JEDNOŚLADOWE KOSZMARY

Sporo się mówi o wściekłych kierowcach czterech kółek; ciekawa jestem, czy ktoś się kiedyś zastanawiał nad wściekłością, w jaką wpadają kierowcy dwóch kółek? Wbrew pozorom nie tylko prowadzenie samochodu, lecz również jazda rowerem potrafi wywołać taki skos ciśnienia i takie nerwy, że zapanowanie nad sobą wymaga niemal cudu. I to nie z powodu problemów z infrastrukturą – choć oczywiście dziurawe lub wyłożone paskudnymi kocimi łbami ulice czy chodniki wołają o posmtę do nieba, a brak ścieżek rowerowych zmusza do różnych kombinacji; i nie z powodu czynników pogodowych – mimo że deszcz jest mało przyjemnym dodatkiem do zawziętego pedałowania, a wiatr, zwłaszcza wiejący w twarz, skutecznie niszczy przyjemność przejażdżki; ani z powodu kłopotów parkingowych – wprawdzie czasem się zamruczy coś mało kulturalnie na widok nieistniejących miejsc do przypięcia roweru albo podczas targania tegoż roweru po schodach, ale powiedzmy, że i w tym, i w poprzednich przypadkach jakoś da się przejść do porządku dziennego nad różnymi niedogodnościami. Nie, to nie ulice, pogoda czy parking rozwścieczają rowerzystę najbardziej; elementem odpowiedzialnym za najpoważniejszą rowerową wściekłość są bowiem… inni ludzie. Co w gruncie rzeczy nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, bo nic tak nie wkurza ludzi jak inni ludzie.

Gdy zaczynałam regularne rowerowe wyprawy do pracy, spodziewałam się, że największą zmorą będą dla mnie kierowcy samochodów.

Paradoksalnie – jest zupełnie na odwrót. To właśnie w kontaktach z kierowcami mam najmilsze doświadczenia: wielokrotne zatrzymywanie się przed pasami, przy wyjazdach ze sklepów czy podobnych miejscach, nieraz cofanie się, żebym mogła przejechać lub przejść z rowerem, jednym słowem – samochodowa uprzejmość i życzliwość dla zmotoryzowanej uboższej o dwa kółka. Domyślam się, że te z mojego punktu widzenia miłe zachowania są po części dyktowane przezornością i ostrożnością, może nawet irytacją („Znów jakiś cholerny rowerzysta! Lepiej go puszczę, bo inaczej właduje mi się pod koła, i jeszcze się cofnę, żeby mi drań nie porysował karoserii tym swoim pożal się Boże rowerzyskiem”), ale przyjmuję je z całym dobrodziejstwem inwentarza, nie wnikając w intencje. Oczywiście, parę razy kierowcy także mnie zdenerwowali: raz trafił się średnio rozgarnięty starszy pan, który najpierw wyjechał do połowy z posesji i zastawił cały chodnik oraz ścieżkę rowerową, po czym poleciał jeszcze po coś do domu, innym razem – jeszcze mniej rozgarnięty kierowca płci nieznanej, który zaparkował na całym chodniku tak, że musiałam zejść z roweru i przecisnąć się na piechotę, natomiast osoba z wózkiem dziecięcym czy na wózku inwalidzkim musiałaby albo zeskoczyć na ulicę, albo przeskoczyć auto. Jednak w porównaniu z liczbą kierowców rozsądnych, uważnych i życzliwych tamto to tylko wyjątki potwierdzające regułę.

Ku mojemu zaskoczeniu prawdziwym koszmarem rowerzysty okazują się piesi oraz… inni rowerzyści. Chwilami naprawdę nie wiadomo, co gorsze. Po dwóch miesiącach jeżdżenia rowerem przeciętnie dwadzieścia kilometrów dziennie stworzyłam sobie prywatny ranking Ludzkich Koszmarów Rowerowych. Zacznijmy od podkategorii Ludzkie Koszmary Rowerowe bez Roweru.

