JAKA PIĘKNA (STERYLNA) KATASTROFA

Przepis na dobre wakacje? Dobra pogoda, dobre miejsce i… dobra książka. O ile na pogodę nie mamy wpływu, a wybrane miejsce potrafi czasem zaskoczyć (na minus), o tyle z książką sprawa jest o wiele prostsza. Często wystarczy własny czytelniczy nos, czasem ciekawy opis na okładce, a niekiedy niezła podpowiedź. I dziś właśnie mam ochotę coś podpowiedzieć. Podpowiedź jest przeznaczona (nie, nie „dedykowana”, niedługo nawet papier toaletowy będzie dedykowany do pupy, a kontener na gruz – dedykowany gruzowi właśnie, brrr)… wróćmy do meritum: jest przeznaczona dla miłośników thrillerów, sensacji, trzymających w napięciu historii kryminalnych z mocną nutą rozgrzebywania psychologii postaci. Oraz dla wielbicieli aranżacji wnętrz i osób hołdujących wnętrzarskiemu minimalizmowi w wersji maksi.

Jednym słowem, chcę Wam krótko opowiedzieć, dlaczego warto sobie urządzić wieczorny seans czytelniczy z „Lokatorką” J.P. Delaneya.

Na początek wyobraźcie sobie ultranowoczesne (bo „supernowoczesne” to stanowczo za słabe określenie) mieszkanie – takie, w którym wszystko nadzoruje komputer (od zamkniętych drzwi po stopień oświetlenia poszczególnych pomieszczeń, temperaturę wody podczas porannego i wieczornego prysznica etc.) na podstawie regularnej analizy Waszych nawyków, wykonywanych czynności i rytmu dobowego. Dodajcie do tego równie ultranowoczesny i ultraminimalistyczny wystrój – z dominującą bielą (choć w różnych odcieniach), sprzętami ograniczonymi do minimum, idealnie dobranymi drobiazgami (nawet sztućcami – o doskonale wyważonych proporcjach) i elegancką surowością. Dorzućcie jeszcze dobrą lokalizację, atrakcyjną okolicę. I uzupełnijcie to o śmiesznie małą jak na te warunki cenę wynajmu.

Brzmi jak baśń? Słusznie, to jest baśń – basń dla dorosłych, stworzona przez człowieka, który ma własną, nietypową, dość niszową i wręcz kontrowersyjną wizję zagospodarowania przestrzeni (a także stosunków międzyludzkich).

Aby jednak zamieszkać w tej baśni, trzeba spełnić pewne warunki, albo raczej: dostosować się do pewnych zasad. Bo zasad, nakazów i zakazów jest tu sporo. Najbanalniejsze to choćby zakaz trzymania w mieszkaniu zwierząt i dzieci. Nieco dziwniejsze (dla mnie, zaraz po zwierzętach, równie nie do zaakceptowania): zakaz trzymania książek (bo psują idealną sterylność i harmonię pomieszczenia). Nakaz regularnego wypełniania ankiety przygotowanej przez komputer (niewypełnienie grozi zablokowaniem wszystkich systemów, więc ani wody, ani prądu, ani ogrzewania nie będzie). Konieczność pogodzenia się z wizytami grup zwiedzających to mieszkanie. I coraz dziwniejsze: zakaz zostawiania ubrań na meblach lub gdziekolwiek poza szafą. Nakaz chowania wszlekich przedmiotów po ich użyciu (szampon albo mydło pod prysznicem? Won!). Obowiązek utrzymania stałego idealnego porządku. Zakaz umieszczania w mieszkaniu własnych mebli, ozdób etc. Zakaz zamontowania poręczy przy dość stromych i śliskich schodach (psuje koncepcję aranżacyjną, rozumiecie).

Dziwaczne i nie do przyjęcia? Spokojnie, najprawdopodobniej wcale nie będziecie musiały tego przyjmować. Bo przed dopuszczeniem do udziału w tej baśni czeka Was wypełnenie odpowiedniego podania dla ubiegających się o wynajem – podania, które składa się z bardzo wielu pytań, otwartych i zamkniętych, pytań dotyczących Waszych upodobań, Waszych potrzeb („wymień przedmioty, które są ci niezbędne do życia”), Waszych opinii, poglądów, możliwych wyborów („gdybyś miała możliwość udzielenia pomocy tylko raz, czy ratowałabyś swoje jedno dziecko, czy grupkę obcych dzieci?”) i całej masy spraw, które w gruncie rzeczy nie powinny właściciela mieszkania obchodzić. Ale tego obchodzą. Bo jest – jak jego mieszkanie – specyficzny.

Taką dziwaczną aplikację wypełnia Jane – i wygrywa ów swoisty konkurs na nowego lokatora wyjątkowego mieszkania na Folgate Street 1. Wcześniej taką aplikację wypełniła Emma – też z sukcesem. Emma mieszkała na Folgate Street 1 przez jakiś czas. Potem zmarła w tragicznych okolicznościach. Teraz do mieszkania wprowadza się Jane. Wyglądem przypomina Emmę. Nawiązuje romans jak Emma. Słyszy słowa, które słyszała Emma. Czy jej koniec też będzie taki, jak koniec Emmy?

