Rozmawiam z arcy skuteczną, bezkompromisową kobietą. Bożena Zarecka to człowiek instytucja, kobieta, która każde doświadczenie, dobre czy złe potrafi pozytywnie wykorzystać, działając na rzecz lokalnych społeczności. Dziś mogłaby spokojnie zasiąść na swojej werandzie i odcinać kupony życiowego doświadczenia, odpocząć, bo życie nie raz ją poważnie doświadczyło. Jednak nadal działa i odnosi się wrażenie, że końca nie widać. Ma wyjątkowy dar  postrzegania otoczenia z szerszej perspektywy. Dzięki temu zajmuje się w skali mikro, makroprocesami społecznymi. Po tej rozmowie chce się wstać i działać. Tego Państwu życzymy po lekturze.

A.B: Zacznę od początku, czyli od czasów młodości. Jak to się zaczęło. Skąd zmysł przedsiębiorczości? Jak się żyło na wsi kiedyś. Jest  różnica, między dawnym życiem jakieś 30 lat temu, kobiet w małych miejscowościach i na wsiach, a dzisiaj?

BZ.: Jestem z zawodu nauczycielką. Mieszkałam tutaj, w Łobzie, gdzie pracowałam w szkole podstawowej jako rusycystka i nauczycielka nauczania początkowego. Bardzo sobie cenię to szkolne doświadczenie. Pracowałam też w nadzorze pedagogicznym jako zastępca inspektora oświaty, co było dla mnie bardzo intensywnym doświadczeniem, gdyż awans przyszedł niespodziewanie szybko – na początku mojej kariery zawodowej. Chociaż bardzo lubiłam pracę z dziećmi, to jednak praca w administracji okazała się dla mnie bardziej pociągająca.

A.B. W jakim wieku?

BZ.: Miałam chyba ze trzydzieści lat. Byłam aktywną nauczycielką.

AB.: To faktycznie najmłodsza w urzędzie…

BZ.: Praca w administracji spodobała mi się bardziej, niż praca dydaktyka w szkole – ta przestrzeń zaczęła mnie bardziej pociągać.

AB.: Czyli misja w duszy grała…

BZ.: Poczułam energię, możliwość kreowania rzeczywistości, samodzielności w podejmowaniu decyzji. Dodatkowo zaczęłam studiować, zmieniać kierunki/ specjalności nauczycielskie, bo czułam, że praca na jednym stanowisku to nic stałego, nie jest stabilna, i że trzeba szukać nowych możliwości.

AB.: Chyba nie wszyscy pracownicy szkoły tak myśleli?

BZ.: Pan dyrektor dziwił się, że chcę zmienić specjalność nauczycielską. Ja byłam rusycystką i wiedziałam, że jeden kierunek w zawodzie ogranicza moje możliwości. Dlatego zawnioskowałam do dyrektora o zgodę na zaoczne studiowanie (wówczas należało się o to pytać). Wybrałam nauczanie początkowe, potem – terapię pedagogiczną. Potrzebowałam rozwoju i czułam, że trzeba szukać nowych możliwości.

AB.: Zmysł przedsiębiorczyni zadziałał?

BZ.: Myślę, że potrzebę zmian, poszukiwania swojej drogi wyniosłam z domu rodzinnego. Jestem wychowana w małym miasteczku, w Łobzie, ale pochodzę z gospodarskiej rodziny. Moi dziadkowie zajmowali się niewielkim gospodarstwem rolnym. Obserwowałam pracowitych dziadków, ich zaradność i przedsiębiorczość, poznawałam to od początku – od surowych podstaw, prostych prawd, że wszystko trzeba sobie samemu zorganizować, nic nie spada z nieba.

AB.: Przedsiębiorczość nie wyuczona a organiczna…

BZ.: Nauczyłam się (a raczej życie mnie nauczyło), żeby aby być niezależnym, należy tworzyć samemu. Nie pamiętam, by dziadkowa narzekali. Każdy sam zajmował się w domu tym, co trzeba. Co dzień obserwowałam pracujących ludzi. Rodzice pełnili w swych zakładach pracy funkcje kierownicze, ale poza pracą zawodową pracowali na gospodarstwie lub w polu. Dzieci (w tym: ja) były obligatoryjnie włączane do zajęć. Dla mnie był to dobry życiowy przykład.

AB.: I nikt nie krzyczał, że dzieci są wyzyskiwane. Po prostu szły rano na pole i kropka.

BZ.: Tak było. Nie lubiłam tej fizycznej pracy. Miałam swój sposób, żeby się od niej “wymigać”. Gdy babcia zachęcała mnie, by iść na wykopki, ja mówiłam, że mam… zadaną przez nauczycielkę książkę do przeczytania. Babcia wtedy wykazywała głębokie zrozumienie i pozwalała mi zostać w domu. Obowiązywał szacunek do uczących się, więc mogłam z przyjemnością czytać te książki, zamiast pracować fizycznie.

AB.: Kiedyś to się nazywało kombinatorstwo, a dziś przedsiębiorczość.

BZ.: W moim domu rodzinnym pielęgnowano przedsiębiorczość, chociaż nikt tego tak nie nazywał. Pamiętam, że kiedyś całymi rodzinami się pracowało. Sąsiedzi pomagali sobie nawzajem i pielęgnowali też zwyczaj wspólnego świętowania zbiorów. Mam też wspomnienie bardzo aktywnego życia w mojej rodzinie, zapobiegliwego, dostatniego. W domu była spiżarnia pełna zapasów, domowych specjałów: wyroby mięsno – wędliniarkie, weki, własne sery, śmietana, mleko, chleb własnego wypieku. Był tego pełen zasób, a do sklepu się chodziło tylko po zapałki czy ocet. Ja się krępowałam tego, że mamy wszystko swoje i nie potrzebujemy korzystać z zakupów w sklepie. Wprost zazdrościłam koleżankom, które chodziły do sklepu po kiełbasę, czy mięso (wydawały mi się takie nowoczesne, miastowe). Uważałam, że własna spiżarnia to przeżytek, takie passe…nie modne , dlatego unikałam chwalenia się tym, co my mamy w domu.

