JAKI KOLOR MA ŚMIERĆ?

Śmierć ma kolor matowy, jak oczy, które dotąd były czarne, błyszczące i pełne zaciekawienia (zwłaszcza gdy w pobliżu pojawiał się koperek albo sałata), a teraz patrzą bez celu, pozornie przed siebie, w gruncie rzeczy – nigdzie, patrzą w pełnym zmatowienia kolorze na świat, którego już nie widzą.

Śmierć ma kolor siny, jak łapki, które wcześniej były różowe, a teraz są sinosztywne, i jak różowo-białe pazurki, teraz już przemienione w sinoszare szpony.

Śmierć ma kolor wyblakły, jak brązowo-biało-czarne futerko na pupie, grzbiecie i pyszczku, które niby wcale się nie zmieniło – kolory są wciąż te same – ale straciło intensywność, straciło prawdziwość, jakby ktoś je starł brudną ręką.

Śmierć ma zapach łudzący – łudzący normalnością (to futerko nadal pachnie świnką, której już nie ma). Śmierć ma zapach niepokojący – doszukujesz się, a może już czujesz, a przynajmniej twoja głowa, twój smutek i twoje przewidywanie przyszłych osieroconych dni czują ten nieprzyjemny zapach ciała zmieniającego się powoli w to coś na „z”, w to „z”, które jest dobre w kryminałach i w odniesieniu do obcych istot, ale nie w twoim własnym domu i w stosunku do zwierzęcia, które kochasz. Śmierć ma zapach tych wszystkich bobków, których już nigdy nie sprzątniesz, tych wszystkich koniczynek, których już więcej nie przyniesiesz w zielonym bukiecie obiadowym, tych wszystkich ziół, karm i smakołyków, o które już nigdy nie poprosisz w sklepie z pełnym uśmiechu „A dla prośka wezmę…”.

Śmierć jest w dotyku zimna – zimna jak małe, okryte futrem ciało, które jeszcze wczoraj grzało ręce. Śmierć jest w dotyku sztywna i ciężka – jak to właśnie ciało, wcześniej giętkie i ciężkie w normalny, liczący siedemset gramów sposób. Śmierć jest w dotyku nieruchoma – tam, gdzie poprzednio był ruch łapek, teraz jest ich nieruchome wyciągnięcie przed siebie; tam, gdzie ostatnio pyszczek się unosił w górę i w dół, kręcił na boki i wyciągał w kierunku jedzenia, teraz spoczywa na rękach i wcale nie jest ciekawy, dlaczego te ręce nie przyniosły ogórka; tam, gdzie w młodości ciało robiło „popcorning” (zwłaszcza gdy znalazło się w świeżo sprzątniętej klatce albo dostało smakowitą zieleninę), teraz nie robi nic, nic poza upartym leżeniem.

Śmierć ma dźwięk ciszy, która zapadła nad klatką, ciszy, z której nie przebije się więcej odgłos łapek tuptających po żwirku ani pyszczka cmokającego wodę z poidełka. Śmierć ma dźwięk braku, bo gdy znów otworzysz lodówkę, zabraknie pełnego oburzenia i wyczekiwania „Kwiii!”, znaczącego mniej więcej: „Wiem, że otwierasz to miejsce, w którym jest moja sałata, daj sałatę, nie zjadaj mojej sałaty beze mnie!”. Śmierć ma dźwięk popiskiwania, które już się nie rozlegnie podczas wdrapywania się po twoim ramieniu i wtulania się we włosy, bo nikt już się po twoim ramieniu nie wdrapie i nikt się w twoje włosy nie wtuli.

Śmierć ma smak łez, które czasem docierają do ust, gdy patrzysz na jakieś prośkowe zdjęcie. Śmierć ma smak tych wszystkich warzyw, które odtąd zjesz sama, bez myśli „Podzielę się ze świnkiem”. Śmierć ma smak wyrzutów sumienia, gdy myślisz, że zrobiłaś za mało, poświęciłaś nie dość czasu, zbyt krótko głaskałaś, za rzadko mówiłaś, zbyt szybko się żegnałaś. Nieważne, ile w tym prawdy, a ile katowania się poczuciem winy, ten smak pozostanie, jeśli nie w ustach, to w głowie.

Świnka morska to zwierzę znacznie mniej „spektakularne” niż psy czy koty, zwłaszcza w domu, w którym poza nią są właśnie psy czy koty. Świnkę łatwiej przegapić w codzienności; zbudowanie kontaktu ze świnką jest inne pod względem czasu, sposobów, jakości. Nie gorsze – inne. Tak po prostu, zwyczajnie i nieosądzająco inne, tak jak inna jest świnka morska – ani świnka, ani morska, kawia domowa, gryzoń, zwierzak większy od chomika, a mniejszy od królika, bez ogonka, za to z zabawnymi aksamitnymi uszkami. Świnka morska, kolorowe futerko na czterech łapkach, kwiczące i popiskujące, robiące „popcorning” (takie śmieszne skoki połączone z kręceniem i trzęsieniem całym ciałem, oznaczające podobno radość, zachwyt, szczęście). Świnka morska, twoja świnka morska, która (już nie) wspina się po ramieniu, (już nie) wygląda z zaciekawieniem przez otwarte drzwiczki klatki, (już nie) rzuca się na garść koniczyny albo kawałek marchewki. Świnka morska, twoja nowa wyrwa w sercu, i to spora, bo choć świnka była mała, zostawiła po sobie pustkę nieprzyzwoicie dużych rozmiarów.