Chodnikowa Ofelia: zwiewne dziewczę w wieku licealnym lub wczesnstudenckim. Znaki rozpoznawcze: modnie podarte spodnie, wciśnięte w uszy słuchawki od komórki, zamknięte oczy. Z uszami zatkanymi muzyką i oczami zasłoniętymi powiekmi Chodnikowa Ofelia wędruje chodnikiem w prawo, w lewo, na ukos i do tyłu, kompletnie odcięta od przyziemnego świata. Jak każda Ofelia, Chodnikowa Ofelia również ma ciągoty samobójcze, ale dobrze wie, że zbyt długi kontakt z wodą owocuje pomarszczoną skórą, więc trzeba wybrać coś bardziej efektownego – najlepiej władowanie się komuś pod nogi lub koła. Rowerzysta może sobie dzwonić dzwonkiem jak szalony, może robić slalom godny zawodowego biegacza i przewidywać trajektorię snucia się Chodnikowej Ofelii niczym wojskowy strateg – wszystko na nic, w ostatniej chwili Chodnikowa Ofelia, wiedziona nieomylnym instynktem, i tak wlezie pod rower, choćby miała w tym celu przebyć jednym susem pięć metrów. Jeśli, ku jej olbrzymiemu zawodowi, nie zdoła dać się rozjechać jak naleśnik, spojrzy na rowerzystę pełnymi żalu i wyrzutu oczami. Po czym te oczy zamknie i znów zacznie polować na swoje przeznaczenie.

Zalecenia: omijać jak największym łukiem, z jak największej odległości. Jeśli to niemożliwe – zaleca się zejść z roweru i przejść obok Chodnikowej Ofelii, również przy zachowaniu sporego odstępu. Ewentualnie – wersja dla akrobatów – można przejechać obok i wyrwać Chodnikowej Ofelii słuchawki z uszu. Okrzyk „Geronimo!” nieobowiązkowy.

Tatusiek z Wózkiem Obok: to ważne, że obok. Mijałam rowerem wiele kobiet pchających wózki z dzieciakami i nie miałam z nimi problemu; jednak Tatusiek z Wózkiem Obok to osobna kategoria wózkowa, bardzo specyficzna. Tatusiek wędruje po ścieżce przy Lasku Arkońskim. Ścieżka jest taka, że dwóch pieszych zmieści się spokojnie, a obok po części rowerowej przejadą dwa rowery. W normalnych warunkach. Niestety Tatusiek z Wózkiem Obok preferuje warunki mniej normalne, w związku z czym on sam zajmuje dobrze ponad połowę ścieżki dla pieszych, a obok – uwaga, ważne: obok! – siebie prowadzi wózek, ustawiony tak, żeby zajmował nie tylko resztę części dla pieszych, lecz również część części dla rowerów. W ramach troski o potomka Tatusiek z Wózkiem Obok rozmawia też przez telefon, co pomaga mu ignorować ostrzegawcze dzwonki rowerzystów. Zachodzi podejrzenie, że Tatusiek z Wózkiem Obok prowokuje wypadki ścieżkowe w celu zebrania kapitału na kształcenie siedzącego jeszcze w wózku malucha.

Zalecenia: jechać skrajem tej części ścieżki rowerowej, która nie leży w zasięgu wózka. Objechać szybko, zanim Tatusiek z Wózkiem Obok się zorientuje, że coś jedzie, i spróbuje zahaczyć o to wózkiem. Opanować pokusę krzyknięcia: „Jak prowadzisz ten wózek, głupku, i przestań gadać przez komórkę, tylko pilnuj dziecka!”, bo Tatusiek z Wózkiem Obok poczuje się słusznie obrażony – on przecież tylko dba o zabezpieczenie przyszłości potomstwa. A obrażony, może tym wózkiem – nie bacząc na potomstwo – przyłożyć.

Pijaczyna Zygzakowata: starszy pan w stanie upojenia alkoholowego na tyle słabego, że może chodzić i na tyle mocnego, że nie może chodzić prosto. Funkcja audio również trochę zachwiana, w związku z czym zachodzi prawdopodobieństwo, że nie usłyszy ostrzegawczego dzwonka rowerowego. Pijaczyna Zygzakowata jest mniej groźną formą niż Chodnikowa Ofelia – mimo wszystko może coś słyszeć i nie wędruje z zamkniętymi oczami, wykazuje też niższy poziom nieprzewidywalności kierunkowej. Jak sama nazwa wskazuje, Pijaczyna Zygzakowata chodzi zygzazkiem, przy czym zygzak ten z reguły jest dość wolny, regularny i po chwili uwagi da się stwierdzić, w którym momencie można Pijaczynę Zygzakowatą ominąć bez większych przeszkód. Co więcej, Pijaczyna Zygzakowata reaguje nieraz dość empatycznie na krzyk „Przepraszam!” – odwraca się, odsuwa, niekiedy nawet kłania się z rozmachem. Mimo wszystko należy mieć się na baczności: nigdy bowiem nie wiadomo, czy Pijaczyna Zygzakowata, wyrwana ze swojego zygzakowatego letargu dzwonkiem lub okrzykiem, nie uskoczy akurat w tę stronę, z której rowerzysta nie spodziewał się zagrożenia.