AB.: Czasy były takie, że każdy był producentem żywności, napojów, artykułów agd, kiedyś się wszystko swoje miało. Dziś do tego tęsknimy.

BZ.: Dzisiaj się z tego śmieję, że wprost nie doceniałam tej zaradności. Wiem, że podejście do życia w duchu przedsiębiorczości wynosi się z domu. Miałam bardzo aktywnych zawodowo rodziców, dziadkowie świecili przykładem pracowitości. Myślę, że miałam bardzo dobry przykład. Potem sama próbowałam ustawić się do życia tak, by mieć różne możliwości –takie “życiowe furtki”, które można wykorzystać w razie potrzeby, żeby nie zostać w żadnej sprawie bez wyjścia. Byłam nauczona radzenia sobie samej i brania spraw w swoje ręce.

AB.: Instynkt samozachowawczy prawidłowo działał.

BZ.: Miałam przeróżne doświadczenia. Praca w gminnym wydziale oświaty – mogłam pewne sprawy zobaczyć od innej strony, jak się zarządza placówkami oświatowymi, jaka jest możliwość inspirowania ludzi do działań poza obowiązkami. Praca w szkole pokazała jak istotna jest kreatywność i optymistyczne podejście do wyznaczonych zadań. Lubiłam to co robiłam, stawiałam sobie wysoko poprzeczkę I z radością świętowałam sukcesy. Jednak w moim życiu nie wszystko ułożyło się dobrze – w 1994 roku nagle ciężko zachorowałam (przewlekła białaczka szpikowa). Wtedy mój świat się zawalił, myślałam, że właśnie się kończy. Miałam małe dziecko, niespełna czteroletnie i rozpoznaną śmiertelną chorobę. Przeżyłam kryzys, załamanie, zwątpiłam. Ciężkie chwile i kilkumiesięczne leczenie w szpitalu pomogli mi przetrwać najbliżsi oraz koleżanki, znajomi. Właśnie wtedy zobaczyłam jak dużo ludzi mnie wspiera. Wówczas też usłyszałam, że w naszym mieście po raz pierwszy odbywają się różne akcje zbiórki pieniędzy dla chorej (dla mnie), a inni – msze za moje zdrowie zamawiają, oddają krew. Zrobiło mi się po prostu wstyd, że tyle osób się stara, a ja pozwalam sobie na słabości.

AB.: Różnie możemy oceniać takie akcje ale na Pani przykładzie widać, że ludzie potrafią się wspierać w złym czasie nie od dziś.

BZ.: Wcześniej tego nie widziałam, dopóki sama nie doświadczyłam ludzkiej pomocy. Do tej pory mam wykaz osób, które mnie odwiedziły wtedy przez te kilka miesięcy w szpitalu. Nie do wiary – na liście jest ponad 70 nazwisk. Stale w szpitalu przyjmowałam odwiedzających mnie ludzi. Dużo rodziny, koleżanek, ogrom wsparcia. To był dla mnie szok, że tylu osobom na mnie zależy. Zrobiło mi się po prostu wstyd, że się załamuję. Tak dobrze mi życzyli, więc nie miałam wyjścia – uwierzyłam w cień nadziei, że wszystko będzie dobrze. Nie mogłam się załamać, dla nich.

AB.: Zwyczajnie nie wypadało?

BZ.: Wiele osób proponowało mi cudowne metody uzdrawiające. Ja nie we wszystko wierzyłam, ale rozumiałam, że bardzo chcą mi pomóc. Dlatego przyjmowałam tę pomoc, choć nie do końca byłam przekonana co do jej skuteczności. Wierzę jednak, że ich wiara i chęć pomocy postawiły mnie na nogi. W ten sposób bliscy pomogli mi wyjść z najgorszej w życiu opresji. Dzisiaj mogę się cieszyć, bo w chorobie ( póki co – nieuleczalna) przeżyłam swoje nowe życie. To pierwsze miałam do 1994 roku (do choroby). Dziś w moim drugim darowanym mi życiu chcę powiedzieć, że trzeba mówić o tej historii szczególnie tym, którzy tak się o mnie troszczyli. Ale ważne jest to też dla tych, którzy dziś  jak ja kiedyś, są w kryzysie (dowiadują się o chorobie), myślą, że to koniec świata. Chcę powiedzieć ludziom, by się tak nie bali, żeby przyjmowali pomoc bliskich,  zarażali się nadzieją. Wiem też, że sobie sama wszystkiego nie zawdzięczam, szczególnie tego życia w zdrowiu (choć w chorobie) od ponad 23 lat. Gdzieś z góry to jest zaplanowane (dla mnie ta góra to Bóg). Gdy zaczęłam chorować, nie było cudownych leków. To był trudny moment. Pamiętam też, że po powrocie ze szpitala w domowej samotności porządkowałam swoje sprawy na wszelką ostateczną ewentualność. To przypadek sprawił, że ktoś mnie z domu wyciągnął i zaangażowałam się w biznesowe spotkania. Znalazłam się znowu wśród ludzi. To mnie wciągnęło.

AB.: Ludzie. Energia. Wspólne działania. Cel

BZ.: Pamiętam, że miałam w tej działalności niezłe efekty , ale najbardziej ceniłam sobie szkolenia – w dobrych miejscach , z ciekawymi ludźmi. Dużo się wtedy nauczyłam. To mnie właśnie wyciągnęło z domu. Ta praca z ludźmi. To zawsze lubiłam, więc pamiętam to jako dobry czas.

