DŹWIĘK PODRÓŻY

Pamiętacie jedno z kłamstw taktycznych, o których pisałam poprzednio? Taksówkowe kłamstwo taktyczne „Proszę ściszyć albo wyłączyć, bo mnie głowa boli”. Ostatnio znów po niej sięgnęłam podczas jazdy taksówką (taksówka bywa niekiedy jedynym wyjściem, by gdzieś zdążyć, choć wiele osób lubi komentować czyjeś: „Wezwałam taksówkę” stwierdzeniem: „O, to bogata jesteś, skoro cię stać na taksówkę”. Otóż odwrotnie, Panie i Panowie Zawsze Wiem Lepiej i Muszę Skomentować, właśnie odwrotnie: zamawiam taksówkę, bo nie stać mnie, jak was, na samochód. Albo wiem, że ja plus prawo jazdy to gwarantowany karambol, więc w celu ochrony życia, jeśli nie społecznego, to własnego, po prostu tego prawa jazdy nie robię. Ale to dygresja na marginesie, wylałam trochę wewnętrznej żółci i możemy już wrócić do tematu).

Jechałam zatem taksówką i przez pewien czas męczyłam się z puszczanym w radiu disco polo. Disco polo zwyczajnie nie trawię i koniec, a w czasie podróży potrafi mi ono całkowicie zepsuć humor. W końcu, zrezygnowana, sięgnęłam po kłamstwo taktyczne „ból głowy” (ciągle się uczę być Małą Mi zamiast Miłą Dziewczynką, dlatego potrzebowałam chwili, by się zebrać do werbalnego działania) i zapadła cisza.

I wtedy wreszcie mogłam posłuchać mojego ulubionego podkładu muzycznego – dźwięku podróży.

Czy zwróciłyście kiedykolwiek uwagę, jak niesamowicie bogate, piękne i klimatyczne są dźwięki towarzyszące podróżowaniu? Jeśli, podobnie jak ja, należycie do pokolenia korzystającego przynajmniej sporadycznie z empetrójki albo muzyki ze smartfona, pewnie macie za sobą doświadczenia podróży wypełniającej uszy słuchawkami (niekoniecznie bezprzewodowymi). Ale równie dobrze może to być – sięgające znacznie wcześniejszych czasów – włączanie radia, kasety czy płyty w samochodzie. No i są jeszcze czasoumilacze muzyczne w komunikacji miejskiej (tu niestety jednoosobowe kłamstwo taktyczne nie wyłączy niechcianego gatunku albo wiadomości). Można odnieść wrażenie, że wszyscy wokół chcą nam pomóc w przyjemniejszym spędzeniu podróży dzięki muzyce, ewentualnie dzięki politycznemu kłapaniu paszczą i informacyjnemu słowotokowi (co kto lubi). Poza tym słuchawki w uszach są niezłą ochroną przed współpasażerami, którzy akurat mają ochotę na interakcję z Tobą i mają w nosie, że Ty nie masz ochoty na interakcję z nimi.

Przez długi czas w zasadzie nie wyobrażałam sobie podróży, zwłaszcza pociągiem i autobusem, bez muzyki; na dalsze wyprawy zbierałam nawet na empetrójce te utwory, które z jakiegoś powodu najbardziej mi w danym momencie odpowiadały. Nie dziwię się sobie, że tak robiłam i nie dziwię się innym, że nadal tak robią.

Zmiana nadeszła powoli, zaczęła się w momencie, którego już nie potrafię uchwycić. Chyba zapoczątkowały ją pociągi. Potem wrażenia pociągowe rozciągnęły się też na samochód, komunikację miejską (tu niestety najsłabiej, tłumy ludzi je przygłuszają), a obecnie również na rower (dość często jeżdżę nim do pracy). Efekt jest taki, że muzyka to teraz ostateczność i rozwiązanie jedynie wtedy, gdy nie mogę mieć moich ulubionych dźwięków podróży.

