Zaczęło się na uczelni, wbiegając spóźniona do pełnej sali osób, zajęłam miejsce obok znajomej, którą kojarzyłam z innych zajęć. Zdyszana, rozpakowując swoje klamoty, czuję niecierpliwe poszturchiwanie z jej strony. – Ania, nie uwierzysz, kogo widziałam na uczelni –zwróciłam w końcu na nią uwagę, gdyż jej szept był pełen przejęcia i ekscytacji. Może jakiś znany profesor przyjechał na konferencję, a może jakaś dawno niewidziana koleżanka w końcu się pojawiła? – Jasia. Widziałam Jasia, na dole przy szatni! – z zakłopotaniem przyglądałam się jej rozemocjonowanej reakcji. Jaś. Nerwowo w głowie przelatują mi wszystkie możliwe Jaśki, które znam, i które ona zna. Kto mógłby wywołać taką reakcję? Chyba zeszłej jesieni spotykała się z jednym Janem, może już wrócił ze Stanów? Chociaż nie, przecież już rozpoczęła namiętny romans z Krzysiem, więc nudny Janeczek nie wzbudziłby u niej aż takich emocji. A może chodzi o naszego wykładowcę? Tego łysawego, który tak bardzo dał nam się we znaki podczas ostatniej sesji. Zrezygnowana pytam jej się w końcu, jaki to tajemniczy Jaś pojawił się na naszej uczelni? – Jaś ! No, ten z „W pustyni i Puszczy”, kolega Nel – moje parsknięcie śmiechem i nerwowy chichot zupełnie wyprowadzają ją z równowagi.

Właściwie to nie wiem, co bardziej mnie wtedy rozśmieszyło, jej pomyłkowa zamiana Jasia ze Stasiem, czy też to, jak można zareagować na znaną z telewizji twarz? Adam, aktor grający owego Stasia, jest moim wieloletnim znajomym, dlatego też reakcja mojej znajomej wydała mi się śmieszna. Przypomniałam sobie jednak o swoich reakcjach, gdy spotkałam kogoś w moim mniemaniu ważnego, znanego, rozpoznawalnego. O, jak niesamowitym przeżyciem było poznanie Claudii Schiffer, niemieckiej topmodelki z lat dziewięćdziesiątych. Co prawda, uścisnęła mi tylko rękę i się uśmiechnęła, ale jaki to był uśmiech! Przez kilka dni dochodziłam do siebie po tym zdarzeniu. To spotkanie mogę porównać tylko z jednym – kolacją z jednym z najbardziej znanych piłkarzy, czyli z Davidem Beckhamem. Jasne, nie była to romantyczna kolacja przy świecach dla dwojga, gdyż towarzyszyło nam także dwadzieścia innych osób. Oczywiście, nie udało mi się zamienić z nim słowa, gdyż był zbyt zajęty rozmową ze swoim przyjacielem, znajomym mojego znajomego. Nie, nie sądzę, żeby mnie zapamiętał (David, jeśli to czytasz, pamiętaj, ja wciąż czekam na ten telefon). Przechodząc obok mojego krzesła musnął moje ramię. Tak, moje ramię. Konkretnie to prawe. Jestem przekonana, że uwiecznione na freskach w Kaplicy Sykstyńskiej połączenie palców Boga z Adamem nie wywołało u nich tyle emocjami, które przeżyłam w tamtym momencie ja. Szkoda, że jednostronnie, ale myślę, że starczyłoby tych uczuć na obdarowanie tej 32 pozostałej dwudziestki osób przy stole. Najdziwniejsze było jednak to, że nic się nie wydarzyło. Ramię nie obrosło mi piórkami, nie pokryło się złotem. A David przeszedł sobie spokojnie dalej. Zauważyłam, że wcale nie jest taki wysoki, jak mi się na początku wydawało. Owszem, robi wrażenie, jednak czy zwróciłabym na niego uwagę, gdyby nie miał statusu bożyszcza kobiet? Wątpię.

Teraz myślę, że mój znajomy, któremu opowiadałam z tak wielkim przejęciem o tym wydarzeniu, czuł się tak samo jak ja, gdy moja koleżanka opowiedziała mi o spotkaniu z Jasiem. Znając kogoś „znanego”, nie patrzymy na tę osobę już w ten sam sposób, co „zwykli” ludzie. Nie rozumiemy całej tej otoczki, którą wokół siebie roztacza, to, jak działa na obcych ludzi. Dla nas jest zwykłym kumplem, kolegą, znajomym. Doceniam jednak władzę, jaką daje nam twarz, którą rozpoznają tłumy. Nie ma tak naprawdę znaczenia, co ta osoba mówi, jak się zachowuje. Sama jej obecność robi wrażenie. Wydaje mi się, że gdyby nawet Claudia zaczęła w momencie spotkania kwiczeć i kręcić się wokół własnej osi, zostałoby to uznane za zwykłą fanaberię gwiazdy, i mimo wszystko nadal wzbudzałaby niesamowite emocje. Teraz myślę, że David jednak nie jest żadnym bożkiem, który dotknął mojego ramienia i nadał sens mojemu życiu. Tak jak każdy z nas, je kolacje, spotyka ze znajomymi, dłubie w zębach i nosie. Uświadamiając to sobie, zyskujemy przewagę nad dzikim tłumem biegnących po autografy fanów. To, że ktoś zagrał znaczącą rolę, ładnie kopnął piłkę czy też jest dobrze śpiewa, nie czyni go nadczłowiekiem. Tak naprawdę różni się jedynie tym, co udało mu się dokonać. Nie jest to w żaden sposób odkrywcze, ale uświadomienie sobie tego zajmuje trochę czasu. Najgorzej jednak, jeśli sama „gwiazda” zaczyna myśleć o sobie w ten sposób, a otoczenie zapewnia ją o jej wyjątkowości. Dzięki temu możemy podziwiać w telewizji wszystkie ambitne programy rozrywkowe z najwyższej półki, gdzie gwiazdorzy tańczą, śpiewają, żonglują i robią wszystko to, czym nie zajmują się na co dzień. Wieś tańczy i śpiewa, a widzowie się bawią. Jednak, nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Nawet, jeśli wcześniej ta otoczka wyjątkowości istniała, to po każdym kolejnym wygibasie na parkiecie i opowiadaniu o swoich kolejnych miłostkach na forum publicznym, jedna warstewka tej otoczki odpada. Promowanie się w tego typu przedstawieniach zazwyczaj też nie powoduje lawiny ambitnych propozycji ról do grania w teatrze, piosenkarza nie zalewa wybitnymi utworami na skalę światową, a sportowca nie przybliży do medalu olimpijskiego.

Stoję sobie na światłach w oczekiwaniu na zielone, spoglądam na samochód obok. Obok mnie pojawia się drogi wóz sportowy, za
kierownicą siedzi przystojny aktor, 33 którego kojarzę z kilku kasowych ról w kinie. Odwzajemniam przesłany mi uśmiech i odwracam głowę. Bo i po co miałabym się na niego dalej przyglądać? Kątem oka widzę niezadowolenie i poruszenie w sąsiednim aucie, jakie wywołał brak mojej reakcji. A ja? Zauważyłam po prostu drugiego człowieka. Nawet, jeśli uważa się za boga.

 

Autor: Anna Bajus

O autorce: Anna Bajus –   absolwentka psychologii klinicznej oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Żyje z pasją i uważnością. Mama żywiołowego dwulatka. Zawodowo zgłębia problematykę „mindfulness”, prywatnie rodzicielstwa bliskości. Odpręża ją lektura książki „Ania z Zielonego Wzgórza” i spacery po lesie.