AB.: Czy to powoduje, że teraz tak dużo Pani dla ludzi robi, aby zrekompensować tę daną energię? To jest zobowiązanie?

BZ.: Tak właśnie jest. Dużo od ludzi dostałam , w większości – dobrego. Odkąd pamiętam na swej drodze zawsze spotykałam wspaniałych ludzi, którzy dla mnie mieli znaczenie, wywarli na mnie wpływ, nieśli wspaniałą pomoc, dobre słowo, wiarę w powodzenie. To zobowiązuje i daje wiarę w ludzi. Te osoby to takie azymuty na drodze.

AB.: To jest niesamowite, bo często wokół krążą jak czarne wrony, złe informacje. Mówi się, że ludzie są źli, wszyscy źle życzą. Dobrze jest więc jest spotkać na swej drodze osobę, która mówi, że jest odwrotnie. Może to reguła przyciągania. Nie patrząc na zła przyciągam dobro.

BZ.: Obserwuję teraz mojego syna, w którym dostrzegam wiele podobieństw w podejściu do życia. Mój syn otacza się dobrze życzącymi ludźmi, ich słucha, współpracuje, bierze za przykład.

AB.: Od toksycznego człowiek się odcina. To jest umiejętność. Tego trzeba nauczyć innych ludzi. Jak ich to zrobić?

BZ.: Ja myślę, że jeśli człowiek ma w sobie coś słabego (np. pesymizm, złe opinie o innych) , to może przeżył coś złego, tragicznego, co go zdołowało, przygniotło, że nie daje sobie rady z tym światem. Wiem, że naszą postawę wobec życia i innych ludzi determinuje dzieciństwo i doświadczenia z niego wyniesione. To się z domu wynosi, postawę na “tak” lub na “nie”.

AB.: A to idzie dalej…

BZ.: Tak. Ja pamiętam, że miałam w domu wsparcie. Dlatego jest mi łatwiej w życiu.

AB.: Czyli należą się podziękowania dla rodziców. Bo w tamtych czasach nie było to łatwe. Dziś jest wiele poradników, a i tak niewiele z tego czasem wynika…Kiedyś nie było dla rodziców żadnego wsparcia, jak wychowywać dzieci, oni robili to po prostu intuicyjnie, więc tu szacunek za to, że ta intuicja im ( rodzicom) dobrze podpowiedziała.

BZ.: Być może tak było. To dziś z perspektywy lat mogę docenić wagę m.in. chwalenia, uczenia pracowitości, szacunku, otwartości i zaufania do ludzi, dzielenia się, chęci niesienia pomocy. To w życiu pomaga.

AB.: Nie każdy tak potrafi. Nie każdy ma instynkt samozachowawczy. I nie jest tego nauczony. Obecnie prowadzimy warsztaty z prof. Gruszewską na temat transporterów emocjonalnych czyli związków słów, które na zawsze zmieniają nasze myślenie. Mogą uczynić w umyśle wiele złego ale i dobrego. Właśnie o tym m.in mówi podczas warsztatów. To co usłyszałeś w dzieciństwie, to tzw. transportery emocjonalne, słowne związki, które kształtują nasze neuronowe przesyły, inaczej kształtują sposób myślenia. Bardzo trudno wyjść z tych negatywnych przekazów typu „ty się nie nadajesz, to się nie uda, gdzie ty z tym do ludzi i podobne”. To jest problem.

BZ.: Szkoda. Rodzice przekazują swoim dzieciom to, czego sami doświadczyli od swoich rodziców. Obserwuję przez wiele lat (prowadząc przedszkole na wsi) matki i ich relacje z dziećmi. Przekaz typu: ty się do niczego nie nadajesz, nie potrafisz, siedź cicho, pozostaje w pamięci dziecka na całe życie. Jeśli matka tak mówi, to pewnie ma rację – tak myśli dziecko. To mechanizm programowania małego człowieka na przyszłość.

AB.: Warto byłoby wprowadzić program trenera personalnego, trenera, bardziej coacha już na poziomie szkoły podstawowej do 17 roku życia.

BZ.: Uważam, że gdy się zacznie wspierać dziecko od najmłodszych lat, to jest szansa, że wejdzie ono w życie dorosłe w dużo lepszej kondycji.To było jednym z powodów, dla których założyliśmy wiejskie przedszkole.

AB.: Jest więc też szansa, by co niektórzy rodzice tych dzieci nie „zepsuli”. Zdarzają się przecież bardzo toksyczni rodzice.

BZ.: Przedszkole w Karwowie to praca z małą grupką dzieci (dziesięcioro), które można powiedzieć mają indywidualny tok wychowania i nauczania. Poprzez dzieci docieramy z przesłaniem do ich rodziców, całych rodzin . Matki to przeważnie młode dziewczyny. Są bez doświadczeń zawodowych, często uzależnione od swoich mężów, spędzają czas wyłącznie w domu. „Szkoła dla Rodziców” w naszym przedszkolu polega na organizowaniu warsztatów, spotkań z pedagogiem, psychologiem. Monitorowanie i wspieranie środowiska, w którym dzieci żyją nasze dzieci przedszkolne, pedagogizacja środowiska dorosłych przekłada się na lepsze efekty w wychowaniu dzieci.

AB.: Luksus nie dla każdego w mieście.

BZ.: Dzieci w naszej wsi otrzymują ogromne wsparcie. W małej grupie naprawdę można pracować indywidualnie. Często prywatne przedszkola w miastach nie mogą sobie na to pozwolić. Tu mama musi włączyć się w rytm pracy przedszkola: rano na czas dziecko przygotować do wyjścia, nauczyć wierszyka, odebrać to dziecko na czas, włączyć się w organizację uroczystości w przedszkolu, przyjść na zebranie lub szkolenie w przedszkolu.