Świnka morska ma własne sposoby bycia z tobą; ma własne sposoby zarządzania tobą. To „świnkowy terror domowy”: pełen pokwikiwania sygnalizującego głód (nawet gdy świnka jest objedzona po brzegi); wyrzucania z miseczki tego, czego żaden szanujący się prosiak nie zje (bo akurat ma taki kaprys); ignorowania złej odmiany siana (i już wiesz: żadnych smakowych z dodatkami, wyłącznie najbardziej podstawowa, klasyczna i nieudziwniona forma, bo twoja świnka jest zatwardziałą konserwatystką i nie będzie tolerowała jakichś fanaberii siankowych); ale to też świnkowa mała arkadia, gdy twój palec jest delikatnie, po koleżeńsku podgryzany, gdy twoje włosy stają się dobrą przytulanką, w której można się zanurzyć, gdy twoje wejście do pokoju podrywa wylegującego się na żwirku prośka i zachęca go do wykonania kilku dziwacznych, śmiesznych skoków po klatce. To świnkowa codzienność, w której dbałaś i kochałaś, nawet jeśli na fejsa wrzucałaś mniej zdjęć niż w przypadku psa; codzienność, w której było sprzątanie klatki, wyprawy do weta i podawanie witaminy C; codzienność, której oczywisty element stanowiło owo „Kwi!” w jakimś momencie dnia, „Kwi!” powtarzane, nieustanne, niepodważalne. „Kwi!”, które ci się zwyczajnie należało i którego nic nie miało prawa ci zabrać.

„Et in Arcadia Ego”, kto pamięta ten obraz Poussina? No właśnie.

Najsmutniejsze w śmierci kochanego zwierzaka jest to, co w śmierci bliskich zawsze jest najsmutniejsze – że świat istnieje dalej, wciąż funkcjonuje normalnie i nawet następnego dnia możesz się, zupełnie niechcący i wcale niezamierzenie, uśmiechnąć, pomyśleć „O, to ładne”, poczuć wdzięczność, że ktoś cię objął, przepuścił na pasach, spróbował zrozumieć. To koszmarne, bo chciałabyś, żeby świat się choć na chwilę zatrzymał, żeby wszystko się wszystkim i wszędzie choć na minutę zawaliło, tak jak tobie się zawaliło, gdy weszłaś po południu do pokoju, by przywitać się z prośkiem, a prosiek leżał na boku, tak cichy, nieruchomy i poszarzały, jak wcześniej był głośny, ruchliwy i kolorowy. To – w ostatecznym rozrachunku, o którym wcale nie chcesz teraz myśleć i który wcale nie stanowi nawet mizernego pocieszenia – dobre, bo przecież życie jest dalej, nawet jeśli to, że jest dalej, bywa tak bardzo niesprawiedliwe. To zwyczajnie naturalne, tak jak naturalne jest to, że i życie, i śmierć możesz poczuć aż do zachwytu lub aż do bólu wszystkimi pięcioma zmysłami, tylko że to drugie – odczuwanie zmysłami śmierci – wygląda na ponury, nieudany i zwyczajnie niesmaczny żart jakiegoś idioty, który pod nieobecność kompetentnej osoby dobrał się do pisania codziennego scenariusza. I oczywiście musiał schrzanić robotę.

To naturalne, a filozofie, religie i ludowa mądrość mówią, że trzeba być na to przygotowanym, trzeba się z tym pogodzić, trzeba z tym żyć jak z każdą inną sprawą. I może to właśnie – to, że śmierć, utrata i brak są tak bardzo naturalne – jest najbardziej wynaturzoną, nienormalną i niemoralną rzeczą, z jaką trzeba się w życiu zmierzyć. A mimo to, wciąż – naturalną. Naturalną, cholera, do bólu.

Przekonałam się (nie pierwszy raz ani nie ostatni – co mnie wcale nie pociesza) o tej naturalności do bólu. Tak jak przekonałam się (też nie pierwszy raz ani pewnie nie ostatni), że człowiek, który pisze, jest hieną żerującą na wszystkim i wszystkich wokół siebie; hieną, a może (jednocześnie?) niedzielnym autoterapeutą, który przetrawianiem wydarzeń na słowa próbuje (udolnie? Nieudolnie? Czy to w ogóle ma znaczenie?) przetrawić własne uczucia, potrzeby, radości i (szczególnie) niepokoje. Skutek? Bo ja wiem? Wszystko i tak zostaje, może tylko w innym ułożeniu, bo nazwane. Spróbujmy jeszcze raz: skutek? Ja pozostanę hieną, żerującą na wszystkim, co mnie spotyka, i przetrawiającą to na słowa (w głowie, na papierze, w pliku). Qwilla już nie będzie, ale pozostanie tekst przypominający, że był kochaną świnką, zabawnym prośkiem, wspaniałym futrzanym zwierzakiem; tekst, który mu się zwyczajnie należał.

Może dobre chociaż tyle. Nie wiem.

fot. Qwill, archiwum prywatne

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.