Jeszcze kilka lat temu pojęcie wojny kojarzyło się z masowymi nalotami bombowymi i chrzęstem gąsienic. Dziś nie trzeba mieć munduru i siedzieć w wozie bojowym by znaleźć się w jej centrum; wystarczy włączyć przeglądarkę internetową.

 

XXI wiek i gwałtowny rozwój technologii telekomunikacyjnych przyczynił się do natychmiastowego przepływu informacji – nie trzeba już śledzić prasy czy telewizji by być na bieżąco z aktualnymi informacjami. Dostarczanie danych i wiadomości nie jest już wyłącznie domeną agencji prasowych – dziś każdy, kto jest wyposażony w najnowszy telefon z dostępem do Internetu może przeglądać, rejestrować rozmaite wydarzenia i dzielić się nimi na portalach społecznościowych oraz na serwisach hostujących pliki video.

Swoboda cyberprzestrzeni sprawia, że dosłownie każdy wpis oraz każdy film można komentować, wchodząc tym samym w interakcję z innymi użytkownikami sieci. Ten postęp komunikacyjny niewątpliwie przyczynił się do rozwoju kontaktów międzyludzkich i przepływie danych, lecz jak mawia przysłowie: „każdy kij ma dwa końce”, i z jednej strony jesteśmy otwarci na pozyskiwanie nowych informacji, a z drugiej, nie wiemy kto ich nam dostarcza…

 

Ostatnimi czasy portale społecznościowe obiegła informacja o tzw. fejk kontach, czyli o profilach udających realne osoby – internautów dzielących się swoimi trafnymi przemyśleniami z medialnym światem. Jednym z tego typu kont był twitterowy profil Jenna Abrams, który śledziło blisko 70 tysięcy osób. Jak się później okazało, ów profil  został stworzony przez rosyjski Internet Research Agency (IRA), obecnie znany również  jako Glavset. Instytucja z Petersburga (wedle niektórych danych: z Rostowa nad Donem) miała za zadanie siać dezinformację w anglojęzycznych mediach, rozprowadzając fałszywe (bądź wykradzione) informacje doprowadzając do medialnej burzy.

 

Warto zanotować fakt, iż twitterowy projekt o nazwie „Jenna Abrams” nie uaktywnił się od razu. Konto było początkowo prowadzone w sposób nie wzbudzający podejrzeń. Dopiero ostatnie wybory prezydenckie w USA doprowadziły do tego, że na profilu zaczęły pojawiać się treści w zawoalowany sposób sprzyjające rosyjskiej polityce. Komentarze zamieszczane przez „Jennę” były cytowane w zachodnich mainstreamowych mediach jako jedno z wielu opiniotwórczych źródeł. Nikt nie przypuszczał, że stał za „nią” cały sztab wykwalifikowanych osób, zręcznie manipulującymi opinią na portalach społecznościowych.

 

Praca rosyjskiego Glavsetu nie ograniczyła się wyłącznie do prowadzenia jednego profilu. W ślad za nim powstało kilkanaście mniejszych, zdolnych przekuć informacyjną „moc przerobową” w ten sam sposób i na podobną skalę. W Internetowym slangu instytucja zyskała sobie przydomek „farmy trolli” i jak można się domyślać, była powodem do spekulacji na temat wpływu rosyjskiej agentury na zachodzie. Powyższy przykład jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej w zalewie obcej manipulacji i nie ogranicza się wyłącznie do działań Rosji.

 

Praktycznie każdy kraj chcący osiągnąć cele polityczne i gospodarcze stosuje podobną taktykę by nadszarpnąć opinię rządów czy wiodących ugrupowań. Dużą rolę w tym procesie odgrywają potężne koncerny medialne zdolne masowo tworzyć „fejk newsy”. Byle by tylko drogą poklasku i taniej sensacji odnieść jak największe materialne korzyści. Wszelkie fałszywe informacje są trudne do natychmiastowej weryfikacji; najczęściej następuje ona w kilka, kilkanaście dni po wypuszczeniu nieprawdziwego newsa.

 

Najczęstszy schemat jaki występuje w tego typu informacjach to wiadomość, której nie można ani potwierdzić ani zaprzeczyć i która z zamierzenia ma wywoływać skrajne emocje u potencjalnych odbiorców. Dużą rolę odgrywają także swego rodzaju niedomówienia i pomijanie pewnych faktów; nadawanie im wyraźnie stronniczej oceny.

