DYSKRETNY UROK KIEPSKICH KSIĄŻEK

Czy kiedyś czytałyście kiepską książkę z prawdziwą przyjemnością, satysfakcją, zadowoleniem? Z wewnętrznym „to właśnie to, czego mi teraz potrzeba”? Z wdzięcznością wręcz, że ktoś tego knota kiedyś wyprodukował, wydał i wystawił na półkę, z której owo „cudo inaczej” trafiło do Waszych rąk? Jeśli tak – jeśli choć raz doświadczyłyście podobnego czytelniczego przeżycia – zapewne zgodzicie się ze mną, że istnieje coś takiego jak dyskretny urok kiepskich książek.

Mówiąc „kiepskie książki”, mam na myśli rozmaite poziomy „kiepskości”. W gruncie rzeczy trudno jest stworzyć taką kategorię jak „kiepska literatura”, podobnie jak „dobra literatura” – wszystko bowiem zależy od uznawanych w danym okresie kanonów i wzorów, od relacji kultura wysoka – kultura niska i zwyczajnie od indywidualnego gustu. Nie przemawiają do mnie ostre podziały na dobre oraz złe, a różnorodność upodobań (nie tylko) czytelniczych, coś oczywistego i wręcz pożądanego, utrudnia mi odnalezienie się w sztywnych kategoriach. Powiedzmy więc, że określenie „kiepskie książki” potraktujemy bardzo szeroko i zostawimy tu pewien margines swobody, umożliwiający dołączanie do tej grupy Waszych wybrańców. Mam przecież świadomość, że niektóre z moich „kiepszczyzn” komuś innemu mogą się podobać; ba, moje „doskonałe” mogą być uznane przez innych za kiepskie – i jakoś, niestety, muszę z tą świadomością żyć!

Czym jest dla mnie kiepska książka? Historią banalną do bólu i równie banalnie opowiedzianą, bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia, który usprawiedliwiałby banał i w jakiś sposób go wynagradzał. Tekstem technicznie, warsztatowo niesprawnym. Opowieścią z gromadą nijakich, papierowych, nieporuszających bohaterów, ewentualnie poruszających, ale negatywnie, irytujących i nudzących swoją miałkością, głupotą czy bezsensownymi poczynaniami. Kiepsko skonstruowanym zbitkiem wątków, których prawdziwym celem jest to, by autor mógł się pastwić nad kimś lub zachwycać sobą. Tak z grubsza zdefiniowałabym swoją wizję kiepskich książek. Nie każda rzecz, która mi się nie podoba, zalicza się do tej kategorii. Są natomiast teksty, które już w pierwszej chwili swoją kiepskością aż rażą w oczy. Zwykle albo takich książek unikam, albo (jeśli nie poraziło mnie od razu) odkładam po pierwszym sygnale alarmowym.

Są jednak wyjątki – kiepskie książki, które się czyta do końca, do których się wraca, o których się myśli jednocześnie źle i dobrze. To jedna z wyjątkowo ciekawych grup, pod pewnym względem wręcz najciekawsza: coś, co stanowczo nie zachwyca, a jednocześnie zachwyca. Taka „guilty pleasure”, naznaczona winą przyjemność: niby wiesz (albo uważasz), że to marne, lecz od czasu do czasu po to sięgasz – bo to coś sprawia Ci przyjemność, nawet jeśli jednocześnie czujesz niezadowolenie, że cieszysz się z czegoś tak miałkiego.

Taka „wstydliwa przyjemność” może się trafić w muzyce (na przykład piosenki TaTu czy disco polo), może się trafić w filmach (polskie albo brazylijskie telenowele, pseudoromantyczne polskie komedie, piąta lub dziesiąta część amerykańskich przygodówek z serii „zabili go i uciekł”), może się trafić właściwie wszędzie. Wśród książek, oczywiście, również.

Mam swoje dwie wielkie książkowe „wstydliwe przyjemności”. Pierwszą, sięgającą jeszcze czasów liceum, jest „Bridget Jones” (obie części) Helen Fielding. Bridges Jones jako bohaterkę uważam za skończoną, prymitywną idiotkę. „Bridget Jones” jako powieść to dla mnie wielka epopeja o niczym, pomijając sterty papierosów, stękanie nad nadwagą i wydumane problemy. Nie kupuję jej również jako historii o miłości, chyba że historii potwierdzającej tezę, jakoby mężczyźni bali się inteligentnych kobiet, a woleli idiotki. Kluczowy element wyznania miłosnego Marka Darcy’ego, brzmiący: „żadna z moich koleżanek-prawników nie przebrałaby się publicznie w strój króliczka”, mówi sam za siebie. Oczywiście, przebranie się w strój króliczka Playboya jest wyznacznikiem i gwarantem kobiecości, poczucia humoru i wszelkich zalet. Oczywiście, koleżanki-prawniczki to gromada sztywnych, pozbawionych humoru i seksapilu babochłopów, i żadna w sytuacji rodzinno-zabawowej nie umiałaby się powygłupiać. Oczywiście, Mark Darcy, świetnie wykształcony, oczytany i tak dalej prawnik, mógł odnaleźć bratnią duszę wyłącznie w postaci króliczkowej Bridget-idiotki, bo przed innymi bohaterkami, które byłoby stać na choćby średnio inteligentną rozmowę, pewnie uciekał w podskokach. Takich króliczych.