AB.: To mobilizuje. Synergia działań.

BZ.: Wyjazdy rodzinne to specjalność naszego przedszkola i prawdziwe święto rodziny. Ciekawie jest obserwować celebrowanie przygotowań i emocjonujące przeżycia dzieci związane z wycieczką, ale równie mocno przeżywają to rodzice. Szczególnie ci, którzy rzadko opuszczają wieś w poszukiwaniu atrakcji z powodu trudnej sytuacji materialnej.

AB.: To brzmi jak coachingowy podstęp. Przedszkole jest po to by dotrzeć do rodziców. Czasem tak trzeba.

BZ.: Przez ponad 10 lat dzieci korzystały z przedszkola nieodpłatnie, na co pozwalała sytuacja finansowa organu prowadzącego (Stowarzyszenie Przyjaciół Karwowa). Teraz wprowadziliśmy symboliczną odpłatność ( 50 zł miesięcznie za pobyt dziecka). Rodzice, którzy nie płacą – oferują pracę na rzecz przedszkola: koszenie trawy, generalne porządki w przedszkolu, rąbanie drzewa, przygotowywanie imprez, rozkładanie namiotów itp. Należeć do “rodzinki” przedszkola to też aktywizować się i pracować razem w grupie.
AB.: Ludzie lubią mieć wybór. Nie chcesz pracować, to zapłać, a my zlecimy to komuś.

BZ.: Tak, jest dużo pracy. Mamy też we wsi ogród społeczny, więc jest co robić.

AB.: Doba jest za krótka, by to wszystko obmyślać i realizować…

BZ.: To fakt. Umiejętności planowania bardzo się przydają. Ale nie zawsze wszystko szybko uda się doprowadzić do końca, sprawy wymagają więcej pracy i czasu. Np. remont Domu Jasia, do którego planujemy przeniesienie przedszkola , w lepsze warunki. Koncentrowanie się na najważniejszych zadaniach wymagało “odpuszczenia” mniej ważnych i powiększenia zespołu osób współpracujących.

AB.: Czyli nastąpił etap delegowania, bo fizycznie nie da się tego zrobić samemu.

BZ.: Czasami budzę się w nocy z myślą, że o czymś zapomniałam: o Boże jeszcze to… Piszę też oczywiście karteczki z wykazem spraw do załatwienia. O pomoc proszę innych – mam w zespole dwie młodsze koleżanki nauczycielki (mieszkanki wsi), które w niedalekiej przyszłości poprowadzą placówkę samodzielnie. Cieszę się, że są następcy. Szansa w ludziach młodych. W takiej wsi popegeerowskiej jest przestrzeń do działania. Można powiedzieć, że właśnie od przedszkola w Karwowie zaczęło się tworzenie tej wsi na nowo. Mieszka tam około 180 osób. Dużo wyjechało za pracą, ale przybyło też wiele osób,  rodzin z zewnątrz, którym trudno się żyło w mieście. W takich wsiach jak nasza są też rodziny, które przenoszą się na wieś z miasta po zakończeniu kariery zawodowej. Po przejściu na emerytury urządzają sie w spokojnej okolicy. “Miastowi” nie zawsze integrują się ze wsią. Czasami wręcz unikają kontaktów, prowadzą życie towarzyskie we własnym gronie. Trudno w tej sytuacji o porozumienie z “miejscowymi”, czy wniesienie w wiejskie środowisko nowych wartości. Chcę wierzyć, że to się zmieni.

AB.: Więc jak zmotywować te kobiety do działania i zmienić sposób myślenia. To praca u podstaw.

BZ.: Nie mam na to jednej odpowiedzi, jednej metody. Trudne okoliczności mobilizują ludzi do działania. Kiedy jest dobrobyt to ludzie go “konsumują”i rzadko szukają atrakcji na wsi. Dlatego kiedyś więcej osób angażowało się w życie społeczne wsi. Wcześniej przez wiele lat byłam na rencie i miałam dużo czasu. Polubiłam pracę społeczną. Zaczęłam działanie od dzieci. Jako
nauczycielka, miałam z nimi naturalny kontakt. Dzieci (mój syn również) przychodziły na czyn społeczny i zbierały papierki, a ja je w nagrodę zapraszałam na wycieczki do lasu lub nad jezioro. Matki to widziały, że dzieci chcą być ze sobą, angażują się we wspólne działanie. Tym sposobem na czynach pojawiać się zaczęli rodzice, a nasza wieś piękniała w oczach. Od dawna w mojej wsi jest zwyczaj, że czyny społeczne zaczynają się… o godzinie 17, takie przyzwyczajenie do wspólnej pracy o stałej porze dnia.Z tych czynów, a także z organizacji festynów odpustowych “awansowałam” na sołtysa, a później byłam radną. Ale początki były trudne.

AB.: Mentalnie, długo wcześniej. To była tylko kwestia ukonstytuowania działania.

BZ.: Ludziom było potrzebne wspólne działanie, bycie ze sobą, i potrzebowali kogoś, kto razem z nimi mocno się zaangażuje, pomoże. Z kronik wsi końca ubiegłego stulecia wynika, jak dużo osób przychodziło na czyny społeczne ( bywało 30-40 osób), a dziś trudniej jest zgromadzić we wspólnej sprawie kilkanaście. O dziwo – w trudniejszych czasach łatwiej było się porozumieć, nawiązać współpracę.Choć nie było miejsca (placu integracyjnego), to organizowaliśmy wiejskie festyny na prywatnym terenie. Ludzi ciągnęło do ludzi. Nie bez znaczenia był tez fakt, że potrzebny był lider, osoba wspierająca i motywująca do działania.

AB.: Jak to się robi? Czy to są samorodki? Jak wyczuć, czy ktoś ma predyspozycje. Jaki klucz przyjąć?

