Jestem zdeklarowaną psiarą, o czym wcześniej czy później (choć zwykle wcześniej) przekonuje się każdy, kto spędzi ze mną jakieś pięć minut. Jestem psiarą i uważam psy za największe szczęście, najdoskonalsze osiągnięcie natury, kwintesencję piękna. Dostrzegam jednak i potrafię docenić również inne zwierzęta, a zaraz po psach miejsce na podium przyznaję kotom. Tak na dobrą sprawę wszystko, co ma futro, ogon czy skrzydła, potrafi mnie urzec, lecz psy i koty nie mają sobie równych.

W zeszłą sobotę poszłam na XXVII i XXVIII Międzynarodową Wystawę Kotów Rasowych, którą Cat Club Pomerania Szczecin urządził w hali sportowej zespołu szkół na Sowińskiego. Partner dostał zlecenie – zrobienie zdjęć imprezy i imprezowiczów, z kotami na czele, oczywiście. Ja, w formie osoby towarzyszącej, z zaproszeniem w zębach i z telefonem gotowym do prywatnego focenia kociaków, byłam przygotowana na widok wielu futrzanych cudów. Nie zawiodłam się, za to parę razy się zdziwiłam.

Kotów było sporo, i to nie tylko z Polski; gdzieniegdzie słyszałam niemiecki, rozmawiałam z pewną Dunką, której kot po raz pierwszy odwiedzał Polskę, z tego, co pamiętam z wypowiedzi konferansjera, pojawiło się też trochę futrzaków z innych krajów. Jednym słowem, takie małe kocie multi-kulti.

Wyobraźcie sobie szereg stołów, a na każdym sporą klatkę. Dzień zaczyna się od aranżacji wnętrz: w klatce trzeba położyć jakąś podkładkę, koc, coś wygodnego. Potem miski, do ustawienia i do zawieszenia. Posłanie dla kota, tunel do zabawy, „worek” (coś, co wygląda jak worek, zrobione z miękkiego materiału, kot może sobie do tego wejść, tylko oczy widać), nawet… hamak. Widziałam koty rozwalone na hamakach – łapy zwisają po bokach, futro wszędzie, na pyskach wyraz zblazowania. Urocze. Niektóre klatki były też częściowo pozasłaniane materiałami, by zwierzaki miały więcej spokoju.

Klatki jak klatki, lepsze były transportery. Jeśli kojarzycie typowy koci transporter na potrzeby wizyty u weta – zapomnijcie, to nie ten kaliber dla klasy średniej; tu były transportery-hacjendy, dla wyższych sfer. Jeden z tych transportero-domków zajmował więcej miejsca niż szkolna ławka. Innym, choć nie tak wielgaśnym, też dużo nie brakowało. Jednak moim hitem wystawy okazał się wózek – wózek dla kota. Serio. Z zapinaną z przodu siatko-zasłonką. Z wózkami wystąpiło kilka osób – chociaż chyba raczej powinnam napisać, że w wózkach wystąpiło kilka kotów. Jeden z takich potężnych kocurów szczególnie zachwycony nie był, ani wózkiem, ani całą sytuacją, więc miny prezentował dość fochnięte. Udało mi się zrobić mu parę zdjęć – gdy leżał w wózku, miał na pysku wypisane „Spadaj, paparazzi”, natomiast gdy po odpięciu zasłonki wystawił głowę, mina mówiła wyraźnie „Co ja tu, do cholery, robię?”.

