W „Fistaszkach”, o których jakiś czas temu pisałam (i których najnowszy tom niedawno kupiłam, a pozostałe sobie odświeżyłam), szczególnie lubię postacie kobiece. Dziewczyńskie. Lucy, która ciągle zrzędzi i wiecznie się czepia (też zrzędzę, zwykle osiągam podobny wysoki zakres słyszalności). Sierżant Patty, śpiąca na lekcjach, ale zawsze w pełnej gotowości do gry w baseball albo podejmowania cokolwiek nietrafionych decyzji.

Marcie, zakompleksiona okularnica, dobra uczennica i kompletna porażka sportowa, zakochana bez wzajemności w ledwo dostrzegającym ją chłopaku (do diabła, kwintesencja mojej egzystencji od połowy podstawówki do końca liceum). Molly Volley, która owszem, ma „grube nóżki”, ale gdy trzeba, potrafi postawić na swoim (czytaj: przyłożyć rakietą tenisową w łeb każdego gracza, który twierdzi, że ze strony Molly Volley był aut). I – last but not least – Sally. Sally Brown. Sally, mój ideał, jeśli chodzi o podejście do życia. Serio.

Życie Sally Brown to kwintesencja tak dziś sławnych i odmienianych przez wszystkie przypadki trendów: mindfulness (prostacko: uważności), slow life (banalnie: a weź zwolnij), work-life balance (po ludzkiemu: nie przeginaj z tą robotą) oraz wciąż atrakcyjnego, choć starożytnego carpe diem (dla całej gromady liter alfabetu oznaczających pokolenia od końcówki lat dziewięćdziesiątych w górę podajmy wersję mniej zmurszałą: YOLO).

Sally doskonale wie, jak cieszyć się dniem (cały dzień na wielkiej poduszce przed telewizorem, z chipsami w garści i kompletnym „total ignorem” na kwestię zdrowego żywienia, modnej figury czy choćby nieprodukowania kolejnych torebek szkodzących środowisku).

Sally potrafi ignorować rzeczywistość, gdy ta bezczelnie zaprzecza przyjętym przez bohaterkę wizjom (co z tego, że Linus, w którym jest zakochana, uparcie twierdzi: „Nie jestem twoim słodkim misiaczkiem!”? Sally Brown jest mądra. Sally Brown zna starą zasadę propagandową, która mówi, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy wreszcie stanie się prawdą. Sally Brown nie da się pokonać jednemu mizernemu chłopaczkowi, który po prostu jeszcze nie wie, co dla niego dobre).

Sally umie prosić o pomoc, a co więcej – potrafi stopniować siłę prośby i grozę konsekwencji w zależności od potrzeb. Umie też negocjować. Wie o tym doskonale jej brat, pechowy Charlie, który pomaga Sally w lekcjach – czasem z dobrego serca (Sally wie, że nie powinno się przeszkadzać ludziom w udowadnianiu, że mają dobre serce), czasem przymuszony krzykiem, fochem lub marudzeniem (Sally wie, że ludziom niekiedy trzeba pomóc, by zrozumieli, jak bardzo chcą udowodnić, że mają dobre serce), kiedy indziej zaś – zapędzony w kozi róg młodszosiostrzaną strategią negocjacyjną, jak choćby owym „Gdybyś to zrobił, mógłbyś liczyć na moją dozgonną wdzięczność” – „Wątpię” – „A co powiesz na półtoradniową wdzięczność?” (Sally wie, że niektórzy ludzie potrzebują przyciśnięcia, aby się przyznali, że mają dobre serce i no dobra, o rany boskie, no niech ci będzie! – zgodzili się wreszcie udowodnić posiadanie tego dobrego serca).

Sally umie dostrzec coś więcej w codziennym otoczeniu, a poziom jej egzystencjalnych rozmów bije na głowę wszystkich filozofów razem wziętych. Sally dogrzebała się do samego dna pytania o sens życia. Najbardziej lubię jej rozmowy z budynkiem szkoły. „Witaj, szkoło, mówi Sally, za dwa tygodnie znów tu wszyscy przyjdziemy. Nie nudzi cię to? Jak ty to znosisz? Nie chciałabyś być gdzie indziej? Po co nam wszystkim ta męka?”. „Szlag by to trafił, odpowiada szkoła, ale ja się nie mogę stąd ruszyć…” „Ech”, konkluduje Sally i wraca do świata, którego sens rozumie – do poduchy, telewizora i chipsów.

Sally potrafi ukazać absurd codzienności; przyjrzyjcie się jej szkolnym wypracowaniom – oczywiście, że typowy system edukacji z miejsca je odrzuci, bo i cóż innego mógłby zrobić z tekstami, które tak wyraźnie wyśmiewają i podważają fundamenty tego systemu? „To moje wypracowanie o życiu i czasach Jerzego Waszyngtona. […] Jak wyglądała wczesna faza jego edukacji? Przykro mi… Nie mamy pewnych danych na ten temat”. „Oto wypracowanie o Karolu Dickensie. Gdybym znała go osobiście, nie siedziałabym tu teraz i nie pisała tego wypracowania”. „Wypracowanie na temat przeszłości. W przeszłości żyło wielu interesujących ludzi. Muszę jednak przyznać, że nie wiem o nich zbyt wiele. Nie było mnie wtedy na świecie”. To zarazem doskonała próbka absurdalnego humoru (Sally mogłaby zażądać od Monty Pythona powołania Ministerstwa Głupich Wypracowań Szkolnych i zostać ministrem MGWS) oraz przynajmniej śladowe elementy hasła „król jest nagi”. Sorry, kogo, a zwłaszcza jakiego dzieciaka, obchodzi, jaki jest najwyższy szczyt na Ziemi albo jak minęła młodość króla czy prezydenta? No właśnie, prawie żadnego. Ale wypracowania, wypełnione udawanym „ach, jakie to ważne i jak się tym przejmuję”, musi pisać prawie każdy.