BZ.: W każdej grupie/ społeczności potrzebny jest lider. Takich kadr się nie wybiera z urzędu. To ludzie, którym inni zaufali. Często jest to sołtys, pracownica świetlicy wiejskiej lub po prostu szanowany sąsiad. Do przewodzenia trzeba odwagi i bycia gotowym na zmiany oraz ich konsekwencje (efekty i skutki). Od początku czułam tylko, że ludzie chcą ze mną działać, że mam ich poparcie w każdej sprawie. Może potrzebowałam potwierdzenia własnej skuteczności w działaniu? Dopiero po wielu latach (może dopiero po pięćdziesiątce?) nabrałam pewności siebie.

AB.: Pokora wobec życia. Trzeba przeżyć kawałek życia, żeby nabrać przekonania o swojej sile by być liderem i wspierać innych.

BZ.: Ja nie miałam aspiracji, by zostać liderem. Nie pamiętam takiej myśli. Spontanicznie włączyłam się w życie wsi, co było moją odpowiedzią na bolesne doświadczenia ze spotkań z mieszkańcami i historie ludzi, które mnie poruszyły. Na przykład: jadę z dziećmi w zimnym zatłoczonym autobusie szkolnym, to były lata dziewięćdziesiąte. W tle – przebój „Ich Troje”. Wjeżdżamy do Łobza, a dzieci mówią: Tu miasto, chodniki, lampy, sklepy, a my to taka dziura zabita dechami. Te dzieci wstydziły się swojej wsi. Takie teksty zapadają w pamięć. Moje dziecko w przedszkolu krępowało się przyznać, że jest ze wsi (jest wieśniakiem?). Wiele takich sytuacji było. Mnie, matce było wstyd, że moje dziecko nie lubi  miejsca, w którym mieszka. Większej motywacji do działania nie trzeba było. Wszystko co robiłam dla innych, tak naprawdę zrobiłam dla syna…

AB.: Poruszyła Pani temat kobiet uzależnionych od mężczyzn. Jak je wyrwać z tego psychicznego więzienia. Żyjąc w kieracie nie wiedzą, że można inaczej, myślą, że tak muszą.

BZ.: To wynika z modelu rodziny, z jakiej te kobiety się wywodzą. Powielają schematy, w jakich się same wychowały, w jakich wzrastały do dorosłego życia. Potrzeba czasu i edukacji , żeby nastąpiły tu zmiany.

AB.: A gdybyśmy chcieli procentowo, ilościowo określić jak dużo kobiet w grupie powiedzmy 200 osób potrzebuje wsparcia, można to oszacować?

BZ.: Dla mnie grupą policzalną jest grupa matek dzieci przedszkolnych. Przychodzą na każde spotkanie, zebranie, organizowane w placówce. Te spotkania są okazją na poruszanie trudniejszych tematów, związanych z edukacją i wychowywanie dzieci. Same matki mogą porównać własne osiągnięcia wychowawcze, przyjrzeć się swoim umiejętnościom rodzicielskim, jak w lustrze. Niektóre wyciągają wnioski, dzielą się refleksją.

AB.: A gdyby połączyć to z zabawą? Na przykład, rano panel dyskusyjny, a wieczorem festyn. Taka okazja jest dobra, by oderwać się od rzeczywistości i przez zabawę edukować

BZ.: W czasach bezpośrednio po upadku pgr-ów wsie pogrążyły się w totalnym chaosie, bałaganie, marazmie, zastoju. Dlatego wtedy podejmowanie działań dla dobra wspólnego było ewenementem, a postawa ludzi dążących do zmian była w cenie. W naszej wsi od końca lat 90-tych organizowałam wraz z mieszkańcami festyny odpustowe, spotkania integracyjne, warsztaty rozwoju osobistego. Okazje te cieszyły się zainteresowaniem mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek powiatu łobeskiego. Brak innych atrakcji powodował, że do Karwowa zmierzały autokary pełne gości, a wieść o naszej wsi niosła jej dobrą promocję. Z czasem zaczęły się pojawiać podobne aktywności w sąsiednich miejscowościach. W wielu wsiach jak grzyby po deszczu organizowano ciekawe spotkania, festyny, zawody sportowe itp. I choć przez to ubyło uczestników na naszych imprezach, to cieszyliśmy się, że wsie stopniowo na nowo ożywały. Wyzwoliła się energia wielu wiejskich środowisk.

Charakterystyczne, że zmianom tym przewodziły w większości kobiety.

AB.: Zaraźliwe.., co było potem?

BZ.: Formuła organizowania wiejskich festynów przez grupę zapaleńców ze Stowarzyszenia Rozwoju Wsi po kilkunastu latach straciła na atrakcyjności, może się wyczerpała, a może ambicje zespołu realizatorów były już większe. Ludzie poczuli, że potrafią razem działać. Jeśli można zrobić wiejski festyn na kilkaset osób, to widać, że potrafimy razem zrobić wiele dobrego. To dowartościowuje, wzmacnia i zmienia perspektywę patrzenia na siebie. Wyzwala też dystans do wielu spraw. Pozwala się zatrzymać i zrobić krok w tył, żeby odpocząć i nabrać nowych sił. Dlatego zamiast festynu były w 2009 r. tygodniowe warsztaty aktywizacyjne w Lanckoronie pod Krakowem dla 43 mieszkańców wsi (dotacja z FIO). Ważne, że w efekcie aktywności pojawiła się grupa osób, stale współpracująca ze sobą i dążąca do zmian. Trzy lata temu we wsi założyliśmy spółdzielnię socjalną.

