„JA TAM, PANIE, LUBIĘ MANDEJ…”

Jasne, powinnam zapisać to zdanie w taki sposób: „Ja tam, panie, lubię Monday”, ale wciąż słyszę ten nieco przeciągający samogłoski głos, który wygłasza ową herezję w „Nie lubię poniedziałku”. I widzę, po prostu widzę ten „mandej” zapisany tak, jak został wymówiony.

Ktokolwiek oglądał starą polską komedię z lat siedemdziesiątych w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego, z pewnością pamięta, że tytułowe nielubienie poniedziałku było głęboko uzasadnione: w poniedziałki bowiem wszystko szło źle, o czym bohaterowie doskonale wiedzieli i czego się z góry spodziewali, gdyż klątwy „jest poniedziałek” doświadczali w zasadzie co tydzień. Poniedziałek, więc przedszkole zamknięte z powodu choroby i biedny milicjant nie ma co zrobić z dzieckiem. Poniedziałek, więc delegacji witającej zagranicznego kontrahenta pomyliła się osoba i kwiaty oraz uprzejme powitania trafiły do przypadkowego pasażera, a włoski gość trafił do nie tego samochodu i musiał się samotnie zmierzyć z warszawskimi uliczkami. Poniedziałek, więc w agencji matrymonialnej remanent, a do tego wykryte manko – brakuje jednego męskiego klienta, co gorsza, cudzoziemca! Poniedziałek, więc z góry wiadomo, że wszystko się będzie się sypać, spóźniać – albo przeciwnie, pojawiać za wcześnie – czegoś zabraknie, ktoś się pomyli, gdzieś nie starczy, a gdzie indziej będzie krzywo. Poniedziałek, więc trzeba jakoś przetrwać, zaciskając zęby i odliczając godziny do wtorku.

I tylko gdzieś tam w tle, trochę przepraszająco, a trochę wyzywająco, rozlega się to niestosowne oświadczenie: „Ja tam, panie, lubię mandej”.

Ja też. Możliwe, że to wyznanie, ten poniedziałkolubny coming out, zrobi ze mnie większą skandalistkę, niż gdybym opowiedziała się za tą czy inną partią, takim lub innym zestawem lektur szkolnych czy takimi lub innymi dietami. Zaryzykuję jednak i powiem z całą stanowczością oraz oburzającą podprądowością: lubię poniedziałki. Ba, lubię – uwielbiam poniedziałki, szaleję za nimi, jestem poniedziałkowym fangirlem!

Jeśli jeszcze nie zaczęłyście się stukać obiema pięściami w czoło albo z niesmakiem rozglądać się za czerwonym krzyżykiem w prawym górnym rogu ekranu, to spróbuję wyjaśnić moją poniedziałkolubność, zanim nabijecie sobie wielkie guzy albo wyłączycie „Kobiecą Sprawę” (za to ostatnie oberwałoby mi się od redaktorki naczelnej, więc dla mojego własnego dobra poczekajcie chwilę).

W poniedziałku jest magia – magia nowości, magia zaczynania wszystkiego od początku, magia postawienia grubej kreski i zamknięcia wszystkiego, co było przed, aby zrobić miejsce dla tego, co ma być od teraz, co ma zacząć tworzyć inne, nowe, lepsze. Poniedziałek to taka bardzo pomniejszona wersja pierwszego dnia Nowego Roku, pozbawiona jego fajerwerkowatości, świąteczności i wyjątkowości, ale na pewno niepozbawiona tego charakteru przełomowości w życiu, nawet jeśli to przełomowość mała, cotygodniowa i łatwo osiągalna. A może właśnie ta pomniejszona wersja jest lepsza – bo bliższa i dostępniejsza? Zwróćcie uwagę, ile rzeczy zaczynamy lub planujemy zacząć od poniedziałku – od początku nowego tygodnia, od pewnego punktu granicznego, od jakiegoś wyraźnego znaku na naszej czasowej drodze. Dieta – od poniedziałku już jej przestrzegam. Gimnastyka, siłownia, bieganie – od poniedziałku ćwiczę, chodzę, biegam. Nauka obcego języka – od poniedziałku codziennie zapamiętuję pięć słówek. Regularne robienie porządków w domu – od poniedziałku tego pilnuję. Ograniczenie siedzenia na fejsie albo oglądania telewizji – od poniedziałku kontroluję jedno i drugie. Częstsze spotkania z przyjaciółmi – od poniedziałku ustalam sobie regularne terminy. Więcej asertywności albo mniej irytowania się z byle powodu – od poniedziałku zadbam o swoje bardziej pożądane zachowania w kontaktach z ludźmi. Cokolwiek, co się pojawi – od poniedziałku.

