Pewnie miałyście choć raz w życiu taki moment, gdy chciałyście być kimś innym, prawda? Inną kobietą. Ładniejszą, szczuplejszą, bogatszą, z lepszej rodziny, z lepszymi kontaktami prywatnymi i zawodowymi, z lepszym wykształceniem, ciekawszym startem, atrakcyjniejszym życiem, bardziej prestiżową pracą, droższymi ciuchami, zdrowszą cerą, większym biustem, węższą talią, dłuższymi nogami, bardziej niebanalnym hobby, przystojniejszym partnerem i większym domem. Mogłabym wymieniać jeszcze przez kilka stron, wiadomo, o co chodzi.

 

Nieważne, na jakim etapie – jestem gotowa założyć się o duży deser lodowy, że każda kobieta w naszej kulturze choć raz pomyślała „Chciałabym nią być”. Jakąś ogólną „nią” – tą okładkową szczuplejszą, tą artykułową lepiej wykształconą i więcej zarabiającą, tą opowieściową bardziej niezwykłą i ciekawiej spędzającą czas. Albo jakąś bardzo konkretną „nią” – aktorką, pisarką, piosenkarką, celebrytką, sąsiadką z droższej ulicy, koleżanką z wyższego stanowiska, kumpelą z bardziej obleganej przez chłopaków części ławki, znajomą z lepszym akcentem na kursie niemieckiego. Nieważne, kim, jak bardzo konkretnym i w którym momencie życia. Ważne, że to się zdarzyło, zdarza lub zdarzy. Czasem wtedy, gdy do czegoś dążymy, czasem – gdy na dążenie nie mamy sił, za to wściekamy się na rzeczywistość i jej brzydszą gębę; niekiedy z efektem motywującym, niekiedy – destrukcyjnym i zniechęcającym; raz przypadkowo, przelotnie i z luźną myślą „wanna be”, raz – świadomie, intensywnie i wręcz obsesyjnie. Tak czy inaczej, wszystko sprowadza się do wspólnego mianownika: przynajmniej raz w życiu każda z nas chciała, chce lub zechce być kimś innym. Inną kobietą. Inną, bo w jakiś sposób, pod jakimś, ważnym dla nas, względem – lepszą.

Przeczytałam właśnie dwie książki, które na bazie tego tematu budują całą historię kryminalną. Wspominałam już kiedyś, że lubię historie kryminalne, prawda? Zwłaszcza te klasyczne, ale dobry thriller psychologiczny też mnie kusi (chociaż samo określenie „thriller psychologiczny” wychodzi mi już powoli bokiem, teraz każda opowieść o przestępstwie popełnionym przez minimalnie nieprzystosowanego społecznie bohatera urasta do rangi thrillera psychologicznego, tak jak byle grafomański zestaw scenek z mniej lub bardziej nagimi bohaterami staje się „bezpruderyjną powieścią erotyczną” czy „odkrywczą narracją o ludzkiej seksualności”).

Wróćmy jednak do czegoś, co chociaż minimalnie zasługuje na miano thrillera, tym bardziej psychologicznego. Trafiły mi się dobre powieści: „Ta dziewczyna” Michelle Frances oraz „Obsesja” Tary Isabelli Burton (w przypadku „Obsesji” tłumaczenie tytułu bardzo nietrafione i bardzo kreatywne, bo oryginał to „Social Creature”, więc jak zrobić z tego obsesję, wie tylko taki mistrz, który z „Dirty dancing” zrobił „Wirujący seks”. Ale o tym następnym razem). Obie książki połyka się szybko; obie wciągają; i obie pozostawiają po sobie to samo dziwne uczucie, skłaniające do refleksji: kiedy ostatnio, dlaczego i jak bardzo chciałam być inną osobą?

