KŁAMSTWO TAKTYCZNE, WIELBIĘ CIĘ!

Czasami uprawiam kłamstwo taktyczne. Kłamstwo taktyczne ma to do siebie, że służy osiągnięciu jednej konkretnej korzyści, której inaczej nie dałoby się osiągnąć albo której osiągnięcie wiązałoby się z kosztami z jakiegoś względu zbyt wysokimi, by wysilać się na prawdę. Czasem też kłamstwo taktyczne jest zwyczajnie uprzejmiejsze od powiedzenia prawdy. Przykładowo bardzo docenię kłamstwo taktyczne partnera: „Nie kupiłem ci czekolady, bo zapomniałem / nie było tej, którą lubisz / kosmici zaatakowali Biedrę i Stokrotę i wywieźli wszystkie Milki, by badać je na statkach kosmicznych” – na pewno bardziej niż stwierdzenie: „Nie kupiłem ci czekolady, bo za bardzo przytyłaś”, choćby było nie wiem jak zgodne z rzeczywistością. Każdy facet, który kiedykolwiek słyszał pytanie: „Kochanie, czy wyglądam grubo?”, dobrze wie, że tylko idiota albo samobójca kieruje się wówczas zasadą „prawda zwycięża”. Owszem, prawda może zwyciężyć, ale raczej zęby lub czaszkę Prawdomównego Złotoustego.

Z reguły od dziecka jesteśmy uczone, że kłamać jest źle, nieładnie i w ogóle be. Grzeczne dziewczynki nie kłamią. Grzeczne dziewczynki mówią prawdę. Grzeczne dziewczynki ponoszą konsekwencje prawdy. Grzeczne dziewczynki…

Grzeczne dziewczynki patrzą z zazdrością na te niegrzeczne, które w razie potrzeby sięgają po kłamstwo taktyczne i nie tylko nie smażą się za to w ogniu piekielnym, lecz jeszcze cieszą się dodatkowymi benefitami swojej nieprawdomówności. Witajcie w prawdziwym (nomen omen) świecie, drogie grzeczne dziewczynki; ten świat z przyjemnością zasadziłby porządnego kopniaka w zadek niejakiego Gregersa z „Dzikiej kaczki” Ibsena, który swoją obsesją na punkcie prawdomówności rozwalił przyjacielowi rodzinę i zafundował mu – prawdopodobnie samobójczą – śmierć córki. O tak, „prawda, tylko prawda” – niezła droga, by zamienić własne i cudze życie w prawdziwe piekło.

Nie chodzi mi o to, by gloryfikować kłamstwo jako rozwiązanie na wszystko, a tym bardziej by popierać kłamstwo, które manipuluje, wykorzystuje i krzywdzi. Po prostu czasami prawda jest nam naprawdę potrzebna jak w moście dziura – więc po co sobie tę dziurę na siłę fundować?

Bezwstydnie i bez specjalnych emocji przyznaję: stosuję kłamstwo taktyczne. Stosuję je świadomie, w sytuacjach uznanych za szczególne, krótko i prosto. To zresztą dość charakterystyczne dla kłamstwa taktycznego cechy: jest krótkie (bo dotyczy konkretnej, pojedynczej sprawy, którą ma pomóc rozwiązać) i proste (bo dotyczy jednego elementu, na którym zasadza się rozwiązanie, nie potrzebuje więc skomplikowanych konfabulacji). Ach, i jeszcze coś. Kłamstwo taktyczne nie krzywdzi. Co najwyżej nieco stresuje.

Mam swój stały zestaw kłamstw taktycznych – i każde z nich ma logiczne uzasadnienie, przynajmniej z mojego punktu widzenia (a że mój punkt widzenia jest dla mnie najmojszy, będę się go trzymać). Podejrzewam, że każda z Was też ma taki zestaw, większy lub mniejszy, uświadomiony lub wstydliwie skrywany nawet przed samą sobą. Może nawet niektóre z kłamstw taktycznych nas łączą?

W tym moim zestawie kłamstw taktycznych mam też, oczywiście, swoich ulubieńców – darzonych szczególną sympatią i z powodu częstotliwości wykorzystania, i z powodu skuteczności działania. Moją trójkę najnajów tworzą: kłamstwo taktyczne „zdrowie”, kłamstwo taktyczne „sprzęt nawala” i kłamstwo taktyczne „szef mi żyć nie daje”.