 

Tego typu informacje są dodatkowo podsycane przez celową moderację odpowiednio spreparowanych komentarzy sprzyjających danemu materiałowi, które zawsze zajmują najwyższe miejsce w internetowych forach dyskusyjnych i stwarzają sposobność ku gwałtownej wymianie zdań zwykłych użytkowników sieci. Konfliktowość poglądów jest nieodzownym rdzeniem prowadzenia wojny propagandowej w Internecie. Wywoływanie fali tzw. „hejtu” nie musi być konsekwencją kiepskiego poczucia humoru zwykłego internauty czy skrajnej różnicy zdań. Metodyka tych działań nierzadko ma drugie, znacznie głębsze dno.

 

Wszelkie wydarzenia polityczne, zarówno wewnętrzne jak i zewnętrzne, znajdują oddźwięk w opinii publicznej. Przeglądając mainstreamowe portale informacyjne często trafia się na wzmiankę o tym, iż „cały Internet się śmieje” z pewnego zdarzenia, które ma aktualne miejsce. Stają się one najczęściej źródłem tzw. memów, czyli obrazków w dowcipny sposób komentujących rozmaite wydarzenia. Ich nazwa nawiązuje do angielskiego słowa memory, czyli pamięć; ich obraz ma jak najdłużej wryć się w pamięć sieciowej społeczności. Powielanie ich i rozpowszechnianie wpisało się już na stałe w obraz Internetu.

 

Te z pozoru niewinne zabawy mogą również służyć do walki politycznej, nierzadko zagrażającej bezpieczeństwu wewnętrznemu. Da się to zaobserwować w chwili gdy rozpowszechniona jest fałszywa informacja, a tuż za nią podąża cały zbiór profesjonalnie przygotowanych materiałów, które tylko dla niepoznaki są oznaczone jako twór stworzony przez przypadkowych anonimów. Odpowiednio spreparowany obraz z chwytliwą frazą jest dziełem wielu osób posiadających wiedzę piarową i socjologiczną; zdolnych przewidywać reakcje i nastroje ludzi po opublikowaniu tego typu treści.

 

Nie oznacza to, iż automatycznie każdy internetowy, popkulturowy, produkt jest wytworem ludzi chcących szerzyć manipulację. Niemniej jednak, trzeba  mieć się na baczności by nie paść jej ofiarą. Granica pomiędzy nią a suchymi faktami bywa niekiedy bardzo cienka…

 

Jak ustrzec się przed manipulacją? Kluczem do wszystkiego jest chłodna analiza wiadomości z kilku źródeł i własnoręczna ocena faktów dążąca do obiektywizmu. Kierowanie się myślą, iż jeśli stacja X „kłamie”, to na pewno stacja Y mówi prawdę nie oznacza, że otrzymamy jedynie słuszny obraz rzeczywistości. Nie pomaga temu uleganie złym emocjom i bezpośrednie angażowanie się w konfliktowe działania np. komentowanie „gorących” materiałów. Na uwadze trzeba mieć, że w sporze ukryta pod internetowym nickiem może być nie jedna, a kilka osób podejmujących ten sam wątek chcąc utrzymać wrażenie jednolitej ciągłości całej wypowiedzi.

 

Trzeba mieć na uwadze, że te działania będą w przyszłości ewoluowały w potężną machinę propagandową zdolną zdestabilizować system państwowy doprowadzając do społecznych niepokojów. Zagraniczne agencje wywiadowcze stale monitorują siec wychwytując niepokojące treści, doprowadzając w niektórych przypadkach do permanentnej inwigilacji swoich obywateli.

 

W Polsce, póki co, wszystko toczy się normalnym torem i rozmaite akcje nie są zakrojone na tak szeroką skalę jak to jest w przypadku Wielkiej Brytanii czy USA, lecz temat cały czas pozostaje otwarty. Możemy mieć tylko nadzieję, że internetowe bezpieczeństwo nie zacznie ograniczać naszych swobód…

 

Autor: Dominik Wiśniewski

 

Dominik Wiśniewski – dziennikarz i fotograf.  Fan motoryzacji i historii wojskowości. Nie obca mu literatura i sztuka – zarówno tych wyższych jak i niższych lotów. Czasami szyderczy i lekko stronniczy. Niepoprawnie polityczny kinomaniak i miłośnik podróży wszelakich.

 

 

Patronem działu Wiedza i edukacja jest Szczecińska Szkoła Wyższa Collegium Balticum