„Ta dziewczyna”, czyli Cherry Laine, od początku mówi wprost: chcę być kimś innym i gdzie indziej. Z kiepskiej dzielnicy, ubogiej rodziny i byle jakich perspektyw Cherry wyrywa się i trafia, jak na swoją sytuację i swój wiek z całkiem niezłym skutkiem początkowym, do dobrej agencji nieruchomości. Wprawdzie musiała nieco nakłamać w CV, ale cel uświęca środki. A sam cel, taki długoterminowy i prawdziwy? Stać się częścią lepszego towarzystwa – bogatego, ustosunkowanego, wyrafinowanego. Nosić eleganckie (i drogie) ciuchy, mieć godnych pozazdroszczenia znajomych, robić zakupy w markowych sklepach, spędzać wakacje w atrakcyjnych miejscach. Nigdy więcej się nie martwić – nie tylko o pieniądze, lecz również (a może przede wszystkim?) o zaklasyfikowanie jako podmiejska biedota, która nosi ciuchy z lumpeksu, robi zakupy w supermarketach, cieszy się z przecen, dzięki którym w cenie dwóch proszków do prania można dostać trzeci gratis lub płyn do płukania za pół ceny, i ma marzenia na poziomie „Zdążyć na ukochany odcinek telenoweli”.

Nie, nie krzywcie się, to nie moje wymysły ani nadinterpretacja. To Cherry w wielu miejscach, mniej lub bardziej wyraźnie, mówi, myśli i czuje takie rzeczy; a jej antytezą wzorca osobowego jest jej własna matka, kobieta prostacka, tandetna, przegrana. I co z tego, że – może banalnie, za to szczerze – matka cieszy się swoim życiem, radościami znajomych, drobnymi codziennymi plusami? Nic z tego. Wendy Laine to starsza kasjerka w supermarkecie, ubierająca się w szmateksach i oglądająca namiętnie telenowelę w wolne popołudnia. Nie ma dla takiej litości, życzliwości ani zwykłego „żyj i daj żyć innym”, nie w świecie Cherry.

A smutny to świat, jeśli się przyjrzymy mu chwilę dłużej. Smutny świat, w którym Cherry ogląda każdy swój postępek przez pryzmat „jak to wygląda w lepszym towarzystwie”, „czego mi brak, a one mają, bo są bogate” i „co zrobić, żeby się nie wydało, że pochodzę z prostackiej biedoty”. Smutny to świat; tym smutniejszy, że pod wieloma względami prawdziwy.

Cherry, co warto dodać, nie jest głupia ani pusta; przez lata jej największą siłą i pociechą był niezwykle chłonny umysł, umysł pożerający lekcje, informacje, wiedzę. Umysł głodny i żądny rozwijania się. Umysł, który w pracy poniżej własnych możliwości (pokazywanie bogatym obibokom mieszkań, na które sama agentka nie może sobie pozwolić) wyje z rozpaczy, frustracji i wściekłości. Świetnie to przedstawia scena, gdy Cherry rozmawia o mieszkaniach z bogatą matką i jej córką – świeżo upieczoną studentką. Zgoda, świeżo upieczona studentka jest zmanierowana, pretensjonalna ze swoim „och jej, moje mieszkanie” i wręcz wkurzająca, gdy się pomyśli, jak piękny start dostaje – bez konieczności kiwnięcia palcem, by o niego zawalczyć. Z drugiej jednak strony zawiść i nienawiść Cherry aż boli, i człowiek ma ochotę zapytać: „Dziewczyno, po co to sobie robisz?”. Ma ochotę, choć jednocześnie potrafi zrozumieć, przynajmniej odrobinę.

