JAK PRZETRWAĆ REMONT: PORADNIK-BEZRADNIK

Lato, wakacje, urlop – nieraz stają się okresem nie tyle wypoczynkowym, ile remontowym. W gruncie rzeczy nic w tym dziwnego: dobra pogoda, więcej czasu wolnego, dłuższe dni i trochę odzyskanych sił – to sytuacja w sam raz do domowych przeróbek lub obróbek. Pół biedy jeszcze, gdy można sobie pozwolić na ekipę remontową (choć, tak między nami, fachowcy bywają czasem istnym Koszmarem z ulicy Wiązów); gorzej, gdy remont trzeba robić własnymi siłami, wtedy dopiero się zaczyna droga przez mękę…

Należę do takiej grupy podwyższonego ryzyka. Moje remonty trwają już ładny kawał czasu, a w okresie wakacyjnym intensyfikują się do sześcianu. Remont robię własnymi siłami, wykorzystując tych domowych facetów, którzy jeszcze nie zwiali, gdzie pieprz rośnie, oraz własną parę rąk (psu daję spokój). Co roku akcja remontowa doprowadza mnie do białej gorączki, szewskiej pasji i zwykłej wścieklizny. W tym roku, z racji nadchodzącego megaremontu, stwierdziłam, że trzeba się wreszcie właściwie zabezpieczyć: stworzyć remontowy plan surwiwalowy. I nie, nie mam na myśli spraw w stylu „kupić materiały z zapasem, by nie zabrakło w środku robót”, „zrobić porządek ze zbędnymi rzeczami, by w czasie remontu nie zawadzały” czy „opracować plan działania i odpowiednio rozlokować narzędzia, by zawsze były pod ręką”. Nie. Mój plan surwiwalowy można nazwać następująco: „desperackie działania, by podczas remontu szlag jasny nie trafił mnie oraz wszystkiego i wszystkich wokół mnie przy okazji”. Jednym słowem – obmyślam właśnie, jak wyjść z remontowych wakacji z w miarę nieuszkodzoną psychiką, niekompletnie zepsutym urlopem i nie za bardzo schrzanionymi relacjami z bliskimi.

Nie powiem, żeby łamanie sobie głowy nad planem surwiwalowym było proste, ale potrafi sprawić trochę radości – przede wszystkim przez to, że zmusza do docenienia drobiazgów, niekiedy też prowokuje do wpadania w iście montypythonowskie klimaty. Zobaczcie, co udało mi się dotąd wynaleźć – może któryś z tych pomysłów pomoże i Wam ocalić podczas remontu resztki zdrowych zmysłów, a może z kolei Wy podpowiecie mi coś przydatnego?

Podstawowy remontowy zestaw surwiwalowy:

Po pierwsze: zbierz w jedno dostępne miejsce ulubione, odprężające książki i / lub filmy. Najlepiej takie, które znasz i do których masz zaufanie. Pal diabli wszelkie ambitne plany czytelnicze oraz nadrabianie zaległości w najbardziej docenianych przez krytyków filmowych nowościach – Ty, jako remontowy surwiwalowiec, czytaj i oglądaj to, co znasz i lubisz, to, co koi Twoje nerwy, poprawia humor i pozwala choć przez chwilę żyć złudzeniem „normalny, odprężający urlop”. W czasie walki o przetrwanie remontu zwracamy honor inżynierowi Mamoniowi i bez wahania sięgamy po to, co nam się podoba, bo już to raz czytałyśmy lub oglądałyśmy.

Po drugie: celebruj sen. Nie chodzi o samo spanie i wysypianie się; chodzi o celebrowanie chwil przed zaśnięciem i tuż po przebudzeniu. Przed zaśnieciem: coś dobrego do wypicia (na przykład wielki kubek herbaty z melisą, kakako albo butelka wina), w gorszych momentach coś słodkiego (patrz punkt dziesiąty), poza tym książka lub film. Ewentualnie czasopisma w rodzaju „M jak mieszkanie” czy „Cztery Kąty” – ale tylko wtedy, gdy masz mocne nerwy. Tuż po przebudzeniu: śniadanie do łóżka (nawet jeśli śpisz na materacu w przedpokoju, a śniadaniem może być co najwyżej szklanka wody i kromka chleba z masłem, bo kuchnia chwilowo jest nieaktywna). Nieważne. Grunt, by przez krótki moment udawać, że to pięciogwiazdkowy hotel, a nie sam środek remontowej eksplozji.

Po trzecie: zwierzak. Zwierzak w czasie remontu to niezbędny element. Zwierzak (zwłaszcza pies lub kot) łagodzi nerwy, zmusza do oderwania się od prac (trzeba dać jeść, wyjść na spacer, wyczyścić kuwetę czy klatkę), wymaga chwili pieszczot i zabawy, a co najważniejsze – jako jedyny w całym domu nie jest niczemu winien. Nie on wpadł na kretyński pomysł remontowania, nie on kupił złe narzędzia, a nie kupił dobrych, nie on źle rozplanował robotę, źle wwiercił kołki, źle przykleił tapety, nie on wybrał idiotyczny kolor farby i za krótki pędzel do malowania. Nie on. I chwała mu za to.