Zalecenia: dzwonić i krzyczeć już z daleka, a potem objechać sporym łukiem. Jeśli Pijaczyna Zygzakowata się kłania, uważać – może niechcący zahaczyć ręką bądź głową o rower. I będzie problem.

Właściciel Całego Chodnika: wprawdzie założenie jest takie, że na przeciętnym chodniku powinny się przeciętnie zmieścić dwie przeciętne osoby (idące przeciętnie w dwie różne strony), tak jak na przeciętnej ulicy powinny być dwa pasy dla dwóch samochodów jadących w dwóch kierunkach – ale Właściciela Całego Chodnika to nie dotyczy, ona (lub on) idzie raz jedną stroną, raz drugą, a najczęściej i najchętniej – środkiem. Ludzie mijający Właściciela Całego Chodnika muszą się jakoś ścieśnić i przecisnąć tą resztką lewej lub prawej strony, która została wolna; i nie powinni zgłaszać żadnych uwag, skarg czy zażaleń, nie wystarczy im zaszczyt, jaki ich spotkał? Mogli iść chodnikiem należącym do Właściciela Całego Chodnika! Czyż taki honor nie jest wart odrobiny niewygody? A poza tym niech docenią, jaki ludzki pan z tego Właściciela Całago Chodnika – pozwolił przejść kawałkiem swego chodnika, a mógł przecież zepchnąć na ulicę lub ogrodzenie.

Zalecenia: przenieść się na chodnik po drugiej stronie ulicy (na szczęście Właściciel Całego Chodnika nie opanował jeszcze umiejętności bilokacji). Zalecenie dotyczy i pieszych, i rowerzystów, i kobiet z wózkiem dziecięcym, i ludzi na wózkach inwalidzkich, i starszych pań o kulach, i ratowników biegnących z ofiarą wypadku na noszach. Dla Właściciela Całego Chodnika nie ma wyjątków. Wyjątkowy może być tylko on.

Tyle piesi. Teraz czas na crème de la crème – kategoria Ludzkie Koszmary Rowerowe też z Rowerem!

Jednośladowy Biznesmen: nawet na rowerze załatwia biznes życia – tak przynajmniej można wnioskować, skoro jest przyklejony na stałe do telefonu. Jedna ręka na kierownicy, druga na telefonie. Ewentualnie jedna ręka na telefonie, a druga wszędzie, tylko nie na kierownicy. Tempo jazdy w miarę regularne i niezbyt szybkie, za to występuje chwiejność i kompletne nieprzygotowanie na element zaskoczenia (Ooo… samochód? Na przejeździe?! Ooo… pieszy? Na chodniku?! Ooo… drzewo? W lesie?! Jakim cudem i jakim prawem?!).

Zalecenia: krzyczeć „Uwaga!” jak najgłośniej, by przekrzyczeć telefon. Przy omijaniu nie zdejmować palca z dzwonka. Darować sobie uwagi „Nie gada się przez telefon na rowerze!”, bo Rowerowy Biznesmen, zajęty poważnymi biznesami, i tak nie usłyszy.

Dwukołowy Struś Pędziwiatr: ma prędkość warp jeden, a jego życiowym marzeniem jest osiągnąć co najmniej warp pięć. Aby to zrobić, pedałuje zawzięcie i za nic ma wszelkie przeszkodzy. Czy to deszcz, czy to wiatr, czy czerwone światło, czy piesi, czy skręcająca właśnie na skrzyżowaniu ciężarówka, czy inny rower – nieważne, nic nie zatrzyma Dwukołowego Strusia Pędziwiatra. Wyznaje on własną wersję motta niektórych naszych polityków „jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów”; w wersji rowerowej brzmi ono: jeśli ruchome i nieruchome obiekty przeczą możliwości mojego przejechania przez dane miejsce, tym gorzej dla obiektów i dla miejsca. Jeżeli na drodze Dwukołowego Strusia Pędziwiatra stanie słoń, Dwukołowy Struś Pędziwiatr wjedzie w tego słonia i przezeń przejedzie. Możesz współczuć słoniowi, ale Dwukołowego nie zmienisz.