Tego Wam nie powiem – powiem tylko, że wyjaśnienie historii i jej zakończenie wcale nie jest tak oczywiste, jak wydawałoby się na samym początku. Przyznam, że w moim odczuciu było nawet nieco rozczarowujące, choć losy i Emmy, i Jane mają swój sens oraz uzasadnienie. Może po prostu po wszystkich wydarzeniach, które trzymały w napięciu i wzbudzały coraz większy niepokój, rozdziały zamykające powieść są zbyt zwyczajne i banalne. Może. Może to tylko moje odczucie. Nie zmienia to jednak faktu, że „Lokatorka” jest świetnym thrillerem i trudno się od niego oderwać.

Jest w tym jednak coś więcej niż tylko kwestia „dobrego thrillera” – coś więcej, co być może stanowi o największym uroku i najważniejszej sile tej książki. Chodzi – nie śmiejcie się – chodzi o mieszkanie.

Zarówno Emma, jak i Jane zakochują się w mieszkaniu na Folgate Street 1 (choć ta druga nie uważa się z początku wcale za minimalistkę, a ta pierwsza stanowczo nią nie jest i nie ma szans kiedykolwiek się stać). Wiele innych osób też się w nim zakochuje (choć nie przechodzą procedury aplikacyjnej). I mimo że, jak podkreślają agenci nieruchomości, to bardzo specyficzne lokum, które nie każdemu przypadnie do gustu (zwłaszcza gdy się człowiek zapozna z listą nakazów i zakazów) – chętnych do wynajmu nie brakuje.

I wiecie co? Wcale się nie dziwię. Na mnie magia ascetycznego, doskonale logicznego i wymuszającego wręcz na swym lokatorze dążenie do perfekcji mieszkania również podziałała. Wciąż się zastanawiam, na ile to kwestia dobrego warsztatu pisarskiego Delaneya, tego nadzwyczaj plastycznego odmalowania lokalu na Folgate Street 1, na ile zaś uruchomiona w czytelniku tęsknota (mniej lub bardziej podświadoma) za mieszkaniem idealnym, będącym swoistym partnerem dla zamieszkującej je osoby. Na ile przekonały mnie do siebie te chłodne kolory, pomieszczenia zaprojektowane w sposób uwzględniający wszystkie potrzeby i aranżacyjne zachęto-przymuszenia do utrzymywania nieustannego porządku? Do jakich preferencji, potrzeb albo marzeń odwołała się (skutecznie!) myśl o mieszkaniu, które wręcz prowokuje do uruchomienia swego wewnętrznego perfekcjonisty i podjęcia wyzwania pod nazwą „idealnie w każdym aspekcie”? Czy mieszkanie na Folgate Street 1 to łapka na perfekcjonistów (nawet tych dobrze ukrytych i od dawna nieaktywnych), czy może każdemu potrafi zaszczepić gen perfekcjonizmu (lub chociaż ułudę „ja też mogę być perfekcyjna”, bo to bardziej pasuje do Emmy niż jakikolwiek perfekcjonizm, Emma obok perfekcjonizmu nawet nie leżała… jeśli nie liczyć pewnej jej nadzwyczajnej umiejętności, której jednak nie można zdradzić bez zepsucia przyjemności lektury)?

Nie wiem. Wiem, że – mimo oporów (zero książek? Kretyństwo! Zero psów? Barbarzyństwo!) – mieszkanie z „Lokatorki” oczarowało mnie bardzo szybko, po pierwszych rozdziałach, i nadal nie chce wyjść mi z głowy, w każdym razie nie tak zupełnie. Ugruntowało pewne aranżacyjne ciągoty, które dopadały mnie od jakiegoś czasu – ciągoty do surowego, oszczędnego, dość minimalistycznego stylu, coraz większa niechęć do mebli (poza tymi absolutnie niezbędnymi) i narastająca potrzeba porządku (choć pod względem bycia Panną Porządnicką wciąż bliżej mi, niestety, do Emmy niż do Jane). Myśl o tym mieszkaniu powraca do mnie często – jako swoista platońska idea mieszkania doskonałego, Mieszkania – wzorca wszelkich mieszkań, mieszkania – partnera w samorozwoju.

No cóż, Emma i Jane też tak to mniej więcej widziały. Ale Emma już nie żyje i tam nie mieszka. Jane też tam nie mieszka. Teraz na Folgate Street 1 mieszka Astrid. Jak długo? A, to już pewnie osobna historia…

Przeczytajcie w któryś wakacyjny wieczór „Lokatorkę” Delaneya. Choćby po to, by sprawdzić, czy Was również – i na ile wbrew Wam samym – oczaruje mieszkanie na Folgate Street 1. Bez obaw. Większość z Was – podobnie jak ja – i tak nie przeszłaby postępowania rekrutacyjnego dla potencjalnych lokatorów. Może pod jakimś względem to nawet pocieszające…

J.P. Delaney, „Lokatorka”, przeł. M. Gądek, Kraków 2017.

 

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.