Czasem pytanie: „co ludzie powiedzą o tym co robię?” potrafi być blokujące przy podejmowaniu działań, nawet dla 95 procent ludzi. Ale ważniejsze jest, że chociaż dla tych 5 procent czy nawet 3 będzie to nieważne. Jeśli chociaż jedna osoba coś zrobi dla siebie, żeby wyrwać się z powszechnej stagnacji, to jest to sukces. Zmiana społeczna nie dokonuje się szybko. To nie jest oczywisty i spektakularny wyczyn, ale długotrwały mozolny proces, składający się z wielkich porażek, ale też drobnych sukcesów.

AB.: Co teraz? Są nowe pomysły? Plany? Tyle już zrobione, ale podejrzewam, że jeszcze dużo do zrobienia.

BZ.: Planujemy nadal prowadzić wiejskie przedszkole (które działa juz 11 lat). Jednak placówka wymaga polepszenia warunków lokalowych, powiększenia przestrzeni poprzez przeprowadzkę w nowe miejsce, co pozwoli na przyjęcie większej liczby dzieci. Obecnie działamy w warunkach wiejskiej świetlicy. Dlatego rozpoczęliśmy kapitalny remont budynku pustostanu, “Dom Jasia” gdzie aktualnie zrobiliśmy nowy dach wraz z orynnowaniem i przyłączyliśmy media. Remont jest dla mieszkańców wsi ogromnym wyzwaniem, poszukujemy sponsorów. Oprócz tego jako mieszkańcy wsi jesteśmy bardzo zaangażowani w remont naszego wiejskiego kościoła, który staramy wspierać poprzez zbiórki publiczne, współpracę ze sponsorami i własną pracę. Małymi kroczkami przywracamy blask zabytkowej świątyni. Dostrzegając problem braku możliwości fizycznego rozwoju dzieci i młodzieży w naszej wsi widzimy potrzebę zagospodarowania ich czasu wolnego przez stworzenie warunków do uprawiania sportu. W tym celu podjęliśmy starania o budowę niewielkiej salki sportowej do uprawiania tenisa stołowego i organizacji spotkań integracyjnych oraz budowę wiejskiego kortu tenisowego. Zakupiliśmy projekt budowlany, mamy pozwolenie na budowę. Aktualnie poszukujemy przyjaznego funduszu na realizację tej inwestycji. Te poważne plany są ogromnym wyzwaniem i wymagają zaangażowania wielu osób i instytucji oraz wsparcia samorządu gminnego. Staramy się działać w partnerstwie, pielęgnując dobre relacje. Marzeniem jest zrealizować te plany i widzieć rozwijającą się wieś wygodną dla mieszkańców i przyjazną dla odwiedzających miejscowość gości, turystów. Będzie pięknie.

AB.: A na początku się nie wstydził, że “szalona matka” nakręca ludzi? Dzieci różnie reagują, czasem boczą się na nas mówiąc „mamo nie rób mi obciachu”.

BZ.: Nasze życie rodzinne przez tę moją aktywność społeczną na pewno typowe nie było. Nie pamiętam jednak obiekcji czy protestów syna, który czasami sam mi towarzyszył w różnych akcjach społecznych, interesował się tym, co robię i wspierał przez to m. in. że bardzo wcześnie zrobił się samodzielny. Z czasem słyszałam, jak z dumą opowiadał o sukcesach mamy kolegom i chwalił się wsią, w której mieszkał. Sprowadzając się na wieś zajęłam się prowadzeniem agroturystyki. Była okazja, żeby prowadzić firmę usługową u siebie w domu. Przyjeżdżały do nas dzieci na wiejskie kolonie, a potem na wczasach przyjmowaliśmy całe rodziny. Więc mój syn wychował się w domu otwartym na ludzi.

AB.: Ale dzięki temu miał okazje poznanie czegoś więcej niż swoja wieś. Co syn teraz robi ?

BZ.: Syn Piotr od początku miał własne zainteresowania i nigdy się nie nudził. Był zaradny i samodzielny. Pomagał nawet w przyjmowaniu gości (agroturystyka – kolonie). Czuł się w grupie przyjezdnych dzieci jak kierownik. Od dzieciństwa stale interesowała go muzyka. Myślę, że talent odziedziczył po swoim ojcu, który jest uzdolniony muzycznie. Już w drugiej klasie szkoły podstawowej Piotrowi udało się zapisać na prywatne zajęcia muzyczne i to była najlepsza decyzja w życiu, które skoncentrowało się wokół jego zajęć muzycznych. Z czasem dostał się do łobeskiej orkiestry dętej, z którą koncertując zwiedzał Europę jako najmłodszy uczestnik zespołu. Ukończył Szkołę Muzyczną II stopnia w Koszalinie, co wiązało się z codziennymi dojazdami pociągiem przez 6 lat. Zdał maturę w systemie wieczorowym i poszedł na wymarzone studia w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, Wydz. Jazzu i Muzyki Estradowej (V rok). Gra z ogromną pasją na perkusji, jest muzykiem sesyjnym. Dzięki temu ostatnio spędził kilka miesięcy na Karaibach, gdzie grał w zespole instrumentalnym na luksusowym statku wycieczkowym, pływającym po Zatoce Meksykańskiej. Jesteśmy z niego bardzo dumni, bo wielokrotnie udowodnił, że jest pracowity i ambitny, dzięki czemu odnosi sukcesy.

AB.: Zapytam przewrotnie. Mąż ma taką kobietę w domu, że strach się bać. Nie był zły zazdrosny o sukcesy, pracę?

BZ.: Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Wiem, że nie był zadowolony z nieuporządkowanego życia, nie zawsze rozumiał, dlaczego jestem poza domem. Nie zawsze mi towarzyszył. Może ja nie potrafiłam w tym biegu zatrzymać się na chwilę… Mężowie kobiet niezależnych nie mają łatwego życia. Ale też jestem przekonana, że wiele moich sukcesów nie byłoby możliwych bez jego wsparcia.