Zalecenia: jeśli jedzie przed tobą, nie wyprzedzaj – on i tak znów cię wyprzedzi, niewykluczone, że w dość bolesny sposób. Jeśli jedzie za tobą – zjeżdżaj mu z drogi, choćby w krzaki lub pod koła ciężarówki! To i tak bezpieczniejsze niż spotkanie pierwszego stopnia z Dwukołowym. Jeśli jedzie równo z tobą – zasnęłaś na rowerze i masz koszmary, w  rzeczywistym świecie Dwukołowy Struś Pędziwiatr nigdy nie będzie jechał równo z tobą, może być jedynie za tobą – przez chwilę, zanim cię przegoni – lub przed tobą, przez chwilę, zanim zniknie z horyzontu. Więc lepiej się obudź i rozejrzyj, bo może już najwyższy czas dla własnego dobra skręcić w krzaki.

Rowerzysta z Maluchem: czyli rodzic na rowerze plus dziecko na rowerze. Teoretycznie miły widok, praktycznie częsty problem. Rodzic z dzieckiem na rowerze zachowuje się nieraz tak, jak rodzic z dzieckiem w autobusie czy tramwaju podczas wsiadania albo wysiadania: no, kochanie, teraz jedna nóżka na schodek / ze schodka, teraz druga nóżka na schodek / ze schodka, teraz nóżka na drugi schodek… Owszem, dziecko musi się nauczyć wchodzić i schodzić po schodach, również w komunikacji miejskiej, ale na litość boską – nie w godzinach szczytu, kiedy tłum ludzi chce wysiąść, tłum ludzi chce wsiąść, jest tłoczno, gorąco lub zimno i wszyscy są spóźnieni pięć minut ze wszystkim! W takiej sytuacji nie celebruje się z dzieciakiem jego wchodzenia czy schodzenia po schodach, tylko bierze się małego pod pachę i wchodzi / schodzi się samemu. Podobnie na rowerze – można sobie jechać rodzinnie, rower obok roweru i w tempie ślimaka, po ścieżce, lesie czy w leniwą niedzielę, ale nie w godzinach szczytu po chodniku, tak by i inni rowerzyści, i piesi kombinowali, jak tu się przedostać przez słodki rodzinny duet.

Zalecenia: dzwonić dzwonkiem z daleka. Jechać po stronie rodzica, nie malucha (bezpieczniej). Omijać dopiero wtedy, gdy rodzic da dziecku znać, że ma ono zjechać i gdzie ma zjechać. Zbyt wczesne omijanie jest ryzykowne – dziecko na rowerze, jako mniej ogarniająca sytuację jednostka, bez rodzicielskiego pokierowania może władować się kołami pod twoje koła.

Jednoręka Mamuśka: z dwojga złego wolę już Rowerzystę z Maluchem niż Jednoręką Mamuśkę, bo rodzic na rowerze z dzieciakiem na rowerze przynajmniej tego dzieciaka w miarę pilnuje i w ramach pilnowania kontroluje, co się dzieje wokół. Jednoręka Mamuśka to inna historia: sama wiezie dziecko, w foteliku z tyłu, więc kontrolę, rzecz jasna, ma pełną nad wszystkim – tak pełną, że może sobie zafundować telefoniczną pogadankę z koleżanką, w końcu jedna ręka do prowadzenia roweru wystarczy; co tam, że z tyłu jest dziecko, które, w przeciwieństwie do fotelika, do nieruchomego wyposażenia akurat nie należy i może cokolwiek zachwiać równowagą roweru. Co tam, że jedną ręką rower prowadzi się nieco chwiejnie, krzywo i niepewnie. Co tam, że wokół chodzą i jadą inni ludzie. Jednoręka Mamuśka jest ponad to. I co tam, że gadanie przez telefon utrudnia skupienie się na drodze i kontrolowanie sytuacji – Jednorękiej Mamuśce droga i podporządkowana sytuacja po prostu się należą, bo przecież ona jedzie z dzieckiem. A spróbuj zwrócić uwagę, że postępuje nieodpowiedzialnie i naraża dziecko – pożre cię żywcem. Gdy tylko skończy gadać przez telefon.

Zalecenia: omijać z daleka. Traktować jak skrzyżowanie Chodnikowej Ofelii, Pijaczyny Zygzakowatej i Rowerowego Biznesmena, tylko groźniejsze i bardziej jadowite. Współczuć wiezionemu maluchowi, bo Jednoręka Mamuśka prędzej czy później się wywali i w ramach odmiany zamiast telefonicznej pogadanki zafunduje sobie jednokołowy rower albo jednozębne dziecko.

Istnieje jeszcze sporo odmian Ludzkich Koszmarów Rowerowych bez Roweru i też z Rowerem, ale powyższe to te najbardziel spektakularne i interesujące formy. Warto było się przesiąść na rower, by je poznać.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.