Cherry nie umie zdobywać przyjaciół. Uświadomiłam to sobie dopiero po zakończeniu książki; owszem, zdobywa bogatego chłopaka, ale nie umie zebrać wokół siebie ludzi, którzy by ją lubili, zwłaszcza kobiet, zwłaszcza tych, które byłyby jej potrzebne. „Ta dziewczyna” reklamowana jest jako „historia o kłamstwie, które wszystko zniszczyło”. Proponowałabym inne hasło: historia o tym, jak bardzo możesz wszystko schrzanić, gdy nie umiesz się zakumplować z innymi kobietami. Bo od tego tak naprawdę cała sprawa się zaczyna: Cherry jest tak absolutnie skupiona na sobie, na swoich brakach, swoim „co zrobić, żebym się spodobała i wpasowała”, swojej obawie, czy wymknie jej się zły akcent, że – nie zauważa. Nie zauważa Laury, matki własnego chłopaka. Nie zauważa – nie w sensie optycznym, tylko emocjonalnym. Laura Cavendish nie jest potworem ani zaborczą babą, ani nawet nadętą snobką; Laura jest kobietą początkowo zachwyconą tym, że jej ukochany syn znalazł wielką miłość, gotową przyjąć tę dziewczynę z otwartymi ramionami, marzącą o wielkiej babskiej przyjaźni w rodzaju „rycząca czterdziestka i świeża dwudziestka na wspólnym brunchu, po którym skoczą na mały shopping, a potem strzelą sobie na fejsa wspólne selfie z nowymi błyszczykami na ustach”. Jestem w stanie całym sercem uwierzyć, że tak właśnie wyglądałaby relacja Laury z Cherry, gdyby ta ostatnia nie była… powiedzmy to sobie szczerze i wprost: nie była upośledzona emocjonalnie. Bo to jest właśnie wielka tajemnica Cherry, tajemnica, z której „ta dziewczyna” nie zdaje sobie sprawy, tajemnica i fundamentalny problem: ta dziewczyna jest emocjonalnie upośledzona, jej wrażliwość na ludzi (gdy nie są jej w danej chwili potrzebni) wynosi ileś tam do entej poniżej poziomu morza, jej empatia jest jak yeti: podobno istnieje, ale nikt nigdy nie spotkał. Cherry Laine, wysoki iloraz inteligencji intelektualnej (IQ), zerowy iloraz inteligencji emocjonalnej (EQ). Cherry Laine, która w CV przygotowanym dla agencji nieruchomości zamiast „ta dziewczyna” powinna była wpisać: „emocjonalny ślepiec”.

Podśmiewamy się niekiedy z określenia „inteligencja emocjonalna” (według niektórych ludzi taka fraza to w ogóle oksymoron, bo jedno wyklucza drugie i vice versa), ale powiedzmy sobie szczerze: gdyby Cherry miała choćby przeciętny poziom inteligencji emocjonalnej, umiałaby zawojować Laurę. Gdyby zamiast przeżywać, że ośmieszyła się podczas obiadu, bo nie lubiła owoców morza i pewnie wszyscy są na nią obrażeni oraz widzą, jaka z niej prostaczka, co to nigdy krabów nie jadła – gdyby zamiast tego obróciła całą sytuację w żart, przeprosiła Laurę nie na sztywno, tylko na wesoło-rozczulająco, dała się Laurze trochę zmonopolizować – byłoby zupełnie inaczej. Gdyby panna Laine, widząc, że pani Cavendish robi się zazdrosna o syna, powiedziała: och, droga Lauro, bo on jest taki wspaniały i nic dziwnego, skoro taka matka go wychowała – Laurze nawet by przez myśl nie przeszło, by grzebać w rzeczach Cherry, sprawdzać jej prawdomówność, nie dowierzać w dobre intencje. Gdyby Cherry umiała się do siebie zdystansować i zagrać kartą z serii „taka jestem zakochana, że pewnie czasem strzelę gafę, ale cudownie byłoby mieć taką teściową jak ty, Lauro!” – Laura poległaby z kretesem. Gdyby Cherry to umiała…

… to Cherry byłaby inną kobietą. Niekoniecznie sprytniejszą, przebieglejszą, skuteczniej rozgrywającą swój plan pod tytułem „stać się częścią lepszego towarzystwa” – za to weselszą, sympatyczniejszą i bardziej przygotowaną do kontaktów z ludźmi spoza wąskiej grupy „tych, którzy bezpośrednio przełożą się na jej awans społeczny”. Gdyby…

Powiem szczerze: żal mi Cherry. Żal mi Cherry przy całej jej manipulanckiej naturze, czarno-białym podziale świata (właściwie to czarno-zielonym: albo pustka w portfelu, albo dolary) i przekonaniu, że ktoś, kto korzysta z promocji w supermarkecie, jest życiowym zerem, a lepsze towarzystwo równa się automatycznie bogate towarzystwo. Żal mi jej i żal mi, że poniosła klęskę; ale cała odpowiedzialność za tę klęskę spoczywa na niej, bo to jej emocjonalna zerowość wywołała wszystkie kłamstwa, wszystkie spory i wszystkie problemy. W porządku, wina z reguły leży po dwóch stronach, zgadzam się; ale w niektórych przypadkach jest tylko jeden katalizator wywołujący wybuch, od którego się wszystko zaczyna. Cherry była owym katalizatorem – Cherry, ta dziewczyna, która nie umiała się zakolegować z innymi kobietami, chociaż chciała być tymi innymi kobietami. Chociaż – a może właśnie dlatego?

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.