HARMONIA, CZYLI TO, CZEGO NIE MA(M)

Czy wiecie, że w Australii 19 marca to Narodowy Dzień Harmonii? Naprawdę. Może trzeba być krajem-najmniejszym kontynentem i mieć wśród swoich zwierząt takie oryginały jak kangur i dziobak, by docenić harmonię aż do tego stopnia, że ustanawia się jej święto.

Na siłę da się uznać, że kangur jest przykładem harmonii sportowo-domowej, bo i skacze niemal wyczynowo, i dzieciaka cały czas taszczy ze sobą (wiadomo, z taką torbą, przy niej Wasze chusty to małe miki, drogie matki chustowe), dziobak zaś to przykład harmonii między cechami ssaka i gada, dowodzący, że przy tym wszystkim da się żyć także z dziobem, nawet jeśli pierwsi botanicy, którzy cię odnaleźli, byli przekonani, że ktoś ci ten dziób przyszył (i z nożyczkami w ręku szukali szwów).

Harmonia jest paradoksem naszych czasów. Niemal wszyscy do niej dążą. Niemal nikt jej nie ma. Jej brak jest uznawany za rzecz złą, szkodliwą, niewłaściwą, jej obecność – za pożądaną i potrzebną. Jednocześnie zaś obecność harmonii to niepokojący sygnał, że coś jest z Tobą nie tak w tym dzisiejszym wyścigu z czasem i pracowaniem 24/7 (pewnie się obijasz albo nie masz wartościowej i ważnej pracy, która – wiadomo – wymagałaby od Ciebie rozciągnięcia doby przynajmniej o jakieś osiemdziesiąt procent); natomiast brak harmonii udowadnia, że nie potrafisz się zorganizować, zarządzać sobą i własnym czasem, a poza tym jesteś na bakier ze współczesnymi trendami eko, vege, fit, wellness etc. Jednym słowem, przy harmonii sprawdza się stare polskie przysłowie: jakbyś się nie odwróciła, pewna część ciała zawsze będzie z tyłu.

 

Od paru lat dążenie do harmonii stanowi jeden z moich powodów do nieustannych autospowiedzi i autopokut. Bo grzeszę. Grzeszę przeginaniem w jedną lub drugą stronę (częściej w jedną). Grzeszę zapominaniem, że miało być harmonijnie i ja miałam być harmonijna. Grzeszę odkładaniem harmonii na potem, „gdy już wszystko zostanie ogarnięte i będę tylko szybko trzaskać bieżące sprawy, a w ogóle to będzie lajcik”. Ha, ha, ha (śmiech gorzko-sarkastyczny). Przy harmonii powtarza się dawny problem z okresu liceum: przekonanie, że gdy tylko ogarnę te wszystkie teraz wiszące nade mną prace domowe, sprawdziany, prace klasowe, wypracowania etc., nastąpi wreszcie złoty wiek, w czasie którego zyskam miała wreszcie święty spokój i wszystko będzie się toczyło gładko. Nachodziła mnie wówczas chwilami refleksja: ale zaraz, przecież zawsze pojawi się kolejne zadanie domowe, kolejna praca klasowa, kolejny temat do wykucia (biologia, chemia i geografia – moja koszmarna trójca do zakuwania). Teraz również pojawia się myśl: przecież zawsze pojawi się kolejne spotkanie, kolejny projekt, kolejna pilna sprawa do załatwienia. I znów, jak kiedyś, ta refleksja przez chwilę zmusza do spojrzenia na całą sytuację inaczej – po czym wszystko wraca do normy. Harmonia wisi sobie w jakimś rajskim niebycie, czekając na mnie, a ja próbuję ogarnąć codzienny chaos i wreszcie dostąpić łaski. I – dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, o latach już nie mówiąc – nic. Żeby zacytować Tereskę i Okrętkę ze „Zwyczajnego życia” Joanny Chmielewskiej – chała. I to bardzo niestrawna chała.

 

Chyba największym problemem i największą krzywdą wyrządzoną harmonii jest zrobienie z niej swego rodzaju Ziemi Obiecanej, po dotarciu do której wszystko się nagle samo wyprostuje, wygładzi i uporządkuje. Do harmonii, podobnie jak do miłości, porządku i szczupłej sylwetki, mamy podejście „stabilizujące”: chcemy raz capnąć i zatrzymać na zawsze, bez żadnych dalszych starań i prac. Zakochałaś się? Super, miłość będzie trwać wiecznie, możesz leżeć i pachnieć. Zrobiłaś generalny porządek i wszędzie aż lśni? Cudnie, wywal wszelkie środki czystości, już się nigdy więcej nie nabrudzi, bo jakżeby śmiało. Schudłaś? Brawo i precz z pilnowaniem diety oraz z karnetem na siłownię, efekt jojo Cię nie dotyczy, a wyrzeźbione mięśnie brzucha są jak emerytura w ZUS-ie – po prostu się należą. Tak samo z harmonią. Udało Ci się unormować i wyrównać relacje praca – dom, rozwój zawodowy – rozwój osobisty, czas na naukę – czas dla bliskich i cały tydzień ładnie się to kręciło? Bomba, możesz odhaczyć „wprowadzić do życia harmonię” na checkliście, ten punkt został załatwiony tak samo jak punkt „oddać książkę do biblioteki”. Oddałaś, sprawa zamknięta. Wprowadziłaś, sprawa zamknięta. Finito.

 

Nic dziwnego, że utrzymywanie harmonii mi nie wychodziło. Skoro nastawiłam się na to, że raz wprowadzona, dalej będzie się sama załatwiać – byłam skazana na klęskę.