„Od poniedziałku”. Nie dlatego, że rozpoczęte innego dnia, nie mogłoby się udać – po prostu „od poniedziałku” jest wyraźnie zaznaczone na osi prywatnego i publicznego czasu, jest konkretnym punktem startowym, na który można się powołać i do którego można się odwołać, jest łatwiejszym do zobaczenia w wyobraźni elementem całego działania. Lubimy mieć punkt zaczepienia. Poniedziałek jest punktem zaczepienia tego nowego, które chcemy wprowadzać w życie.

„Od poniedziałku” niesie, oczywiście, również pewne zagrożenia i może służyć wymówkom. Zaczęłam dietę w poniedziałek, w środę nie wytrzymałam i pożarłam wieczorem to wszystko, czego miałam nie jeść. Nie opłaca się więc pilnować diety w czwartek, piątek, sobotę i niedzielę, prawda? W dietowym kalendarzu ten tydzień i tak jest stracony, bo jeden dzień wszystko zawalił. Więc nie ma się co męczyć i ograniczać, do niedzieli mogę sobie jeść za trzech, na dietę wracam od poniedziałku (i wtedy oczywiście już będę jej pilnować!). A jeśli po następnym poniedziałku znów się coś zepsuje, ja znów poczekam – do kolejnego poniedziałku. Czuję się usprawiedliwiona, łamiąc swoje postanowienia w inne dni tygodnia i czekając z ponownym ich realizowaniem do początku nowego tygodnia.

Może stąd się bierze zła reputacja poniedziałku, a raczej zaczynania od poniedziałku. Znacie powiedzenie „Wszystkie nierealne postanowienia zaczynaj od poniedziałku”? No właśnie. Poniedziałek jest obciążony wszystkimi naszymi poponiedziałkowo nieudanymi działaniami i w pewien sposób staje się winny – winny tego, że nie zdołał utrzymać naszych odponiedziałkowych postanowień w pozostałe dni tygodnia. Czasem też, na wzór wróżby noworocznej, padają słowa: „Jaki poniedziałek, taka reszta tygodnia”. I już mamy winnego wątpliwych wtorków, średnich śród, czepliwych czwartków, pechowych piątków, smutnych sobót i nieudanych niedziel. Wiadomo, parszywy poniedziałek nawalił, więc pozostałe dni tygodnia po prostu nie mogły być dobre.

Poniedziałek kojarzy się też źle z powodu powrotu do pracy (ile ja się nasłuchałam w poniedziałkowe poranki narzekań z serii „i znów cały tydzień do pracy”, ile razy sama tak narzekałam, żartem lub serio – nie zdołam zliczyć). Tutaj w gruncie rzeczy nie umiem znaleźć rozwiązania, bo jeśli się nie lubi swojej pracy, to poniedziałek rzeczywiście nie będzie mile widziany. Chociaż… niedawna powtórka Pollyanny może pomóc. Służącej Nancy, nielubiącej poniedziałkowego ranka, Pollyanna poradziła: „W poniedziałek rano powinnaś się bardziej cieszyć niż każdego innego dnia, bo masz przed sobą cały tydzień do następnego poniedziałku”*. Zawsze to jakieś pocieszenie, jeśli nie ma już innego. Rzeczywiście, w żaden dzień tygodnia nie jest tak daleko do kolejnego poniedziałku, jak właśnie w poniedziałek.