AB.: Odwrócenie stereotypowych ról małżeńskich?

BZ.: Mój mąż lubi domowe obowiązki, więc nikt mu w ich pełnieniu nie przeszkadzał (ha ha). Jednocześnie pracuje w domu kultury jako organizator imprez i czasami jako konferansjer. Realizuje się w tym, co robi i ma też swoje sukcesy.

AB.: Dał sobie radę z ambitną żoną?

BZ.: Myślę, że mimo wszystko docenia to co robię i dostrzega sukcesy. Pamiętam, jak bardzo się wzruszył, gdy dostałam nagrodę (Laureatka Konkursu Eurolider 2009 Ministra Rozwoju Regionalnego za wykorzystanie środków europejskich na rzecz rozwoju wsi).

AB.: Obecnie dominuje trend, że każdy może a nawet powinien być przedsiębiorcą. Nie do końca tak jest. Czy wystarczy zrobić kurs? Do tego trzeba czegoś więcej?

BZ.: Przedsiębiorczość to też nastawienie, podejście do życia. To nie tylko zakładanie firmy, ale też zajmowanie się swoim codziennym życiem. Dobre planowanie, kalkulowanie, zarządzanie to niektóre cechy przedsiębiorcy, które bardzo się przydają w trosce o byt rodziny.

AB.: Każdy może założyć firmę. Tylko co dalej?

BZ.: Teoretycznie każdy może założyć firmę. To tylko formalność. Jednak z samego faktu założenia firmy nie wynika nic. Pieniądze same nie spadną nam z nieba. Kluczowy jest dobrze przemyślany biznesplan przedsięwzięcia i umiejętności, żeby go wprowadzić w życie. To ciężka praca, wymagająca wykazania własnej inwencji i pracowitości, co wynika z naszej …przedsiębiorczej postawy do życia.

AB.: Często urzędy pracy dofinansowują projekty tym, którzy nie do końca są na to gotowi, nie mają zmysłu przedsiębiorczości. Ciężko ocenić motywację i szanse przedsięwzięcia. A co z edukacją finansową? Jest potrzebna?

BZ.: Urzędy pracy udzielają wsparcia początkującym przedsiębiorcom poprzez udzielanie dotacji na start. Wiele firm w ten sposób stawiało swoje pierwsze kroki. Znacząca ich większość znika jednak z rynku po spełnieniu wymaganych zobowiązań. Moim zdaniem większą pracę należy wykonać przygotowując kandydatów na przedsiębiorców. Szkolenia z przedsiębiorczości oraz logiki biznesplanu to podstawy, bez znajomości których trudno jest świadomie rozpoczynać działalność gospodarczą. Sam biznesplan postrzegany jest jako niezbędny druk, wymagany w celu uzyskania dotacji. Od pomysłu do sprawdzenia / policzenia, czy pomysł na biznes się opłaci. To biznesplan nam odpowie, czy jest szansa zarobić na danym pomyśle. Dlatego uważam, że kandydaci na przedsiębiorców powinni się kształcić, a urzędy pracy – uzależniać udzielenie dotacji od stopnia ich przygotowania do samodzielnego prowadzenia firmy.

AB.: Biznesplan każdy może napisać. Ale co dalej?

BZ.: Biznesplan to nie druk, który leży zakurzony na półce w biurze. To narzędzie do tworzenia firmy i monitorowania jej rozwoju. Pomoże uzyskać prognozę m. in. o tym, jak ta firma będzie wyglądać za rok, czy za pięć lat. Biznesplan dobrze przemyślany jest przepisem na udany biznes.

AB.: Takie rzeczy trzeba tłumaczyć przystępnym językiem by laik, początkujący przedsiębiorca…

BZ.: Prowadząc szkolenia ABC Przedsiębiorczości obserwuję proces dochodzenia uczestników do wiedzy o planowanym przez siebie biznesie. Podjęcie wysiłku stworzenia biznesplanu pomaga zrozumieć własny pomysł, uświadomić sobie jego możliwości lub oszacować zagrożenie niepowodzeniem. Rejestracja firmy to tylko formalność, ale dopiero jej prowadzenie w praktyce pokazuje, czy dobrze przemyśleliśmy biznesplan. Dojrzałość polega na tym, by być przekonanym do tego co chce się robić i zarobić na tym. To nie jest łatwe. Sama tego doświadczyłam, podejmując bez przygotowania działalność gospodarczą. Sam zapał nie wystarczy, trzeba jeszcze dysponować wiedzą, żeby odnieść sukces. Dobrze, że jest Program “ABC Przedsiębiorczości”, wdrażany przez Fundację Wspomagania Wsi i Narodowy Bank Polski. Dzięki szkoleniom ludzie w praktyce poznają zasady tworzenia biznesplanu oraz przepisy dot. zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej. Współpracuję z FWW od 2009 r.(jestem trenerem edukacji finansowej) i dzięki temu obserwuję, jak ważne jest szkolenie, przygotowanie kandydatów do podejmowania działalności gospodarczej.

AB.: A czy przewiduje się edukację młodzieży? Bo to jest istotne. Często dzieci i młodzież nie lubią przedmiotu przedsiębiorczość, bo nie jest ciekawie prowadzony… A to jest przecież niesamowicie ciekawa materia.

BZ.: Program edukacji z zakresu przedsiębiorczości jest wdrażany już od przedszkola dzięki projektom wspieranym przez FWW i NBP. Uważam, że edukacja finansowa powinna być jednym z przedmiotów nauczania na wszystkich szczeblach nauki szkolnej i powinna być planowana systemowo. Wiem też, że najlepsze efekty uzyskuje się przez praktyczne zajęcia, wizyty studyjne w przedsiębiorstwach, uczenie się w działaniu.