Kłamstwo taktyczne z kategorii „zdrowie” zaczęłam stosować, gdy zwiększyły się moje kontakty z palaczami – czyli na studiach. Studenci, wiadomo, w przeciwieństwie do licealistów nie muszą się kryć z kopceniem – więc się nie kryją. Jako egzemplarz nigdy niepalący i papierosów niecierpiący nieraz się przez te cudze pety skręcałam z obrzydzenia. W którymś momencie wpadłam na piękny pomysł: gdy tylko ktoś wyciągał papierosa lub pytał, czy może przy mnie zapalić, odpalałam radośnie: „niestety nie, wiesz, jestem po operacji serca i to dla mnie straaasznie szkodliwe”.

Prawdą jest, że jestem po operacji serca. Prawdą jest, że palenie jest dla mnie szkodliwe – tak jak dla wszystkich innych ludzi. Ale kto miałby czelność powiedzieć osobie po operacji serca: „A co mnie to”? I kto chciałby sobie brać na głowę problem z serii „jak jej się coś porobi przy mnie z tym sercem, to będzie sprawa w sądzie, że ją mój dymek załatwił”? Nikt, prawda? Dlatego palacze błyskawicznie chowali w moim towarzystwie pety. Ja nie wychodziłam na marudną / nudną / czepialską zołzę, która nie daje ludziom palić – oni czuli się wręcz bohaterami, którzy ratują moje biedne serce. Wszyscy byli zadowoleni. I nie śmierdziałam później cudzymi petami.

Kategoria zdrowie przydaje się też w innych sytuacjach – na przykład w taksówce, gdy taksówkarz słucha wiadomości lub disco polo, od których skręca mnie od mózgu po żołądek (przez wiadomości nawet bardziej niż przez disco polo). Powiedzenie: „panie, wyłącz pan ten badziew polityczny / badziew muzyczny” mogłoby wywołać różne reakcje, od urazy po chęć dyskusji o światopoglądzie. Powiedzenie: „bardzo proszę ściszyć / wyłączyć, bo potwornie mnie boli głowa” skutkuje natychmiastwoym wykonaniem prośby bez komentarza. Wiadomo, z babskimi bólami głowy lepiej nie dyskutować, bo diabli wiedzą, co z nich wyskoczy. A baba w taksówce (czyli ja) może jechać w miłej ciszy.

Kłamstwo z serii „sprzęt nawalił” jest z kolei niezłą metodą ratowania czterech liter, wizerunku lub stosunków międzyludzkich. Czasem zwyczajnie się zapomni czegoś otworzyć, coś przeczytać lub wysłać. Niektórym ludziom można powiedzieć szczerze: „nie wyrobiłam się, zapomniałam, nie chciało mi się w ogóle tym zająć, sorry, zaraz siadam i robię”. Ale niektórym nie można (z różnych względów, od zawodowych po prywatne) wystrzelić z taką prawdą – i wtedy taktyczne zrzucenie odpowiedzialności na sprzęt często pomaga. W gruncie rzeczy sama wolałabym usłyszeć „Nie odpisałam ci, bo mi skrzynka mailowa nawala” niż „Nie odpisałam ci, bo serio już mi się nie chce patrzeć na te twoje maile”. Co sobie będę podejrzewała, to moje, ale zawsze przyjemniej pomyśleć, że to sprzęt zawinił, nie ja.

Nad kłamstwem z tej kategorii nie chcę się za bardzo rozwodzić, bo wprawdzie jest częste, akceptowalne i pożyteczne, ale obawiam się, że im więcej o nim napiszę, tym bardziej ryzykuję, że w przyszłości każdy mój rzeczywisty problem ze sprzętem zostanie uznany za kłamstwo taktyczne. Przecież sama się do niego przyznawałam, prawda? No właśnie. Więc ten mój popsuty Messenger w komórce to pewnie też ściema (mimo że po ostatniej aktualizacji systemu popsuł się naprawdę i teraz nawet kupony na multiponiedziałki w Multikinie muszę drukować albo robić im zdjęcia, bo inaczej nici ze zniżkowych biletów). Ale ta kategoria kłamstw istnieje. I chwała jej za to.