„Kogo to obchodzi”. Dotarliśmy do kwintesencji Sallyowatości, do credo Sally Brown, do mantry, której powtarzanie może i nic nie daje, ale za to cieszy. Pewnego dnia Sally prezentuje bratu swoje nowe życiowe motto: „Co za różnica? Kogo to obchodzi? Daj mi spokój!”. Najwyraźniej natchniony, choć nie zdaje sobie z tego natchnienia sprawy (Arystobulos nazywał to „logos spermatikos” – słowa zasiewne, dzięki którym w pismach starożytnych filozofów można odnaleźć pierwsze ślady Boga), Charlie dorzuca: „A co z: dlaczego ja?”. Nie wierzcie, że to sarkazm, nie sugerujcie się powierzchowną ironią kadrów. To oświecenie (którego niestety Charlie, jako osoba wiecznie szarpana rozterkami, „obchodzi-mnie-to” i poczuciem „the truth is out there”, nie zdoła osiągnąć). Przez chwilę Charlie dorównuje swej siostrze głębią postrzegania świata. Przez chwilę – krótką, ulotną, słabą, ale czyż przez to mniej prawdziwą niż wielogodzinne udręki, którym zwykle podlega?

Kogo to obchodzi! Och, ucz mnie, Sally Brown. Prowadź mnie, panno Brown. Mów mi tak, Sally, mów mi tak szczególnie wtedy, gdy wszystko mnie obchodzi aż za bardzo, gdy przejmuję się nadmiernie każdym drobiazgiem, gdy winy szukam w sobie (co z tego, że czasem nawet słusznie?), gdy gnę się pod butem rzeczywistości, przekonana, że jeśli fakty przeczą teorii, teoria powinna dostać kopa w zadek. Krzyknij na mnie, Sally Brown – krzyknij, że jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów! Cała gromada naszych dzisiejszych polityków tak robi i świetnie na tym wychodzi, więc czemu ja mam sobie żałować?

(Swoją drogą, już wiem, u kogo nasi politycy pobierali lekcje z dialektyki, logiki i etyki…)

Sally Brown. Gdybym umiała pisać wiersze ku czci i chwale, napisałabym odę do Sally Brown. Gdybym umiała malować, uwieczniłabym na płótnie Sally Brown jako Statuę Comnietoobchodziwalności. Gdybym umiała śpiewać, śpiewałabym „Sally Brown” na nutę „Pretty Woman”. Ponieważ jednak potrafię tylko bazgrolić na klawiaturze, bazgrolę o tym, jak bardzo podziwiam Sally Brown za to, że jest Sally Brown. I nic, ani wiatr, ani śnieg, ani deszcz, ani zadane wypracowanie, ani nadjeżdżający szkolny autobus, ani niewdzięczny ukochany, ani zajęta poduszka przed telewizorem, nie są w stanie podważyć Sally Brown w Sally Brown.

„Jaka jest zawartość cukru w cukrze?”, zastanawiał się niegdyś pewien samozwańczy naukowiec. Nie wypowiem się na temat cukru, ale co do Sally Brown ekspertyzę mogę zaprezentować w trymiga: zawartość Sally Brown w Sally Brown wynosi sto jeden procent. A w razie potrzeby nawet więcej.

Sally Brown… Tak, Sally Brown, i może jeszcze  Mała Mi. Chciałabym mieć jedną dziesiątą charakteru każdej z nich. Zaręczam, że z taką domieszką nikt nie zdołałby mi się sprzeciwiać dłużej niż dziesięć sekund. Nikt nie zdołałby mi wbijać szpilek, bo ja zawczasu wbiłabym delikwentowi szpikulec. Nikomu nie udałoby się zapędzić mnie w kozi róg – to ja spychałabym przeciwnika w przepaść. I nikt, absolutnie nikt nie byłby w stanie wyprowadzić mnie z równowagi – przecież byłabym połączeniem nieustannej irytacji profilaktycznej z bezdyskusyjnym „Kogo to obchodzi?!”.

Chciałabym być Sally Brown. Może się uda, gdy już będę duża. Na razie mam kilka tomów „Fistaszków” jako materiał egzemplifikacyjny i kadry z Sally jako ćwiczenia poglądowe. Dobre i to.

PS Wszystkie cytaty, mniej lub bardziej dokładne, pochodzą z „Fistaszków zebranych” Charlesa M. Schulza w przekładzie Michała Rusinka, tomy 1981–1982, 1983–1984, 1985–1986, 1987–1988, 1989–1990.

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.