Kilka lat temu portal youtube obiegła wiadomość iż jeden z użytkowników posiadł tajemną wiedzę dzięki której, niczym legendarny rabin z Pragi, może w szybki sposób wyhodować posłuszną, humanoidalną istotę. Jak można się domyślić, całość okazała się zwykłym żartem, lecz wokół sprawy zdążyła rozgorzeć wielka dyskusja nad tym, czy rzeczywiście można stworzyć przedmiot w który da się tchnąć iskrę życia…

 

Historia ożywiania przedmiotów nie powstała z w epoce internetu, lecz w czasach mrocznego średniowieczna w którym prym wiedli alchemicy siedzący wśród rzędu retort oraz bulgoczących kolb i alembików. Ich pierwsze próby obcowania z podstawami chemii kończyły się najczęściej posądzeniem o czary i rychłym skierowaniem na stos, lecz wielu z nich uniknęło tej brutalnej kary służąc wpływowym mocodawcom.

Głównym celem do którego dążył każdy alchemik było otrzymanie legendarnego kamienia filozoficznego, zdolnego przemienić każdą substancję w złoto. W zakamarkach swych pracowni alchemicy studiowali wiedzę tajemną spisaną na starożytnych manuskryptach pochodzących jeszcze (podobno) z czasów Biblioteki Aleksandryjskiej – to właśnie stamtąd miała rzekomo pochodzić cała wiedza o transmutacji i innych umiejętnościach pomocnych w tworzeniu magicznego kamienia.

Wielu alchemików spędziło całe życie nad rozwikłaniem niezwykłej tajemnicy, lecz nikomu z nich nie udało się otrzymać upragnionego przedmiotu będącego ukoronowaniem ich wiedzy. Ci którzy zeszli z drogi rozumu, zaczęli interesować się czarną magią, która pomimo ogromnego wpływu kościoła i jego walce z szatanem była cały czas obecna wśród ubogiej gawiedzi.

Ci wszelkiej maści odszczepieńcy nazywani byli magami oraz czarnoksiężnikami, którzy swą pracę nie opierali na empirycznej wiedzy, lecz na okultyzmie i nadnaturalnych siłach mogących służyć im pomocą jeśli tylko spełnili odpowiednie warunki. Do najważniejszych z nich należało szkodzenie ludziom, a w najbardziej drastycznych przypadkach, poświęcenie swej duszy złemu duchowi – wiedza musiała mieć odpowiednio wysoką cenę.

Gdy mag posiadł już sporą dawkę interesujących go przymiotów musiał wprowadzać je w życie. Dzielenie się wiedzą z innymi nie było dla maga rzeczą prostą i po prawdzie niechętnie to robił, głównie z tego względu iż wiązała go umowa z siłami ciemności za którą odpowiadał własnym życiem. Czarnoksiężnik nie był sam w stanie sprostać wielu czynnościom, dlatego musiał mieć zaufanego sługę, który bez cienia wątpliwości będzie wypełniał jego polecenia.

Dobranie odpowiedniego człowieka do tego celu nie było rzeczą łatwą, ludzka wierność bywa zawodna a język zbyt długi; dlatego ów sługa musiał zostać stworzony przez… niego samego, i tu dochodzimy do istoty znanej szerzej jako humunculus.

Geneza humunculusa jest ściśle powiązana z ludowymi wierzeniami dotyczącymi korzenia mandragory. Legendarne właściwości tej rośliny znane są w średniowiecznej literaturze, lecz nie ograniczały się wyłącznie do jego ściśle medycznych zastosowań.

Według wierzeń, korzeń ze względu na swój niezwykły kształt (przypominający człowieka) miał być źródłem witalności, potencji, szczęścia oraz bardziej przyziemnych korzyści jakim były dobra materialne.

Jego staropolska nazwa pokrzyk zawiera w sobie pewne cechy jakie miała uosabiać mityczna roślina. Według ludowych guseł, korzeń można było zebrać w miejscu śmierci wisielca. Wierzono bowiem, iż z nasienia takiego delikwenta wyrasta magiczna mandragora. Warto nadmienić, że korzeń rósł w dwóch odmianach: męskiej i żeńskiej. Żeńska odmiana powstawała w chwili gdy na szubienice trafiała kobieta (co w średniowieczu nie należało do rzadkości…) i na ziemię spadły krople jej krwi menstruacyjnej.

Jeśli powyższy opis nie wydaje się wystarczająco szokujący to warto przytoczyć sam obrzęd dzięki któremu można było pozyskać mandragorę. Aby zdobyć pokrzyk nie wystarczyło zwyczajnie sięgnąć po motykę i kopać w sprzyjającym miejscu; ziemia musiała zostać uprzednio skropiona… moczem kobiety.