Jednak moją naukochańszą kategorią kłamstw taktycznych są kłamstwa z serii „szef mi żyć nie daje”. Prawdopodobnie korzystałam z nich już wcześniej, ale naprawdę sprawnie i świadomie zaczęłam ich używać, gdy pracowałam w Pleciudze. Nie z winy Pleciugi, raczej z winy tego, co Pleciuga robiła przez długi czas – a robiła Kontrapunkt. Cztery lata pracy jako członek biura festiwalowego to była i wielka przygoda, i wielki stres, i nieraz wielki atak wściekłości – wściekłości na różne osoby, z którymi się kmontaktowało. W czasie Kontrapunktu człowiek ścigał się z czasem i potrzebował wszystkiego na już, na cito, na wczoraj, natomiast nie zawsze tak szybko to dostawał. Ot, prosty przykład: zbieram materiały do katalogu dla prasy na konferencję otwierającą festiwal, katalog muszę zrobić szybko, materiały są też potrzebne na stronę www, na fejsa i dla Biura Obsługi Widzów, a tu pani z teatru lub pan z zespołu artystycznego nie odpisuje albo odpisuje, że przyśle jutro, za tydzień lub w okolicach świętego Dygdy, bo coś tam. Albo proszę zadzwonić jutro i się przypomnieć, to wyślemy.

Co robi grzeczna dziewczynka? Oczywiście czeka, dzwoni jutro, a po drodze gryzie z nerwów paznokcie i się stresuje, czy to kolejne jutro wreszcie się spełni.

Niestety moje paznokcie nigdy nie były w dobrym stanie, a do tego jestem trochę cholerykiem i mam problem z czekaniem, gdy jest ono bzdurne, więc robiłam nieco inaczej. Pisałam, że szefostwo mnie dopytuje, że szefowa potrzebuje na już, teraz i zaraz mnie rozliczy, że graficzka za kwadrans zamyka katalog i nie będzie szans nic dołożyć. Pół godziny po pierwszej rozmowie dzwoniłam znów i bezczelnie w żywe ucho wciskałam pani lub panu, że umawialiśmy się, że zadzwonię właśnie o tej godzinie, żeby przypomnieć, poprosić, wreszcie dostać. Wysyłałam mail i zaraz potem dzwoniłam z uroczym kłamstwem, że ostatnio poczta mi trochę źle chodzi, więc dzwonię, by się upewnić, że dostali ten mail, który właśnie wysłałam, a skoro dzwonię, to może od razu załatwimy sprawę, bo jak mówiłam, ta moja poczta kiepsko chodzi i jutro może mi nic nie dojść. Pisałam do pięciu osób ten sam mail, potem do nich wszystkich wydzwaniałam i zostawiałam ich w stanie sympatycznej paniki „kto tej babie nie wysłał dotąd materiałów?!”. Kłamałam, że deadline nadesłania materiałów kończy się za tydzień, choć kończył się za trzy tygodnie, a potem spóźnialskim w ramach wielkiej łaski i życzliwego zrozumienia przedłużałam termin nadesłania materiałów o trzy dni. Wyjaśniałam, że jutro mnie nie będzie i nie będzie komu się tymi materiałami zająć, teraz jestem ostatnią godzinę w pracy i jeśli zaraz wszystko dostanę, to czary-mary i będzie na stronie, w katalogu, na ulotkach i na piramidzie Cheopsa. Dzwoniłam i pisałam dwadzieścia razy, twardo utrzymując, że dzwonię lub piszę pierwszy raz. Do dziś wspominam triumfalnie pewien mail z niemieckiego teatru – zadręczany przeze mnie kierownik artystyczny był tak wykończony, że w odpowiedzi do mnie zapomniał usunąć tekst, który skierował wcześniej do swoich współpracowników, a który piękną niemczyzną głosił: „Przygotujcie materiały i pomóżcie mi pozbyć się tej baby!”.

Podsumowaniem wszystkich moich służbowych kłamstw taktycznych było stwierdzenie szefowej: „Jesteś skutecznie upierdliwa”. O tak, jestem. O tak, kocham was, kłamstwa taktyczne z kategorii „szef mi żyć nie daje”. Jesteście numerem jeden wśród kłamstw taktycznych, moją tajną bronią i najlepszą przyjaciółką w świecie pracy zawodowej. Kocham was, wielbię i składam wam hołd. Zasługujecie nie tylko na felieton – zasługujecie na poemat, pomnik i wielką tabliczkę czekolady. Tej, której nie było w Biedrze i Stokrocie, bo ją kosmici porwali.

Nie wiem, czy bez kłamstw taktycznych świat byłby lepszy, czy gorszy. Wiem, że bez nich – zwłaszcza bez tych służbowych – mój świat byłby mniej efektywny. I na pewno mniej radosny, bo uśmiechu, który pojawia się na mojej twarzy na widok kolejnych efektów kłamstwa „szef mi żyć nie daje”, nie powstydziłby się i Kot z Cheshire.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.