KOCHANA SZTAMPA ŚWIĄTECZNA

Boże Narodzenie jest dla mnie ważnym świętem – nie pod względem religijnym, bo od wielu lat nie utożsamiam się ani z religią katolicką, ani szerzej z chrześcijańską; cenię je natomiast ogromnie jako święto rodzinne, święto rodziny i bliskich, czas bycia razem, a jednocześnie moment odpoczynku po kończącym się właśnie roku, okres podsumowań tego, co było i planów na to, co będzie. Do Wielkanocy nie mam takiej sympatii – pewnie z powodu ruchomości tego święta, ruchomości, która doprowadza mnie do szału i nigdy nie pozwala porządnie się nacieszyć czekaniem ani w pełni odczuć trwania. Wielkanoc to swoista „świąteczna przejściówka”, która kończy się, zanim się porządnie zacznie. Możliwe, że za takie odczucie po części odpowiada brak jakiegoś dodatkowego, ważnego punktu przełomowego, jakim przy Bożym Narodzeniu jest właśnie sylwester i Nowy Rok. Możliwe, że pora roku mniej sprzyja refleksji, rozliczeniom ze sobą i wyciszeniu wewnętrznemu (poprzedzający Wigilię najkrótszy dzień w roku mówi sam za siebie). Możliwe, że towarzyszące grudniowi społeczne i kulturowe zwyczaje bardziej skupiają moją uwagę niż te marcowo-kwietniowe. W każdym razie Boże Narodzenie jest dla mnie świętem przez duże „ś”, wydarzeniem poważnym i znaczącym, choć wyłącznie na płaszczyźnie świeckiej. W Wielkanocy niektóre rzeczy lubię, innych nie. W Bożym Narodzeniu lubię – uwielbiam! – wszystko. Nawet jego sztampę. Ba, kocham jego sztampę.

Czy zwróciłyście kiedyś uwagę, jak wiele jest tych sztampowych bożonarodzeniowych elementów? Sztampę rozumiem tu jako rozmaite działania „dookoła” Gwiazdki. Niektóre z tych działań są bardziej uzasadnione, inne mniej, a pozostałe w gruncie rzeczy wcale, ale bez nich nie byłoby tak klimatycznie (bośmy się przyzwyczaili. Gdy pod koniec wywodu wymienię pewien tytuł, od razu załapiecie, o co mi chodzi). Ta sztampa – zaznaczę od razu – szalenie mnie rozczula, nastraja klimatycznie, sprawia, że czuję „tak, to już”.

Zacznijmy od wystroju sklepów: czekoladowe mikołaje, okolicznościowe smakołyki, kalendarze adwentowe (które jako dziecko pożerałam za jednym zamachem), wszystkie tysiąc jeden drobiazgów dużych i małych, których jest tym więcej, im mniej dni do świąt. Lubię te sklepowe klimaty gwiazdkowe, czuję się w nich trochę jak w bajce (dopóki nie dotrę do kasy i nie zobaczę kwoty na paragonie). Jedyny warunek to odpowiedni moment. Na Boże Narodzenie czekam od listopada. (To znak, że dorosłam, bo w dzieciństwie na Boże Narodzenie czekałam już od zakończenia wakacji). W sklepach świątecznego klimatu spodziewam się od końcówki listopada. Niestety, handel wie lepiej i atmosferę „coraz bliżej święta” zaczyna stwarzać często już na początku listopada (a bardziej zdesperowane sklepy – nawet od października). Przedwczesną obecność bożonarodzeniowego klimatu odbieram jako policzek i bezczelne psucie mi przyjemności wyczekiwania. Jeżeli na początku listopada widzę na półkach czekoladowe mikołaje, to jak mają mnie one zaczarować w grudniu? W grudniu na ich widok będę już tylko ziewać. Na szczęście w przypadku kolęd handel hamuje się trochę bardziej i zaczyna je puszczać dopiero jakieś dwa tygodnie przed godziną zero.

Sztampą są też porządki. Co roku o tej porze wiele z nas rzuca się z błyskiem (determinacji, nadziei lub rozpaczy) w oku w wir przedświątecznego sprzątania. Niektórym idzie lepiej (bo zaczęły już w październiku, zachęcone tymi sklepowymi przedwczesnymi reklamami), innym gorzej (początek porządków w listopadzie), innym kiepsko (zabrały się za to dopiero w grudniu, naiwniaczki, wśród których sama jestem). Pod ręce porządkującej trafia nie tylko bieżący bałagan i trochę ostatnich zaległości, lecz również cała masa porządkowych starych grzechów, jak upchnięte na dno szafy ciuchy „nie-nosiłam-od-pięciu-lat-ale-może-za-kolejne-pięć-…”, sterty nieprzejrzanych papierów z szuflad, których normalny człowiek w normalne dni nigdy nie otwiera, oraz różne rupiecie, które przez cały mijający rok powoli przejmowały władzę nad pawlaczem, strychem, piwnicą czy pokojem-składzikiem. Przed świętami chce się to wszystko przejrzeć, posegregować, poukładać; w jeden dzień załatwić jakieś trzysta sześćdziesiąt poprzednich. A to jeszcze nie jest najśmieszniejsze – najśmieszniejsze jest to, że szczerze wierzymy w tę wywołaną bożonarodzeniowym klimatem ułudę, jakoby w nowym roku miało się udać ów porządek utrzymać.

(Też w to wierzę. Po raz kolejny).