 

Za stabilizujące podejście do harmonii obwiniam częściowo kulturę popularną, bo właśnie stamtąd płynie taka forma przekazu. Ów przekaz popkulturowy pokazuje nam różne osoby publiczne, którym można pozazdrościć ich harmonijnego życia; pokazuje nam postacie fikcyjne, którym tego samego można pozazdrościć do kwadratu, jeśli nie do sześcianu; i tylko nie pokazuje, jak oni wszyscy do tego dochodzą. Nie „jak doszli” – raz i na dobre – tylko jak dochodzą, dzień po dniu, walcząc z różnymi naruszającymi harmonię wydarzeniami i sprawami – wydarzeniami i sprawami, które pojawiają się w życiu każdego z nas i każdemu z nas próbują spuścić harmonię po schodach. Niezłym przykładem jest (skądinąd mój ukochany) serial „Seks w wielkim mieście”. Wszystkie cztery bohaterki mają harmonijne życie: czas na pracę, na romanse i wielkie miłości, na siłownię w środku dnia, na spacery z przyjaciółką o dowolnej porze, na wieczorne wypady do kina i nocne imprezy do białego rana. Przy tym mają pieniądze na rachunki, na własne sprawy, na oszczędności (no, poza Carrie, ale ona prowadzi permanentną inwestycję w środki lokomocji nożnej) i na wycieczki. Plus zapasowy czas na jojczenie, że ten nie kocha, a tamten kocha za bardzo. Zmęczenia, zagonienia, lecenia na pysk po dniu roboczym trwającym jakieś piętnaście godzin czy choćby irytacji, że nie udało się dziś wygospodarować czasu dla siebie, bo praca i sprawy domowe zeżarły go na śniadanie – nie uświadczysz. (Tylko Miranda jest przez chwilę bardziej wiarygodna, gdy całe życie wywraca jej się do góry nogami przez dziecko. Przynajmniej tyle). Jeśli się obejrzy taki serial (nawet tylko parę odcinków), trudno nie dojść do wniosku, że się nawala, bo codziennie trzeba się z czymś użerać, by utrzymać choćby śladowe ślady harmonii. I trudno nie zacząć marzyć o takiej serialowej formie harmonijnego życia – a nawet w nią uwierzyć.

 

Za stabilizujące podejście do harmonii obwiniam częściowo również współczesne treny „eko-fit-well”. Same w sobie są dobre, ciekawe, inspirujące; niestety, więcej w nich zaleceń „jak dotrzeć do raju” niż porad „jak się w tym raju, cholera, utrzymać”. Dużo w nich sensownego i pozytywnego pragnienia, by żyć lepiej, wolniej, bardziej świadomie i uważnie, mniej nerwowo i w biegu; za mało jednak uwzględniania, a raczej przypominania, że codziennego stresu i braku harmonii nie da się załatwić samym optymistycznym myśleniem i porzuceniem pszenicy na rzecz soi (lub vice versa). W którymś momencie zawsze odnoszę wrażenie, że przyjęcie jakiegokolwiek z tych trendów anuluje prawo do – jak najbardziej ludzkiego przecież – odczuwania codziennej frustracji, powracającego nieraz poczucia „nie ogarniam tej kuwety”* czy zwykłego tracenia kontroli nad równowagą między różnymi sferami życia.

 

Ale za stabilizujące podejście do harmonii obwiniam też samą siebie. Jestem leniwa. Jestem wygodnicka. Chciałabym dostać harmonię w dużym opakowaniu, jak ulubione chipsy, móc sobie codziennie zalewać ją wrzątkiem i popijać tę wersję instant niczym herbatę. Chciałabym, żeby przyszła i sama się zaprowadziła, najlepiej tak, by nie zawracać mi przy tym głowy. Wychodzę z domu – nie ma, wracam – jest, czeka, usługuje. Bez mojego zaangażowania, bez moich starań, bez mojej pracy – sama się wprowadza tam, gdzie jej brakuje. A ja siedzę i napawam się myślą: „Ależ mam harmonijne życie!”.

 

Szkoda, że tak się nie da.

 

Może rozwiązaniem byłaby przeprowadzka do Australii? Skakałabym z kangurami, kłapała dziobem z dziobakami i każdego 19 marca ściskałabym emu z okazji Narodowego Dnia Harmonii. Pytanie tylko, czy poza tym jednym dniem pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery (a czasem pięć) umiałabym przeżyć w sposób harmonijny. Odnoszę takie niepokojące wrażenie, że samo zakumplowanie się z torbaczem i stekowcem może nie wystarczyć. I chyba jednak będę musiała – czy tu, czy w Australii – trochę nad tą moją harmonią popracować.

 

Ale 19 marca mogę sobie poświętować, nawet lokalnie. Skoro mogliśmy zapożyczyć Halloween, to czemu i nie święto, które naprawdę by się przydało?

 

W takim razie: wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Harmonii!

 

* W ramach anegdoty: na pierwszym roku studiów doktoranckich cudowny profesor od poetyki, po wysłuchaniu naszych pomysłów na tematy rozpraw doktorskich, opowiedział nam, świeżo upieczonym doktorantom, historyjkę z morałem. Historyjka brzmiała następująco: idą dwa koty przez pustynię. Idą, idą, idą, idą… Wreszcie jeden mówi do drugiego: „Ty, stary, nie ogarniam tej kuwety”. Morał doktorancki: nasze tematy są na razie jak ta pustynia i jeśli ich realistycznie nie okroimy i nie sprecyzujemy – tak samo ich nie ogarniemy. Morał podoktorancki: nawet w najlepszym pomyśle potrzebne jest minimum harmonii między chceniem a potrafieniem.

Panie Profesorze, dziękuję za te nieogarniające kuwety koty na pustyni! Zostały ze mną do dziś.

 

 

 

 

 

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.