W pociągu najważniejszym, wiodącym dźwiękiem jest stukot kół. Ma w sobie coś magicznego – obietnicę podróży bez końca, długich odcinków drogi przez odludzia, lasy, z dala od wszystkiego i od wszystkich. Do tego jeszcze świsty i zgrzyty, posapywanie lokomotywy i pisk podczas hamowania; ale przede wszystkim, na pierwszym miejscu – to miarowe, rytmiczne, wolne od wszelkich obaw i wahań stukanie obracających się kół, kół tak groźnych i ponurych, gdy patrzysz na nie na peronie podczas przyjazdu pociągu, a tak pięknych i łagodnych, gdy ich słuchasz, siedząc w przedziale i obserwując przez okno mijane miejsca.

W samochodzie dominuje szum – szum powietrza zderzającego się z przednią szybą, szum powietrza wdzierającego się przez opuszczoną szybę, szum powietrza przecinanego kołami. Gdzieś w tle słuchać warkot silnika, cykania kierunkowskazów i popiskiwanie hamulców; jednak pierwsze skrzypce gra szum, on wyznacza prędkość i wysokość pozostałych dźwięków.

Tramwaje i autobusy to całe cykle krótkich gam, w których poszczególne partie powtarzają się z wyraźną regularnością. Pisk i zgrzyt przy hamowaniu. Sapnięcie przy otwieraniu drzwi, sapnięcie przy zamykaniu drzwi. Powoli narastające wirowanie kół, szum powietrza, świst ostrych przecięć zakrętów. W jakimś momencie – punkt kulminacyjny, z którego zdajesz sobie sprawę dopiero wtedy, gdy autobus lub tramwaj zaczyna hamować. Hamowanie to znów piski i zgrzyty, słabnący szum i nagle wyciszenie – bardzo krótkie, tuż przed ponownym sapnięciem otwieranych drzwi.

Rower to głównie połączenie szumu i świstu – tym razem powietrze zderza się z ciałem, nie z szybą, więc te szumy i świsty są zdecydowanie inne niż w przypadku samochodu, intensywniejsze i głośniejsze. Szum wwierca się w uszy, świst uderza w twarz; do tego postukiwanie i zgrzytanie łańcucha, który próbuje nadążyć za pedałami, i pogwizdywanie powietrza na zakrętach, i wszystkie dźwięki dodatkowe, które się mija – zwierzęta, ludzie, samochody, drzewa, nawet budynki pozostawiają po sobie wrażenie jakiegoś specyficznego współbrzmienia z mknącym rowerem. A potem już tylko lekki zgrzyt na końcu, gdy rower staje – i naraz wszystko wokół cichnie.

Wsłuchanie się w te podróżne dźwięki uspokaja, to na pewno. Odpręża i odrywa od uprawiających w głowie biegi przełajowe myśli – to także. Pozwala się skupić, zastanowić, nabrać dystansu, przeanalizować coś w oderwaniu od emocji albo właśnie zobaczyć emocje, które wcześniej coś sprytnie zakrywało. Dźwięki podróży umożliwiają to bardziej, lepiej i pełniej niż jakakolwiek muzyka z radia, płyty czy empetrójki, bo w przeciwieństwie do muzyki nie przekierowują na coś z zewnątrz, lecz na to wewnątrz – na nas samych.

Jednak poza tym – chyba nawet przede wszystkim poza tym – jest jeszcze inna kwestia, może banalna i mniej istotna niż autorefleksja, ale i tak musi zostać wspomniana. Dźwięk towarzyszący podróży – konkretny dźwięk konkretnego podróżowania – jest zwyczajnie piękny. Piękny i wart usłyszenia. To tak koszmarnie pachnie sentymentalno-romantycznym roztkliwianiem się nad naturą i młodopolską „sztuką dla sztuki”, ale nie potrafię tego przeskoczyć, pominąć, przemilczeć. Naturalne dźwięki podróży są piękne same w sobie, niezależnie od dodatkowych wartości poznawczych, refleksyjnych, emocjonalnych czy innych. Są piękne. Pal diabli utylitaryzm. Są piękne.

To czasami w zupełności wystarczy.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.