IMIONA

Czwartego grudnia mam imieniny. Barbórka – święto górników. Z górnikami nigdy nie czułam się jakoś szczególnie związana (nie mam górników w rodzinie ani żadnych znajomych, o których górniczej działalności bym wiedziała), natomiast fakt, że jakaś grupa zawodowa obchodzi moje imieniny z większą pompą, jest całkiem miły. Tak jak miłe jest obchodzenie imienin – święta imienia, które się lubi. A to ostatnie – lubienie własnego imienia – wcale nie jest czymś oczywistym i danym z góry.

Gdy byłam mała, nie czułam do swojego imienia zbytniej sympatii, choć z początku nie mogło być też mowy o niechęci. Jak zapewne wiele dzieci, eksperymentowałam z imionami – co zapewne oznaczało, że eksperymentowałam sama ze sobą, przymierzałam różne role, maski i osobowości, by zobaczyć, które będą mi pasować bardziej lub mniej, które okażą się bliższe lub dalsze, z których chciałabym sobie coś na przyszłość zostawić, a z których nie wzięłabym absolutnie nic. Pożyczałam imiona bohaterek książek, filmów, seriali, japońskich animacji (w latach dziewięćdziesiątych często określanych przez wiele osób jako „chińskie bajeczki”); używałam ich w zabawie z samą sobą lub z koleżankami, na podwórku, w szkole, w domu; czasem domagałam się, by tak nazywali mnie rodzice, kiedy indziej chowałam swoje inne imię niczym tajemnicę we własnej wyobraźni.

Niechęć do swego imienia pojawiła się trochę później – nie potrafię stwierdzić, kiedy, ale na pewno już w drugiej połowie podstawówki go nie lubiłam, może nawet wcześniej – w trzeciej klasie? W czwartej? W piątej już na pewno.

Podobno to dość typowe – podobno wiele dzieci, a tym bardziej nastolatków przechodzi okres nielubienia swojego imienia, tak samo jak okres nielubienia swojego wyglądu i samej / samego siebie (okres? Jaki okres! To wiek, milenium, nieskończoność!). Podobno. Na pewno coś w tym jest – i na pewno nie dotyczy wyłącznie dzieci i młodzieży z ostatnich dekad. Przypomnijmy sobie Anię („nie Andzię”) Shirley, która chciała nosić imię „Kordelia” i mieć kasztanowe włosy oraz alabastrową cerę. Ja też byłam Anią, która chciała być Kordelią – może tylko moja chęć zmiany imienia, wyglądu, osobowości, wszystkiego, co się na mnie składało, była silniejsza niż u Ani, bo podsycana (w porównaniu z dzisiejszymi – i tak słabymi) naciskami i propozycjami kultury masowej. Może. A może nie – może nie potrafię docenić i w pełni odczuć nacisków i propozycji, które dopadały Anię Shirley, bo różnica czasów jest zbyt wielka.

Ale, ale, nie o Ani miało być, tylko o imionach (choć bohaterka Montgomery może tu sporo dorzucić, w końcu mało która postać literacka tak wyraziście i głośno mówi „Chcę być kimś innym, nie czuję się dobrze sama ze sobą, z taką sobą, jaką jestem”. Kto wie, czy w  tym nie tkwi największa magia tej powieści i wyjaśnienie, dlaczego kolejne pokolenia dziewczynek przynajmniej przez chwilę zakochują się w mieszkance Zielonego Wzgórza).

Bywałam zatem różnymi osobami – niektórymi tylko na czas zabawy, innymi przez czas dłuższy. Bywałam Sarą Crewe z „Małej księżniczki” (to moje jedyne świadome wspomnienie oficjalnego zmieniania imienia – jako kilkulatka o nazywanie mnie Sarą poprosiłam mamę. Mama, wiedziona jakimś dobrym instynktem, zgodziła się, abym chwilowo była Sarą. Być może ta zgoda właśnie, wolna od zakazów i morałów, sprawiła, że szybko przestałam odczuwać potrzebę bycia wołaną w domu zmienionym imieniem).

Bywałam Bią z „Czarodziejskiego wyzwania” – tu zmiany imion dokonywałyśmy wspólnie ze szkolno-podwórkową przyjaciółką, która odgrywała Nomę z tego samego anime. Te dwa imiona stanowiły swoistą świętość, którą nie dzieliłyśmy się z nikim innym – Bia i Noma należały wyłącznie do nas, w przestrzeni domowej, podwórkowej, a niekiedy i szkolnej. Dopuszczenie kogokolwiek trzeciego zniszczyłoby tę intymną przestrzeń zabawy, która pozwalała tak bardzo i tak intensywnie stać się kimś innym.

