Jaki ekspres – poradnik, czyli o wyższości automatu nad kolbą.

coffee-206142_1280Jeśli należysz do osób, dla których najprzyjemniejszą do spania częścią nocy jest poranek, na pewno wiesz ile “cierpienia” przysporzyć może wstawanie przed dziewiątą… Zwłaszcza jesienią lub zimą, kiedy nawet słońce daje, paradoksalnie, jasno do zrozumienia, że nie pora jeszcze wstawać. Kiedy budzik bezlitośnie oznajmia nam po trzeciej “drzemce”, że dziś nie sobota, wszystkie wolne “na żądanie” już wykorzystaliśmy, a przy kolejnym spóźnieniu wylecimy z pracy trzeba jedną przyjemność zastąpić inną – mocną, gorącą poranną kawą!

Nauka przygotowania porządnej kawy zajęła mi trochę czasu. Włączenie ekspresu odpowiednio wcześniej, żeby zdążył się dobrze nagrzać, ustawienie z aptekarską dokładnością grubości przemiału w młynku, ubicie kawy w kolbie z odpowiednią siłą. Nie za mocno, nie za słabo… ot po prostu tak, żeby jak na prawdziwe espresso przystało ekstrakcja trwała 25 sekund, a efektem było 25ml pysznego kawowego naparu z “cremą” na pięć milimetrów. A wszystko to pod ciśnieniem ok. 9 barów. Ile przez ostatni rok nieudanych “małych czarnych” wylądowało w zlewie, żeby w końcu efekt i jego powtarzalność stanęły na jakościowo i ekonomicznie racjonalnym poziomie – nie pomnę. Do pełni szczęścia potrzebna jeszcze moja ulubiona Etiopia. I to nie taka zwykła, tylko taka świeżo palona, z zaprzyjaźnionej okolicznej palarni, bo te marketowe kawy, nawet te z jeszcze akceptowalną datą “palenia” to “ZUO” wcielone.

Jednak przyjemność spania o poranku jest tak ogromna, że byle “zawekowanym granulatem” się nie bed-1846429_1920wykpię. I choć moja piękniejsza i lepsza połowa ma mnie za “zwyrodniałego kawowego dewianta”, to z przyjemnością delektuje się podaną o poranku gorącą latte z cynamonem i cukrem trzcinowym, lub cappuccino z pianką gęstą jak bita śmietana, a do kawiarni chadzamy jedynie… na ciastko.

Jest jedno “ale”. Choć poranna kawa, taka jak lubię, w ciemny i senny zimowy poranek, do tego w towarzystwie ukochanej żony, to rzecz bezcenna – czasem chciałbym i ja móc pospać o dwie “drzemki” dłużej, by zamiast “Andromedy” (nazwa dźwięku alarmu w telefonie) ze snu zbudził mnie zapach świeżo parzonej kawy. Jednak moja szanowna małżonka jasno dała do zrozumienia, że w życiu nie tknie “tej piekielnej machiny”, bo jeszcze coś zepsuje, i że koleżanka ma taki ekspres, co to się tylko guzik wciska…

…no właśnie, taki ekspres teraz chciałbym, aby gościł na kuchennym blacie.
A stary? Stary do biura zabiorę, bo tam tylko, do tej pory, same “rozpustnice” 😉

M.K