JA, CZŁOWIEK ANALOGOWY

Jestem człowiekiem analogowym. Fakt ten uświadomiła mi pod koniec zeszłego roku koleżanka z teatru, gdy opowiadała o swojej pracy nad ostatnim projektem. Spotykamy się z drugą autorką projektu – mówiła – siadamy w kawiarni, wyciągamy laptopy, omawiamy różne pomysły, robimy burzę mózgów. Wreszcie coś mamy – więc teraz trzeba to zapisać, opisać lub coś zanotować. W związku z czym – ignorując włączonego laptopa – wyciągam zeszyt albo notatnik i zaczynam sobie to wszystko notować. Ręcznie. Jakoś lepiej mi się myśli, pracuje, działa, gdy piszę ręcznie. Jestem analogowa.

I wtedy pomyślałam: o rany, ja też. Od tylu lat i tak bardzo mocno, a dopiero teraz zdaję sobie z tego sprawę. Jestem analogowcem. Wreszcie przynależę do jakiejś subkultury, nawet jeśli bardzo niszowej, poza mainstreamem i mało popularnej, może nawet postrzeganej przez dużą część społeczeństwa (zwłaszcza tego młodszego) jako dinozaurowatej, na wyginięciu. Ale mogę sobie na to pozwolić. Jestem z lat osiemdziesiątych, w drugiej połowie owej dekady raczkowałam dumnie z pieluchą (tetrową) na zadku, miałam analogowe zabawy, analogową szkołę i analogowy dom. Ze szpitali dzwoniłam do rodziców ze stojących na korytarzach automatów na kartę. Szczytem moich technologicznych nowinek była gra komputerowa (jedyna w całym bloku), którą wgrywało się na Commodore 64 przez magnetofon (gra była o dżdżownicy, która zjadała coś – chyba liczby albo uciekającą kulkę – w labiryncie). Podstawowe źródło informacji pozaszkolnych stanowiła czterotomowa encyklopedia PWN, nieco później zaś – zeszyty „Świata Wiedzy” i podobnych wydawnictw, które zresztą wykorzystywały analogową wersję koncepcji hiperłącza. A mrocznym przedmiotem pożądania były kolorowe lakierki lub lalka Barbie z ogonem syrenki. Taki miałam prosty, analogowy świat.

A gdy bez uprzedzenia zasiedziałam się u koleżanki, dostawałam od rodziców burę za to, że nie wiedzieli, co się ze mną dzieje. Po paru godzinach. Dziś po paru minutach od dzwonka lub SMS-a ludzie potrafią reagować paniką lub fochem na brak odpowiedzi (dobrze, przyznaję, mnie też się to zdarza). Słyszałam nawet wymówki o to, że w toalecie nie miałam przy sobie komórki i nie odebrałam zaraz po pierwszym sygnale (droga Osobo, która robiła mi te wymówki, jeśli to czytasz, to przesyłam wirtualne pozdrowienia ze wspominkowego analogowego świata. Analogowy buziak do odebrania osobiście, na szczęście nikt jeszcze nie wymyślił aplikacji całującej w imieniu użytkownika. A jeśli wymyślił, to nie róbcie mi krzywdy i nie wyprowadzajcie mnie z błędu).

Wszystko pisałam ręcznie. W nieco starszym wieku wspięłam się na kolejny poziom technologii – zaanektowałam starą maszynę do pisania mojej mamy i tłukłam zaciekle w klawisze, by wyprodukować różnorodne twory-potwory literackie. Ale plany tych tworów zawsze (nomen omen) tworzyłam ręcznie.

A pamiętacie „Złote myśli”? Ile takich zeszytów miałam i do ilu się wpisywałam, i z jaką przebiegłą miną czytałam wpisy innych osób (wpisy, których teoretycznie w cudzych „Złotych myślach” czytać się nie powinno, ale bądźmy szczere, tylko frajer by nie podejrzał, co nabazgrolili inni i czy przypadkiem nie ma tam też czegoś o Tobie). Ile takich zeszytów przewinęło mi się przez ręce i oczy… Teraz tylko żałuję, że żadnego ze swoich nie zachowałam. Czy dzisiejsze dzieciaki uwierzą w „Złote myśli”, skoro na co dzień komentują się zawzięcie na Fejsie, Instagramie, YouTubie czy Twitterze? Nawet dla mnie wspomnienie „Złotych myśli” brzmi jak baśń.

Wróćmy jednak do samego ręcznego pisania i idei „analogowego człowieka”. W rozumieniu mojej koleżanki jest to człowiek, któremu lepiej się myśli i działa, gdy myśli on i działa – poprzez pisanie ręczne. Gdybym się upierała przy poparciu tej koncepcji jakimiś naukowymi podstawami, mogłabym się powołać na przeczytany niegdyś artykuł w „Newsweeku” na temat nauki języków obcych – nauki, która według naukowców idzie nam o wiele lepiej, jeśli zapisujemy słówka, konstrukcje gramatyczne i wszystko inne właśnie ręcznie. Dlaczego ręcznie? Ano dlatego, że podczas zapisywania, podczas wykonywania ruchów graficznych ręką, w mózgu „żłobi się” kierunek tych ruchów, wizualny kształt słów. Zjawisko to zna każdy, kto kiedykolwiek sprawdzał właściwą formę pisowni ojczystej poprzez napisanie danego słowa w dwóch wersjach i wyborze na podstawie odczucia „ta forma wygląda tak jakoś bardziej… bardziej” (na przykład „napewno” i „na pewno” – hm, ręka sprawia wrażenie, jakby za wszelką cenę chciała się oderwać, pisownia rozdzielna chyba bardziej przypomina to, co się widziało i pisało, wybieramy drugą wersję zapisu. Poprawna? No wiedziałam, choć nie wiedziałam, skąd wiedziałam!).