AB.: Czyli spotkania z przedsiębiorcą z krwi i kości.

BZ.: Tak, takie spotkania mogą więcej powiedzieć o praktycznym prowadzeniu firmy, niż wiele godzin nad podręcznikiem. Są też wirtualne gry, jak zakładać przedsiębiorstwo. Te nowatorskie sposoby powiązane z praktyczną stroną przedsiębiorczości są skuteczne.

AB.: Możemy ulżyć tym, którzy czują presję by zostać liderem, że nie ma co się przejmować, bo nie każdy jest do tego stworzony. Nie każdy musi być pierwszy i najlepszy i najfajniejszy. To fakt i należy się z tym pogodzić.

BZ.: Przedsiębiorczość ściśle wiąże się z liderowaniem. Można powiedzieć, że osoba prowadząca swoją firmę jest jej liderem. To od niej zależy, od jej umiejętności, elastyczności, otwartości na zmiany, samodzielności i odwagi, powodzenie biznesu. Nie każdy ma do tego predyspozycje i nie każdy powinien zakładać swoją firmę. To kwestia osobowości, życiowych doświadczeń, odpowiedzialności i umiejętności brania swoich spraw we własne ręce.

AB.: Dążę do tego, że nie każda kobieta musi być przedsiębiorczynią  ale przecież nauka finansowego myślenia nie musi być związane z założeniem firmy.

BZ.: Sprawy zarządzania domowym budżetem , organizowanie życia rodzinnego i troszczenie się o dom wymagają od nas przedsiębiorczości, choć na co dzień tak tego nie nazywamy. Umiejętność związania końca z końcem, jak zrobić coś z niczego, to przykłady takiego właśnie podejścia do życia Sama doświadczyłam tego będąc na rencie chorobowej (skromne dochody) i wiem jak trudne to było doświadczenie. Nawet nie chcę tego wspominać. Próbowałam wtedy różnych zajęć, by skromny domowy budżet troszkę ratować. Dlatego bardzo doceniam obecną swoją sytuację i pracę, którą wykonuję. Myślę też, że doświadczenia życiowe, zarówno te z życia prywatnego, jak też z pracy zawodowej i społecznej, bardzo mi pomagają w podejściu do codziennych obowiązków.
AB.: Są momenty, w których można się załamać. Brak pieniędzy nierzadko powoduje konflikty. Można pójść w złą stronę.

BZ.: Trudna sytuacja materialna rodziny nie pomaga. Często jest tak, że jak nie ma pieniędzy, to nie ma też zgody. Codzienne troski powodują stres, co doprowadza przeważnie do nieporozumień, kłótni. Trudno wtedy o dobre relacje.

AB.: Czy spotyka się Pani się z malkontentami i negatywnymi reakcjami chociażby podczas spotkań z kobietami?

BZ.: Ludzie, którzy nie wiedzą, jak działać, co konkretnie robić, maja prawo czuć się niepewnie. Często ta sytuacja wyzwala mechanizm malkontenctwa, czy negatywnych reakcji. Osoby działające społecznie, przewodzące inicjatywom, wyróżniające się, narażone są na społeczny osąd. Nie zawsze jest on trafny, czy przychylny. Długo nie rozumiałam tej reakcji sama doświadczając niesprawiedliwych wg mnie reakcji. Dziś wiem, że być może należało poprawić komunikację i jeszcze skuteczniej dzielić się informacjami ze środowiskiem. Ludzie z niewiedzy wyciągają błędne wnioski, co rani i dotyka. Moim sposobem na dziś jest metoda … picia kawy. Trzeba jej wypić ze sobą dużo, żeby się dogadać. Narady, spotkania przy kawie ułatwiają porozumienie. Sprawdziłam, to działa.

AB.:Jak ma Pani metodę na siebie w trudnych chwilach. Jak się podnieść? Recepta dla innych kobiet.

BZ.: Dobrze działa przypominanie sobie, że dałam radę w trudnych chwilach, więc i teraz sobie poradzę. Poza tym umiejętność nabrania dystansu do problemu powoduje, że staje się on wyzwaniem, po prostu – kolejnym zadaniem do wykonania. Przeświadczenie, że z każdej sytuacji jest wyjście pobudza kreatywność. Czasami trzeba też zrobić krok w tył, żeby nabrać dystansu do sprawy, żeby jej się przyjrzeć na spokojnie. Często rozwiązanie przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony.

AB.: Jak Pani odpoczywa, czynnie czy biernie?

BZ.: Przyznam się, że niestety – biernie. Lubię oglądać dobre romantyczne pogodne filmy. Zachwycam się też kwiatkami w moim ogrodzie. Doceniam każdą chwilkę na spokojne wypicie kawy na tarasie. Czytam też książki. Ostatnio zachwycam się lekturą powieści “Odnaleziona”, napisanej przez młodą pisarkę, moją koleżankę Mirkę Górecką z Łobza.

AB.: Dla przeciwwagi, balansu?

BZ.: Tak. Lubię też malować (choć to spora przesada z tym malowaniem). Z dziewczynami ze wsi nauczyłyśmy się robić ikony metodą papieroplastyki na drewnie. Żałuję, że mam mało czasu na takie zajęcia, bo lubię to robić. To mnie uspokaja. Lubię też wyjazdy w ciekawe miejsca i choć to są wyjazdy szkoleniowe, zawodowe, to jest to dla mnie ogromy relaks i zaspokojenie ciekawości o nowych nieznanych miejscach. Byłam w Finlandii, Szwecji, Walii czy w Niemczech. Taki wyjazd to relaks, a także poszerzanie horyzontów.

A.B.: Dziękuję za rozmowę

BZ: Dziękuję

Rozmawiała: Agata Baryła

Zdjęcia: Archiwum prywatne