Sztampowe są i różne akcesoria w świąteczne klimaty: pościele w renifery, dywaniki i skarpetki w mikołaja, rękawiczki, sweterki i szaliki w choinki, rozmaite okazjonalne bibeloty (które mój partner z upodobaniem określa mianem „durnostójki” i z którym to określeniem najczęściej się zgadzam, ale podczas świąt nie), lampki i lampiony, kubki w bombki i serwetki w gwiazdki. Banał, sztampa, czasem (przy gorszym wykonaniu) nawet trochę badziew.

Nie wyobrażam sobie bez tego pełnego klimatu świąt. Mój ukochany, wielgaśny kubek z Mikołajem (który w początkach swej kariery grał kolędę, a teraz, na emeryturze, już tylko daje się z siebie napić) oraz pościel i koc w renifery są na swoich miejscach. O skarpetach z choinką też pamiętałam.

Kupowanie prezentów. Mam za sobą kolejną przedwigilijną wyprawę z serii „kupujemy prezenty w ostatniej chwili”, przerobiłam nowy sezon kolejek, tłumów i tasiemców do kas, wysłuchałam marudzenia z cudzych podwórek (tu szczególnie słychać było dzieci) i z podwórka własnego (tu marudziła lepsza połowa… no dobrze, ja trochę też), zaliczyłam chwilowe pustki w głowie („Co mu kupić? Co jej kupić? Co w ogóle kupić?”) oraz amatorskie olśnienia, nogi bolące od zakupowych wędrówek i zajadanie zakupowego głodu byle czym (batoniki!). Wróciłam wykończona, z portfelem na skraju załamania nerwowego, z nie tak do końca stuprocentową pewnością, czy każdy prezent jest trafiony. Mordęga. Ale ta mordęga tylko dodaje smaku późniejszemu pakowaniu prezentów, układaniu ich pod choinką i – najważniejsze – rozpakowywaniu. Nawet jeśli się kupiło (jak to robię co roku) prezent samej sobie i wie się doskonale, co jest w tej konkretnej torebce. Nie szkodzi. I tak będę się cieszyć z tych książek – oraz ze wszystkich innych rzeczy, które dostanę. Bo w końcu to, co w prezencie świątecznym najważniejsze, to fakt, że ktoś o mnie pomyślał, pamiętał, chciał mnie czymś obdarować. W takim momencie nawet najbardziej banalny podarunek nabiera uroku.

Gdy myślę o świętach, przed oczami pojawia mi się kolejny sztampowy obrazek: obrazek ludzi leżących przez oba dni Bożego Narodzenia do góry brzuchem, leniących się, objadających, oglądających coś i nadrabiających całoroczny brak wypoczynku, odprężenia oraz resetu. Mam wizję gremialnego Gwiazdkowego Lenia Totalnego. Bardzo miłą wizję. Gremialny Leń Totalny oczywiście ubrany jest od stóp do głów w rzeczy ze świątecznym klimatem, od skarpetek w renifery poczynając, a na czapce z bałwankiem kończąc.

I wreszcie… uwaga, uwaga… król bożonarodzeniowej sztampy, absolutny numer jeden i must have każdej Gwiazdki: „Kevin”! Tak, „Kevin sam w domu” oraz „Kevin w Nowym Jorku”! Czytałam kiedyś stwierdzenie, że przeciętny Polak nie wyobraża sobie bez tych filmów świąt. Pamiętam doniesienia sprzed paru lat, że widzowie wielkim głosem krzyczą: „Tylko w tym roku żadnego Kevina!” – i niemal jednoczesne informacje, że widzowie są oburzeni brakiem „Kevina” w ówczesnej świątecznej ramówce. Nie wiem, jak to koniec końców wygląda w praktyce; wiem natomiast, że dla mnie te filmy rzeczywiście są istotnym elementem uzupełniającym bożonarodzeniowy klimat. Jasne, można im zarzucić sporo schematyczności, banalności, przesady, amerykańskiego przerysowywania etc. Można. Ja jednak mam do obu części (a zwłaszcza do pierwszej) tak ogromny sentyment i sympatię, że zwyczajnie nie widzę żadnych wad. Mogę oglądać „Kevina” co roku – ba, muszę go oglądać co roku, bez przynajmniej jednego z „Kevinów” w okresie międzyświątecznym mam smutne wrażenie, że moja Gwiazdka nie była kompletna. „Keviny” – gwiazdkowa pierwszoligowa pozycja sztampowa – to bombka, bez której moja choinka nie jest do końca ubrana. Na „Kevina” cieszę się już parę tygodni przed Wigilią i (nawet gdy mam ogromną ochotę) nie pozwalam sobie oglądać go w inne miesiące. Nie ubiera się choinki w kwietniu ani nie słucha się kolęd w sierpniu, prawda? Tak samo nie ogląda się wówczas „Kevina”. Ale w czasie świąt wreszcie mogę się nim nacieszyć – i naprawdę mnie wtedy nie obchodzi, jak bardzo „Kevin sam w domu” i oglądanie go jest sztampowe.

Bez tych wszystkich sztampowych elementów moje święta byłyby o wiele mniej barwne, znacznie uboższe i zdecydowanie smutniejsze. Sztampa dodaje im koloru, bogactwa i humoru. Wniosek? Nie pozwólmy zabrać sobie ulubionych elementów i momentów świąt – choćby były one sztampowe do bólu zębów.

Życzę Wam wspaniałych świąt (z celebrowaniem ukochanej świątecznej sztampy), udanej zabawy sylwestrowej oraz szczęśliwego Nowego Roku. Dziękuję za czytanie moich felietonów przez ostatnie kilka miesięcy – i do zobaczenia w pierwszym noworocznym tekście!

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.