Po wypowiedzeniu magicznej formułki można było przystąpić do odkopywania, lecz mandragora czując jaki czeka ją los zaczynała krzyczeć wniebogłosy (stąd nazwa pokrzyk). Aby ją uciszyć należało czym prędzej spętać lnianym sznurkiem. Usidlony w ten sposób stworek trafiał do domu znalazcy stając się jego sługą; mógł min. przepowiadać przyszłość czy zsyłać na niego bogactwo.

Niestety, mandragora w niewłaściwych rękach przejmowała kontrolę nad swym właścicielem sprowadzając go na złą drogę, która bardzo często doprowadzała do jego śmierci.

Nie był to jednak w pełni antropomorficzny twór, który można było stworzyć w pracowni alchemicznej. Mandragorę tworzyły „siły natury” z niewielką pomocą czynników zewnętrznych (wisielec). Czarnoksiężnik który chciał stworzyć pomocnego mu stworka musiał się skupić się na żmudnym procesie ożywiania martwych przedmiotów.

Pierwsze prawdziwe wzmianki o tworzeniu humunculusów datuje się na drugą połowę XIII wieku, lecz trudno o jakiekolwiek jasne przekazy mówiące na czym ów proces mógłby polegać. Niektóre interpretacje sugerują iż wspomniany humunculus nie był żywą istotą, lecz urządzeniem przydatnym w tworzeniu kamienia filozoficznego; czy chodziło o jakiś specjalny rodzaj pieca bądź wykorzystywanego do tych celów alembiku? Nie wiadomo.

Nieco więcej wiadomości dostarcza za to pierwowzór literackiego doktora Fausta, średniowieczny alchemik Henricus Cornelius Agrippa (ur. 14 września 1486 w Kolonii, zm. 18 lutego 1535 w Grenoble). Agrippa był jednym z najbardziej znanych średniowiecznych magów i okultystów, który rzekomo podpisał cyrograf z samym diabłem – czart miał mu towarzyszyć przez całe życie ukrywając się pod postacią czarnego psa.

Agrippa był również znanym i cenionym medykiem, lecz dopiero wiedza którą (podobno) otrzymał od samego szatana zapewniła mu rozgłos który docierał aż do królewskich dworów… do chwili kiedy na jaw nie wychodziły jego konszachty z diabłem; lecz nawet pobyt w lochu nie był dla Agrippy dużym wyzwaniem. Niemiecki mag potrafił rzucić urok na strażników, bądź w zmienić się w węża, który bez trudu prześlizgiwał się przez więzienne kraty – świadkowie opisują również i takie relacje…

Pomiędzy paraniem się okultyzmem, zamienianiem pieniędzy w ślimaki (nie na odwrót) i notorycznym uciekaniem z lochów Agrippa zajmował się także nekromancją. Wskrzeszanie zmarłych było dla maga chlebem powszednim, robił to głównie na zlecenie władców (podobnie jak mistrz Twardowski dla króla Zygmunta Augusta) bądź dla własne potrzeby gdy niektóre jego zajęcia wymagały ingerencji postronnych osób.

Co ciekawe, do ożywiania zwłok nie trzeba było całych korpusów; wystarczyła niewielka część ciała denata (np. palec) by za jej potrzebą stworzyć humanoida. Sługa ów, był dokładną kopią człowieka z którego pobrano tkankę – z tą różnicą że w lilipuciej skali. Według Agrippy można było w ten sposób „wskrzesić” każdą osobę nawet z kropli krwi.

Humunculus Agrippy nie był samodzielną i myślącą istotą, lecz czymś na kształt zombie. Nierzadko niesforną i nieposłuszną.

Mijały wieki. Magia i okultyzm wraz z nastaniem epoki rozumu znikały w mrokach dziejów stając się przedmiotem drwin i żartów.

Nie wszyscy jednak opierali swoje doświadczenia na przysłowiowym szkiełku i oku. Dawne manuskrypty i pamiętniki średniowiecznych okultystów w czasie krwawej rewolucji francuskiej zyskały drugie życie. Rewolucjoniści podczas plądrowania pewnego starego domu natknęli się na pokaźny zbiór dokumentów zawierających tajemną wiedzę.

Na podstawie tych zachowanych pism, za murami jednego z XVIII wiecznych francuskich klasztorów podobno udało się wyhodować kilka magicznych istot. Były ich sześć i ze względu na swój specyficzny wygląd otrzymały stosowne imiona: król, królowa, mnich, budowniczy, duch i diabełek.

 

KONIEC CZĘŚCI 1

 

autor: Dominik Wiśniewski

grafika tytułowa: autor

 

Dominik Wiśniewski – dziennikarz i fotografik.  Fan motoryzacji i historii wojskowości. Nie obca mu literatura i sztuka – zarówno tych wyższych jak i niższych lotów. Czasami szyderczy i lekko stronniczy. Niepoprawnie polityczny kinomaniak i miłośnik podróży wszelakich.