GŁUPIE MĘSKIE PYTANIA

Czy zauważyłyście, jak wiele głupich pytań zadają nam, kobietom, mężczyźni? Ci mężczyźni, którzy w dawnych czasach szczycili się byciem „panami stworzenia”, niedawno jeszcze „głowami rodziny”, a dziś przynajmniej „byciem logicznymi” – ci mężczyźni zadają pytania tak nielogiczne, bezzasadne i po prostu głupie, że przeciętna kobieta nie wie, gdzie oczy podziać. Przede wszystkim zadają je mężczyźni osobiści, podręczni, domowi, czyli ci, z którymi na co dzień żyjemy – ojcowie, bracia, partnerzy. Wierzyć się nie chce, że po wielu tygodniach, miesiącach czy latach przebywania w naszym towarzystwie nadal nie skorzystali z naszej obecności na tyle, by przestać zadawać głupie pytania.

 

Głupie pytania są przeróżne, przybierają też rozmaite formy, ale można je w uproszczeniu zaliczyć do kilku podstawowych kategorii, między innymi: czasu, pieniędzy, domowych realiów, spraw towarzysko-relacyjnych. Głupie pytania można poznać po tym, że pierwsze chwile po ich usłyszeniu spędzamy nie na znalezieniu właściwej odpowiedzi, tylko na rozgryzieniu zagadki: po co w ogóle o to pytać? Albo jak można o to pytać? Jak można ZNOWU o to pytać? Jaka normalna kobieta by o to zapytała? Ten ostatni punkt w ankiecie – jaka kobieta by o to zapytała – jest kluczowy. Jeżeli stwierdzacie: żadna kobieta by o to nie zapytała albo nie zapytałaby o to w ten sposób – macie gwarancję, że właśnie stanęłyście twarzą w twarz z głupim męskim pytaniem. Jak sobie z nim radzić, to już indywidualna sprawa każdej kobiety – jej zwyczajów, temperamentu, doświadczeń i wyrozumiałości. Pewne są tylko dwie rzeczy: a) głupie męskie pytania potrafią naprawdę wyprowadzić z równowagi; b) i tak każda odpowiedź okaże się zła. To ta gorsza strona medalu. Ta lepsza to świadomość, że nawet z głupimi pytaniami można mieć trochę zabawy i przyjemności – na przykład sporządzając prywatny ranking albo urządzając comiesięczny plebiscyt na najgłupsze pytanie, jakie się tym razem usłyszało. Podejrzewam bowiem, że każda z nas ma takich swoich antyulubieńców i osobiste „top ten”, którymi mogłaby się podzielić z innymi kobietami. Wiele głupich pytań da się bowiem jakoś znieść (nawet jeśli często się je słyszy), niektóre jednak doprowadzają człowieka na skraj wytrzymałości.

 

Też mam taki mały ranking.  Na miejscu trzecim – niczym na samym dole olimpijskiego podium – znajduje się u mnie cały zestaw pytań dotyczących lokalizacji (kategoria: przestrzeń i transort). Faktem jest, że nie rozpoznaję stron – i to nie w wersji przeciętno-kokieteryjnej, „ach jej, pomyliłam prawą z lewą”; ja naprawdę nie rozpoznaję stron, mam wielki problem z orientacją przestrzenną, odległościami i ogólnie topografią.

 

By Raphael – The Yorck Project (2002) 10.000 Meisterwerke der Malerei (DVD-ROM), distributed by DIRECTMEDIA Publishing GmbH. ISBN: 3936122202., Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=157730

Dodatkowo nie za bardzo zwracam uwagi na nazwy ulic, z mapą bywam na bakier (ostatnio podczas wycieczki po Turynie przeszłam pół miasta w drugą stronę, nim się zorientowałam, że patrzę na mapę do góry nogami, a zorientowałam się jedynie dzięki temu, że akurat dotarłam do dolnej krawędzi owej mapy i nagle mi się ulice na rysunku skończyły). W efekcie poruszam się na pamięć (mój zjazd to trzeci zjazd od strony kierowcy ze ścieżki rowerowej), na skojarzenia (za tym czarnym budynkiem się skręcało obok takiego dużego billboardu i starego kiosku) oraz na wyczucie (i to gdzieś tutaj było, w jedną albo drugą stronę, ale tak coś czuję, że w drugą). W związku z tym na pytanie „Jak tam dojechać?” czy „Gdzie to jest?” odpowiadam odruchowo czymś w rodzaj „Obok dużego zielonego wieżowca, skręca się za Biedrę, jedzie się taką wąską ulicą, z obu stron są żółte paliki, a potem się skręca przy moście i tam jest parking, a za parkingiem parę kroków dalej jest właśnie to, gdzie chcę dojechać”. Z kolei pytanie „Gdzie jesteś?” wywołuje we mnie kompletną konsternację, jeżeli akurat jestem w miejscu, którego zbyt dobrze nie znam. A już pytanie „W prawo czy w lewo?” powoduje wzrost agresji o jakieś tysiąc procent.

 

Wydawałoby się, że bliscy mi ludzie powinni się już przyzwyczaić i nauczyć. Niestety, mężczyźni kiepsko uczą się na doświadczeniach. W związku z tym mój własny ojciec nadal drażni mnie słowami „prawo, lewo”, a partner uparcie oczekuje, że wyrecytuję mu kompletny zestaw ulic w interesującej mnie okolicy albo podam, niczym wyszkolony GPS, informacje w rodzaju „dwieście metrów za rondem trzeci zjazd po lewej”. Od głupich pytań lokalizacyjno-topograficznych nie mogę się uwolnić.