Tyle nauka, bardzo pobieżnie i w sporym uproszczeniu. Ale jest jeszcze codzienna praktyka – a moja codzienna praktyka mówi, że co zapisane, to zapamiętane. Najlepiej zapisane ręcznie, bo notatki z aplikacji tak dobrze w pamięć nie zapadają. Sprawdzone wielokrotnie i w różnych sytuacjach: tam, gdzie w przypadku aplikacji muszę ciągle sięgać po telefon, by sobie przypomnieć kolejny punkt planu czy zakupów – tam zapiski zrobione ręką na kartce papieru przypominają się o wiele szybciej, łatwiej i pełniej. Aż chciałoby się powiedzieć, że ręka i oko mają już odbity na sobie ślad tych moich zapisków, odciśnięty tak mocno, że sam się uaktywnia, gdy tylko jest potrzebny.

Jest jeszcze inna kwestia – powiedziałabym, pewnej kreatywności, stymulacji i… intymności ręcznych zapisków. To właśnie te trzy elementy są dla mnie najważniejsze i najsilniej odczuwalne – to one sprawiają, że własnoręczne notowanie różnych rzeczy jest u mnie wręcz odruchem. Intymność, dodajmy, jest tu kwestią szczególną; ponieważ na co dzień w pracy i w domu piszemy niemal w kółko na komputerach, czas spędzony z długopisem i kartką papieru staje się swoistym świętem, a przynajmniej wyłamaniem się na moment z codziennej rutyny i poświęceniem samej sobie kilku wyjątkowych chwil. Tak jakby się zatrzymało nagle świat i powiedziało: „Sorry, pięć minut tylko dla mnie, dawać notes i jakiś pisak!”.

Co ciekawe, na poziomie bardziej zaawansowanej pracy – na przykład pisania artykułu czy jakiegoś innego tekstu – komputer wystarcza, a nawet bardzo pasuje. Jednak na poziomie planowania, rozkręcania, obmyślana – niezbędny jest mi notatnik i długopis. Naprawdę niezbędny. Swego czasu robiłam, a raczej próbowałam robić plany i listy w Wordzie i Excelu, a potem w kilku aplikacjach. Za każdym razem efekt był ten sam: komputerowe twory okazywały się bezpłciowe, pozbawione emocji i płaskie jak ekran smartfona. Ich czytanie nie pobudzało, nie motywowało, nie krzyczało: „Patrz, to twoje, moje, rób to i powodzenia!”. Nawet nie chciało się tego czytać. O przyjemności płynącej z energicznego skreślania wykonanej czynności czy załatwionej sprawy z to-do listy w ogóle zapomnij.

Wcześniej czy później zawsze się rozstawałam z nieodręcznymi formami notatek. Dopiero po uwadze koleżanki zrozumiałam, że do głosu dochodziła wtedy moja analogowość, która szeptała uwodzicielskim głosem: „Ale pomyśl… notatnik, duży albo mały, gruba okładka, kolorowe kartki, i różne kolory długopisów, i prywatne bazgroły, których nawet największy desperat nie przeczyta, i notowanie w każdej chwili, no i ten notatnik, ten notatnik…”. Uwodzicielski ton analogowości nieustannie wygrywa. Teraz już rozumiem przyczyny swojej obsesji na punkcie materiałów biurowych, szczególnie wszelkiego rodzaju notatników, zeszytów i podobnych. Naprawdę, półka zapełniona rozmaitymi notesami przyciąga mnie bardziej niż czekolada z orzechami – a to jest wyczyn.

Tak, jestem analogowa. Przy omawianiu wszelkich pomysłów, działań czy projektów – a przede wszystkim przy tworzeniu własnych planów i list rzeczy do zrobienia! – też sięgam po kartkę papieru, nawet jeśli włączony laptop czeka obok. Lubię sobie to – o czymkolwiek mowa – zapisać. Lubię coś obok narysować (kwiatki i za tłuste kotki rządzą). Lubię podkreślić, zaznaczyć, zrobić cztery strzałki w pięciu kierunkach i ponumerować po swojemu strony (najczęściej alfabetem greckim lub hebrajskim, taka domowa forma powtórek językowych). Lubię te notatki przeglądać. I lubię uczucie, które mi wtedy towarzyszy. Bardzo analogowe uczucie. Uczucie intymnego spotkania z samą sobą, uchwyconego dzięki ruchom ręki na kartce papieru.

Nie oddałabym tego uczucia za najnowocześniejszego i najlepszego peceta.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.