Tak, „Bridget Jones” naprawdę działa mi na nerwy w zasadzie pod każdym względem. Jednocześnie jednak… odpręża. Odpręża właśnie głupotą bohaterki, sztampową historyjką uczuciową i tym, że do żadnej postaci nie jestem w stanie zapałać nawet śladową sympatią. Pierwszy raz powtarzałam sobie „Bridget Jones” tuż po pisemnych maturach – czytanie o pozbawionej minimalnych umiejętności życiowych panience, która nie potrafi sobie przygotować na następny dzień nawet czystych gaci do pracy, pozwalała zapomnieć o maturalnych nerwach. Teraz powracam do niej bardzo rzadko, ale egzemplarz mam wciąż pod ręką – służy mi do pełnych premedytacji powtórek w klimatach wyższości. Bo taką idiotką jak Bridget Jones – powtarzam sobie w chwilach, gdy nastrój leci na zbity pysk – nawet ja nie jestem, więc poczytam jeszcze chwilę o jej bzdurnych problemach i kuriozalnych relacjach, a potem ruszę się wreszcie z kanapy i zrobię coś sensownego, konstruktywnego, fajnego, coś, po czym poczuję się z samą sobą lepiej. Bo po godzinie z Bridget Jones człowiek po prostu ma potrzebę odrobinę inteligentniejszego działania.

Druga „dobra kiepszczyzna” to zupełnie inna sprawa. Czy któraś z Was zna „Spekuklanta” Józefa Korzeniowskiego? To powieść z okresu romantyzmu, utrzymana w klimatach biedermeierowskich, bardzo schematyczna i banalna: zły bohater, młody i przystojny, ale spłukany August, postanawia ożenić się z Klarą, śliczną i słodką córką bogatego pana. Gdy wszystko jest na dobrej drodze i ślub tuż-tuż, wtrąca się matka Klary, kobieta łagodna, ale przewidująca i przeczuwająca, że coś nie gra. Pod naciskiem matki dziewczyna zgadza się wyjść za przyjaciela domu, człowieka o wiele od niej starszego, cieszącego się powszechnym szacunkiem (i nieoczekującego wiana, co raduje ojca, który wprawdzie pieniędzy ma w bród, ale wyjątkowo nie lubi się nimi dzielić). Klara początkowo męża nie cierpi i daje mu to odczuć, on z kolei znosi jej humory cierpliwie i wyrozumiale, szczęśliwy, że może choć na ukochaną spojrzeć. Po różnych perypetiach wstrętny August zostaje oczywiście zdemaskowany i Klara poznaje jego podłą naturę; tym piękniejszy okazuje się wówczas charakter jej męża, którego Klara obdarza wreszcie wielką, szczerą i dojrzałą miłością. Zakończenie jest tak słodkie, że w porównaniu z nim trzy wielkie Milki, zjedzone jedna za drugą, to sama sól.

Powieści Korzeniowskiego zarzucano schematyzm, gloryfikowanie rodzicielskiego narzucania woli i wiele innych rzeczy. Ze wszystkimi tymi zarzutami się zgadzam. Jest jednak w tej historyjce, w tym banale, operowaniu kliszami i jednostronnym pokazywaniu bohaterów, coś zwyczajnie urzekającego. Może to złudna prostota życia – wyraźnie oddzielona dobra i zła droga, czarno-biały świat i brak szarości, które zmuszają do refleksji? Może oczywisty happy end? Może ograniczenie wszelkich ludzkich problemów do kwestii „za kogo wydać córkę, by było dobrze i nie za drogo”? Może wreszcie to, że w całym „Spekulancie” tkwi coś rozczulająco staroświeckiego, aż chce się powiedzieć: „Jesteś banalnym, sztampowym, kiepskim powieścidłem i za to ci chwała!”. Nie wiem. Wiem tylko, że do książki Korzeniowskiego powracam jak do historii z serii „dawno, dawno temu, za siedmioma górami”; historii, w którą nie za bardzo wierzę, ale w którą chwilami, dla odprężenia, mam ochotę uwierzyć – lub raczej, jak mówiła mała księżniczka Sara o ukochanej lalce Emilce: chcę udawać, że wierzę. Tylko na moment i tylko po to, by z tym większą ochotą wrócić do swojego rzeczywistego świata.

Właśnie po to istnieją niektóre kiepskie książki: by swoją bylejakością, banalnością i brakiem literackich zalet rozbawić, ulżyć, pozytywnie zirytować. Po ich lekturze odzyskuje się chęć do życia i działania – nie byle jak, niebanalnie, bez nijakości wokół siebie. Za to wszystko należy się im ogromny hołd – hołd dla dyskretnego uroku, który kryją pod swoją kiepską powierzchnią.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.