 

Miejsce drugie już dawno przyznałam pytaniu „Za ile będziesz gotowa?” (kategoria: czas). Pytanie „Za ile będziesz gotowa?” jest naprawdę perfidne, bo zakłada, że błyskawicznie, niczym profesjonalna aplikacja, przełożę sobie jeden ruch gąbką do podkładu, pędzlem do pudru, pędzelkiem do cieni czy szczotką do włosów na liczbę seknd, przemnożę to przez konieczną liczbę ruchów, doliczę czas na czynności organizacyjne (wyjmowanie kosmetyków, otwieranie i zamykanie pudełek, chowanie ich, mycie rąk), po czym podam precyzyjnie godzinę, o której wyjdę z łazienki. Do tego pytanie „Za ile będziesz gotowa?” stanowi formę ukrytego nacisku, bo w podtekście niesie pytanie „Dlaczego już nie jesteś gotowa?” i działa przez to tak stresująco, że wszystko idzie wolniej. Nic więc dziwnego, że na to paskudne i głupie pytanie pada odpowiedź uspokajająco-odczepiająca „Za pięć miut” lub zbywająco-odczepiająca „Zaraz”. Oczywiście subtelnego „odczep się”, zawartego w tych formach odpowiedzi, przeciętny facet nie rozumie, więc po pięciu minutach pyta ponownie „No to za ile będziesz gotowa?”, niekiedy nawet posuwa się do bezczelnego podtykania człowiekowi pod nos zegarka albo stopera z uwagą „Pięć minut minęło!”. No to minęło, gratuluję znajomości zegara lub obsługi stopera na komórce, odczep się i daj malować. A jeśli po kilku miesiącach lub latach nadal pytasz „Za ile będziesz gotowa?” i nadal wierzysz, że odpowiedź „Pięć minut” lub „Zaraz” rzeczywiście oznacza pięć minut lub zaraz, to… sorry, jesteś tylko facetem. I przysługuje ci tytuł Zadawacza Głupich Męskich Pytań.

 

Wreszcie mój osobisty numer jeden – pytanie zadawane często przez K., mojego partnera (kategoria: sprawy domowe). Pytanie tak głupie, że w głowie się nie mieści, a jednak dalej – po prawie dwóch latach związku – pada. I to pada z pełnym przekonaniem, że paść powinno, paść może, paść ma prawo! I że uzyska się na nie inną niż zwykle odpowiedź…

 

Sytuacja przedpytajna: K. kupuje mi czekoladę. Jest wieczór, zjadam część czekolady, K. zjada część albo części nie zjada, zależy od mojego tempa jedzenia i zapotrzebowania na słodycze. W każdym razie późnym wieczorem jeszcze jakaś resztka czekolady zostaje. Czasem zostaje nawet druga tabliczka (to w sytuacji, gdy zgłaszane zapotrzebowanie było duże). Rano następuje sytuacja pytajna: K. wstaje i pyta: „A gdzie reszta czekolady?”.

I to jest najgłupsze pytanie na świecie, jakie mężczyzna można zadać. No jak to gdzie? Nie ma. Została zjedzona między późnowieczornym „jeszcze coś zostało” a porannym „już nic nie zostało”. Przez kogo? No, zgaduj-zgadula, kochanie, przez kogo. Masz do wyboru: a) Marsjanie; b) Cthulhu; c) ja. Przypominam tylko uprzejmie, że – jak od dawna powtarzam – kobiecie czekolada należy się zawsze. W związku z tym poranne pytanie, gdzie jest czekolada z wieczora, to naprawdę głupie pytanie, zwłaszcza gdy się już doświadczyło en razy plus jeden, że wieczorna czekolada nigdy nie doczekała poranka. Szczury po kilku próbach znalezienia sera w dotychczasowym, teraz już pustym, kącie labiryntu orientują się, że nic z tego nie będzie – a mężczyzna po paru latach nie może się nauczyć, że rano po czekoladzie pozostaje najwyżej smętne opakowanie? Ile jeszcze lat muszę czekać i ile jeszcze tabliczek czekolady muszę zjeść, by przestać słyszeć rano pytanie „A gdzie jest reszta wczorajszej czekolady?”?

Wiecie, nie wątpię, że kobiety też zadają mężczyznom wiele głupich pytań – ale jakoś nie wierzę, by pytania te choćby w połowie dorównywały swoją głupotą pytaniom, które mężczyźni zajadą kobietom. Po prostu nie potrafię sobie tego wyobrazić.

„Gdzie jest wczorajsza czekolada?”, dobre sobie… François Villon w „Wielkim Testamencie” rozpaczał: „Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi!”. No cóż, roztopiły się. A czekolada została zjedzona. Najwyższy czas, drodzy panowie, by porzucić głupie pytania.

Przynajmniej te o czekoladę.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

 

Foto: By Raphael – The Yorck Project (2002) 10.000 Meisterwerke der Malerei (DVD-ROM), distributed by DIRECTMEDIA Publishing GmbH. ISBN: 3936122202., Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=157730