Bywałam ulubionymi czarodziejkami z „Czarodziejki z Księżyca”, animowanego serialu i mangi, które zdominowały u mnie drugą połowę podstawówki i początek liceum. Wbrew różnym krytycznym uwagom (zwłaszcza, choć nie tylko, dorosłych) „Czarodziejka z Księżyca” była naprawdę świetną opowieścią, a przede wszystkim miała sporo atrakcyjnych wzorów osobowych dla dziewczyn. Moim ulubionym i najczęściej do mnie powracającym była Ami Mizuno, czyli Czarodziejka z Merkurego – świetna uczennica, wielbicielka nauki, nierozstająca się z książką; idealna bohaterka dla przyszłych perfekcjonistów, pracoholików i bibliopatów. Z tych trzech elementów tylko bibliopatii, obsesyjnej namiętności do książek i czytania, nie musiałam w późniejszym życiu przeganiać; z perfekcjonizmu uwolniłam się dopiero jakiś czas temu, pracoholizm wciąż leczę. Ale nikt nie powiedział, że wzór osobowy ma być doskonały i wolny od wad – a ja mojego utożsamiania się z Ami i prób wchodzenia w jej skórę nie zamieniłabym na cokolwiek innego nawet dziś, gdy nadal muszę sama sobie udzielać wybaczenia za odpoczywanie w wolną niedzielę.

Bywałam też pewną postacią z horroru, który w dzieciństwie oglądałam namiętnie (najpierw wypożyczałam go ciągle z wideoteki – kto jeszcze takie pamięta?! – później kupiłam własną kasetę w wypożyczalni, która właśnie urządzała wyprzedaż tuż przed zakończeniem działalności). Imię tej akurat bohaterki nadal jest dla mnie zbyt ważne i bliskie, bym mogła się nim z kimkolwiek podzielić (chociaż już od dawna się za nią nie uważam ani nawet nie chciałabym nią być… no, zazwyczaj). natomiast mogę głośno powiedzieć, że utożsamianie się akurat z tą postacią dało mi sporo siły na przetrwanie różnych gorszych chwil wczesnego i późnego nastoletniego okresu. Koniec końców marzenie o różnych supermocach nie jest ani rzadkie, ani niezwykłe, zwłaszcza gdy tkwi się w samym środku koszmaru zwanego „naście lat”. I wasze szczęście, drogie paskudy, z którymi już nie mam żadnego kontaktu, że w czasach owego kontaktu supermocami nie dysponowałam, bo dziś zamiast ekspaskudami byłybyście tylko nędznym wspomnieniem o kupce prochu, w którą was zamieniła(by)m.

Myślę z sympatią, niekiedy wręcz z czułością o imionach, które dawniej były moimi – na chwilę, do zabawy, na dłużej, z nadzieją na zmianę w ciekawszą wersję siebie. Myślę o nich z sentymentem i wdzięcznością, bardzo życzliwie, a czasami nawet z zazdrością – z zazdrością o samą siebie, tę młodszą siebie, która wówczas była w stanie bez problemu uwierzyć, że zwykłe zastąpienie jednej nazwy drugą może wywrócić całą rzeczywistość do góry nogami i na lewą stronę. Dziś już niestety w to nie wierzę – dziś jestem przekonana, że inna nazwa niczego nie da, jeśli siedzi pod nią to samo, co było poprzednio. Ale – i to chyba spuścizna po wierze z dzieciństwa – zmiana nazwy potrafi mnie zmotywować do zmieniania tego, co pod nią. Zmiana nazwy, zmiana miejsca, zmiana punktu w czasie. To nie wystarczy – może jednak stać się początkiem, katalizatorem, motywatorem. Dobre i to.

Wracając do imion: zastanawiam się, czy jednym z sygnałów, że dorosłam, że choć trochę dojrzałam, nie był fakt, że wreszcie polubiłam swoje imię. I to w każdej wersji. Mózg, rzecz jasna, wykonał sobie małą operację uzasadniającą – imię pochodzi z greki, grekę klasyczną uwielbiam, znaczenie tego imienia w grece klasycznej niezmiernie mi odpowiadało i odpowiada nadal – ale skoro cel uświęca środki, to czy ważne jest, jak oswoiłam własne imię? Albo raczej – jak moje imię oswoiło mnie? W gruncie rzeczy na jedno wychodzi.

Mam wrażenie, że polubienie własnego imienia jest swoistym manifestem wkroczenia na drogę lubienia siebie (drogę, która jest długa, nieraz niewdzięczna i na dobrą sprawę nigdy się nie kończy). Lubię swoje imię – więc lubię i to, co się pod nim kryje, czyli siebie, taką siebie, jaką jestem w tej chwili, a nie taką, jaką chciałabym być, mam nadzieję być, próbuję być lub boję się, że nigdy nie będę. Siebie w tych wszystkich odsłonach, które jestem gotowa zaakceptować i podpisać: tak, to ja. Siebie poważną i oficjalną, merytoryczną i efektywną, a chwilami groźną, bo wściekłą (Barbara). Siebie domową, czasem czułą, czasem choleryczną, czasem leniwą do sześcianu (Basia). Siebie po swojemu zwariowaną i po swojemu działającą, z pomysłami i energią (Baśka). I nawet siebie słabą, rozklejoną, taką, jaką najchętniej upchnęłabym gdzieś w ciemnym kącie i nikomu nie pokazała, bo to wcale nie ja, a jak już, to jest niechcący i nieprawda (Basieńka).

Dzisiejsza Baśka lubi Baśkę. To była długa droga do domu, do imienia i do całej reszty. Ale była warta każdego zrobionego kroku – i czuję to nie tylko w dniu imienin. A to już coś.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.