Ania Shirley mawiała, że jutro jest zawsze nowe i wolne od błędu (a jej nauczycielka, panna Stacy, dodawała: na razie wolne od błędu). Tak właśnie widzę poniedziałek – nowy, świeży, wolny od błędu. To jego siła – pozwala wyraźnie poczuć, że zaczyna się od nowa, działa motywująco, odświeżająco, dodaje energii. To też jego słabość – przez swój graniczno-przełomowy charakter obciążony jest ogromną odpowiedzialnością i masą oczekiwań, co jeszcze nie byłoby takie złe, gdyby nie częste dodatkowe oczekiwanie, że tamte oczekiwania spełnią się same, właśnie z racji zaczynania ich realizacji od poniedziałku, tak jakby poniedziałek sam miał załatwić sprawę. A on przecież może dać jedynie przestrzeń do rozpoczęcia, trochę wsparcia w ramach otwierania nowego tygodnia, nieco odwagi i zachęty poprzez oddzielenie grubą kreską dawnego wczoraj i świeżego niczym właśnie wypieczona bułeczka dzisiaj. Tylko tyle i aż tyle.

W poniedziałek chce mi się bardziej. W poniedziałek wierzę, że wszystko jest możliwe. W poniedziałek wiele rzeczy rzeczywiście okazuje się możliwe, choć w pozostałe dni tygodnia wydaje się co najwyżej prawdopodobne. W poniedziałek ulegam złudnemu przekonaniu, że tym razem dam radę zrobić w ciągu tygodnia wszystko, co sobie zaplanowałam, a nawet więcej – i przekonanie to okazuje się często wcale nie takie złudne. Szczególnie w poniedziałek.

Jeżeli na co dzień czuję, że żyję, to w poniedziałek czuję to bardziej – tak jakby poniedziałkowa magia dodawała pierwszemu dniowi tygodnia wyjątkowego smaku. Sprawy załatwione w poniedziałek wróżą dobrze przebiegowi kolejnych dni (sprawy niezałatwione lub nieudane kiedyś wróżyły „reszta tygodnia też będzie taka kiepska”; obecnie staram się na to patrzeć pod innym kątem – skoro w poniedziałek coś się nie udało, to pewnie uda się w kolejny dzień, bo w poniedziałek udało się coś innego). Poniedziałki staram się trochę odciążyć z Wielkich Całotygodniowych Oczekiwań i traktować siebie (oraz sam poniedziałek) nieco bardziej troskliwie – na przykład w ramach świętowania poniedziałku pójść na rurkę z kremem, do kina albo spędzić wieczór na kanapie z gorącą herbatą i dobrą książką. Tak żeby było nam razem dobrze i żebyśmy mogli się wspólnie cieszyć ze swojej obecności.

Z tego również powodu kolejne teksty w „Bazgrolniku” ukazują się właśnie w poniedziałek. Dzień publikacji rubryki mogłam sama wybrać. Z jednej strony było dla mnie oczywiste, że wybiorę swój ulubiony dzień tygodnia (ulubionym jest również piątek, ale poniedziałek to jednak ten „ulubiony bardziej”) i do różnych powodów do poniedziałkowego zadowolenia dorzucę także myśl: „To dziś ukazuje się mój kolejny felieton”. Z drugiej strony – chciałam dać coś miłego, odprężającego i cieszącego wszystkim osobom, które poniedziałku nie lubią albo mają wobec niego mieszane uczucia. A także tym, które – jak ja – poniedziałki uwielbiają, cenią lub po prostu lubią.

Bo poniedziałki są dobre. Trzeba tylko dać im szansę. Najlepiej w najbliższy poniedziałek.

* Eleanor H. Porter, Pollyanna, przeł. H. i T. Evertowie, Warszawa 1988, s. 174.

autorka: Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.