Po czwarte: wyrwij się gdzieś sama, choć jednego dnia, choć na chwilę. Kawiarnia, park, kino, siłownia, cokolwiek – bylebyś pobyła sama, w czystym ubraniu (zamiast roboczego kombinezonu), porządnie umalowana (kosmetykami, nie kurzem) i uczesana (szczotką, nie zwisającymi z sufitu kablami), i mogła się zająć czymś zupełnie nieproduktywnym, za to przyjemnym oraz niewymagającym sprzątania (przynajmniej od Ciebie).

Po piąte: wyrwij się też choć raz z bliskimi. Nawet podczas największego remontu. Bo inaczej przez cały rok, aż do następnego urlopu, hasło „Nigdzie nie byliśmy podczas tamtych wakacji!” będzie powracać niczym bumerang, by popsuć atmosferę.

Po szóste: zrób zdjęcia największego syfu (przedremontowego albo remontowego); zdjęcia powiększ, wydrukuj w kolorze i powieś tak, by codziennie je widzieć. Każda chwila oddalająca Cię choćby na centymetr od tego megasyfu będzie chwilą błogosławioną.

Po siódme: kup sobie prezent przedremontowy (dla dodania sobie odwagi), remontowy (by zachęcić się do wytrwania) i poremontowy (by nagrodzić się za to, że nie pozabijałaś wszystkich dookoła w czasie robót); w trudniejszych sytuacjach rób sobie prezent po każdym etapie remontu (liczonym w działaniach, tygodniach, dniach albo godzinach). Koszty? No cóż, owszem, te prezenty spowodują dodatkowe koszty, ale pamiętajmy, że remont to ogólnie kosztowna sprawa.

Po ósme: w chwilach kryzysu puść sobie jakieś reality show w rodzaju „Koszmarni fachowcy” albo (jeszcze lepiej) animowany czeski serial „Sąsiedzi”. Od razu poczujesz wdzięczność do wszechświata za to, że u Ciebie takiego czeskiego filmu nie ma.

Po dziewiąte (gdy już poziom nerwowego napięcia sięga zenitu): zabaw się w domowego Monty Pythona. W końcu niemal każdą remontową sytuację można by przerobić na skecz angielskich komików, prawda? Ot, choćby remont jako domowe SPA: cement przygotowany do wylania posadzki świetnie się sprawdzi w roli maseczki na twarz, papier ścierny da się wykorzystać do peelingu ciała i usuwania cellulitisu, a wiercenie w ścianach, przenoszenie gruzu czy malowanie to doskonałe zastępniki pompek, podnoszenia ciężarów i robienia pajacyków. Wyobrażaj sobie, że tkwisz w samym środku odcinka „Latającego Cyrku Monty Pythona”, a Twoim zadaniem jest dorównać poziomem absurdu Johnowi Cleese’owi jako pracownikowi Ministerstwa Głupich Kroków. Nawet jeśli to nieszczególnie pomoże, przynajmniej na moment oderwiesz się od morderczych myśli okołoremontowych.

Po dziesiąte – gdy już napięcie trochę opadnie, ale nadal będzie dawało o sobie znać –masz do wyboru: wagę lub czekoladę. Dlaczego do wyboru? Bo są dwie możliwości: albo przez remont będziesz tak wściekła i zestresowana, że nie dasz rady normalnie jeść, a do tego będziesz harować fizycznie jak dzika, efekt – schudniesz lepiej niż po treningu Chodakowskiej. Wtedy wybierz poranne, sympatyczne randki z wagą (ale z niej uciekają kilogramy!). Albo – to druga opcja – przez remont będziesz tak wściekła i zestresowana, że jedynym, co zdołasz przełknąć i co zdoła Cię uspokoić, okaże się właśnie czekolada. Dużo czekolady. Bardzo dużo czekolady. Wtedy wybierz wieczorne, słodkie randki z tabliczką ulubionej marki i smaku (ale pyszna, zasłużona i uspokajająca!). Tylko pozbądź się wagi (czekolady nie lubią konkurencji). Oczywiście łagodnie, nie chcesz jej robić przykrości (a innym dawać powodu do gadania). O, na przykład postaw na niej – dosłownie na chwilę – kilka worków cementu, parę cegieł albo pudło z młotem pneumatycznym. Żadna szanująca się waga tego nie wytrzyma. I och, no cóż, trzeba ją wyrzucić i kupić nową. Ale to już po remoncie, bo wiadomo, remont pożarł wszystkie oszczędności. Coś tam jeszcze pozostało na czekoladę, ale czekolada to wydatek mniejszy, więc lepszy z punktu widzenia domowego budżetu. Na razie więc – słodkie tête-à-tête, nie ma wyjścia.

Przede mną najgorsze chwile tegorocznego megaremontu. Trzymajcie kciuki, by mój remontowy plan surwiwalowy pomógł mi je przetrwać…

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.