujesz bzdur i bzdurek, masz poważne potrzeby, więc trzymaj forsę i sama sobie wybierz, co chcesz. Z drugiej strony – czy to nie swego rodzaju wygodnictwo i / lub niepewność obdarowujących? Wygodnictwo, bo łatwiej dać parę banknotów niż biegać po sklepach i łamać sobie głowę. Niepewność – bo obdarowujący uświadamiają sobie, jak mało nas znają, jak mało o nas wiedzą (choć jako dzieci byłyśmy tak oczywiste, proste do rozszyfrowania i bezproblemowe w przewidywaniu), jak trudno odkryć, co by nas ucieszyło. Może to też trochę obawa przed nietrafieniem z prezentem (nieraz uzasadniona)? Albo tak wielka chęć absolutnego dogodzenia nam? Dam pieniądze, więc kupi sobie to, o czym naprawdę marzy, a o czym może nie wypada jej powiedzieć.

Przyznaję, lubię dostawać w prezencie pieniądze. Ale lubię też konkrety, te, których sama sobie zażyczę. Nie cierpię – dziś, gdy już (z punktu widzenia dziecka, którym niegdyś byłam) jestem stara, zramolała i nudna – otóż nie cierpię niespodzianek, takich prezentów kompletnie nie wiadomo skąd wymyślonych, od czapy i potrzebnych mi jak w moście dziura. Jako maluch uwielbiałam niespodzianki i wyczekiwanie na nie. Obecnie hasło „niespodzianka” przewraca mi żołądek do góry nogami i trochę na bok. Oczywiście, to nastawienie ma swoje granice (gdy partner zaproponował mi, żebyśmy w ramach praktycznego prezentu pod choinkę sprawili sobie młot pneumatyczny – przyznaję z ręką na sercu, do zaplanowanego na najbliższe sto lat remontu byłby jak znalazł! – bardzo subtelnie, wyrozumiale i merytorycznie zabiłam pomysłodawcę śmiechem. Młot pneumatyczny pod choinkę. Jasne. Może jeszcze z czerwoną kokardką na wiertle?). Praktyczność jednak we mnie tkwi i ma się dobrze.

A jednak… a jednak coś z dziecięcej krainy „co dostanę w prezencie” nadal we mnie tkwi. I czasem podstępnie wyłazi na powierzchnię. Dlatego dopada mnie czasem słabość do tak zwanych prezentowych „durnostójek” (zupełnie niepotrzebnych drobiazgów, które nie mają żadnego sensownego zastosowania i z którymi sama nie wiem, co zrobić, ale urzeka mnie ich czysta, bezinteresowna i bezcelowa uroda). Dlatego zbierałam naklejki i wymieniałam je na maskotki Świeżaków (Bogiem a prawdą, nie mam zielonego pojęcia, na co mi Borówka Basia, Groszek Grześ, Rzodkiewka Żaneta i Czosneczek Czesio, ale widok tych czterech zabawek na kanapie sprawia dziwną przyjemność. Może to jesienne przeziębienie?). Dlatego w ramach prezentów książkowych (najlepsze prezenty na świecie) często sięgam po pozycje dla dzieci.

Tak jak dziś. Bo na pytanie mamy „Co chcesz na imieniny” odpowiedziałam: Pożyczalskich. Czwarty, brakujący tom, „Pożyczalscy na wyspie”. Książka mojego dzieciństwa, jedna z tych, w które się potem bawiłam lalkami, pozycja, do której lubię powracać. Tak, chcę Pożyczalskich.

Do tego punktu mówiło dziecko. Potem odezwał się dorosły: zamówię sobie w księgarni, zwrócisz mi forsę. Samo życie. Ale teraz, gdy mam już ten tom w rękach, znów głos zabiera dziecko, które tak wariacko się cieszy z wymarzonej książki. Nieważne, że trzydziestka przekroczona, książkami dla dzieci nadal się zachwycam i zaczytuję jak dziesięciolatka.

W gruncie rzeczy na co dzień nie przeszkadza mi moja prezentowa praktyczność, przeciwnie – doceniam ją. Wcale bym się nie uradowała, gdyby zasypano mnie stertą zbędnych, niepożądanych i niepotrzebnych rupieci. Nie mam nic przeciwko prezentom w postaci rzeczy, o które wyraźnie poprosiłam (a nawet sama je zamówiłam) lub w postaci pieniędzy, za które sobie coś wybiorę. Lubię dostawać konkret, na którym mi zależy. Do szału doprowadzają mnie prezenty z serii „Nie wiedziałam, co ci kupić, więc dostaniesz jakąś kompletną bzdurę”. Naprawdę.

A jednak, a jednak… Niekiedy brakuje mi tamtego prezentowego klimatu z dzieciństwa, gdy błahostki cieszyły tym bardziej, im bardziej były błahe, a niespodziankowość niespodzianek pielęgnowało się niczym świętość (pamiętam, jaką przykrość sprawiłam sobie któregoś roku, gdy przeszukałam w domu szafki i szuflady, by sprawdzić, czy na pewno dostanę wymarzoną Barbie. Barbie znalazłam, więc się uspokoiłam, ale jednocześnie zepsułam całą atmosferę niecierpliwego podniecenia przy późniejszym otwieraniu prezentów). Niekiedy brakuje mi samej siebie, młodszej o dwadzieścia parę lat i pytającej mamę pełnym nadziei, przejęcia oraz prośby głosem: „A co dostanę w prezencie”?

Rozczuliłam się. Wybaczcie. Winę za nadmiar sentymentalno-melancholijnego nastroju zrzućcie na moje nadchodzące urodziny, od siedemnastego roku życia przeżywam wówczas kryzys wieku. Kryzys prezentów, na szczęście, dotąd nie ośmielił się mnie dotknąć.

Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.