Widok kota w wózku naprawdę zachwycał, ale chwilami było mi tych zwierzaków zwyczajnie szkoda. Któryś rozciągnięty na hamaku kot patrzył na mnie niczym na węża szykującego się do ataku, a do tego bardzo szybko oddychał; nieszczęsny futrzany brzuszek co chwila unosił się i opadał, właściciel brzuszka był wyraźnie przerażony. Innego kota właścicielki tuliły w ramionach (a kocisko duże, więc było co tulić) i zasłaniały mu oczy oraz uszy, by biedak się uspokoił i by przypadkiem nie usłyszał głośnego miauczenia kotów bengalskich (fakt, te się nieźle wydzierały). Część futrzaków tak się zmęczyła pokazem, że spała twardo, zupełnie nie reagując na kręcących się wokół ludzi. A, no i dzieci…

Rozumiem, że dla dzieci taka wystawa to wyjątkowe przeżycie, bo tyle pięknych kociaków dookoła, ale to jednak powinno być miejsce, do którego dzieci wstępu nie mają. Na wejściu zmroził mnie napis „Dzieci do lat 3 – wstęp za darmo”. Rany boskie, takie maluchy wśród kotów? Biedne koty. Naprawdę biedne – bo to właśnie dzieci pchały łapy między pręty klatek (ignorując radośnie wywieszone karteczki w rodzaju „Nie dotykać” lub „Please, don’t touch me!”). W którymś momencie bardzo małe dziecko zaczęło też głośno płakać i za nic nie chciało przestać – ale ojciec, zamiast wyjść na chwilę z hali, nosił je w tę i z powrotem i uspokajał, zupełnie ignorując fakt, że dla kotów, zwłaszcza tych poddawanych oględzinom przez sędziów, taki hałas to dodatkowy stresujący hałas. Nie, naprawdę, uważam, że dzieci na tego rodzaju wystawy zwyczajnie powinny mieć zakaz wstępu. Wystawa jako taka sama w sobie jest już dla wielu zwierzaków powodem do podenerwowania: obce miejsce, obce zapachy, właścicielka rozciąga biedaka jak sznurek (przyznaję, niektóre koty miały imponującą długość, choć miny przy tym rozciąganiu robiły bardzo różne), sędzia zagląda do nosa, pod ogon, obmacuje, porównuje długość ogona z resztą ciała – a tu jeszcze dodatkowe obce łapy się pchają, i to do klatki, ktoś wrzeszczy, ktoś szturcha. Jasne, dla większości dzieci koty to wielka frajda; problem w tym, że dla wielu kotów dzieci, obce dzieci, to frajda żadna. Dorosłym trudno się powstrzymać przed wyciąganiem rąk w kierunku puchatych głów, futrzanych grzbietów, puszystych ogonów, więc nie ma się co dziwić dzieciom. Ale nie dziwić się nie oznacza, że ma się na to pozwalać.

Obecność dzieci jako widzów na wystawie była zatem dla mnie kompletną pomyłką. Mam przykre podejrzenie, że tej pomyłki organizatorzy w przyszłości nie naprawią, niestety. Pozostaje nadzieja, że podczas kolejnej edycji rodzice będą bardziej swoich dzieciaków pilnować i zwracać im uwagę, że plakietka w rodzaju „Proszę nie dotykać” to nie jakieś widzimisię snobistycznych wystawców, tylko zwykła prośba o uszanowanie potrzeby minimalnego komfortu, do którego mają prawo i zwierzaki.

Ale, ale, żeby nie było tylko pesymistycznie: na pewno dobrym pomysłem okazało się zaproszenie na wystawę przedstawicieli różnych firm zwierzakowych. Gratka nie tylko dla kociarzy – sama, psiara przecież, wyszłam z imprezy z prześlicznym kocem, który na zajączka dostanie Bosman (pies dostanie na zajączka koci koc, to brzmi jak zdanie rodem z herbatki u Szalonego Kapelusznika, ale mniejsza). Namierzyłam też firmę, która produkuje różne środki lecznicze dla zwierząt, w tym maść wspomagającą leczenie infekcji psich uszu (walczę z tym w tej chwili, może wypróbuję). Dodatkowo, jako sroka łasa na błyskotki, sprezentowałam sobie bransoletkę oraz kolczyki i naszyjnik – bo poza stoiskami z drapakami, kocami, zabawkami, miskami, karmami, lekami i transporterami znalazło się też stoisko z ręcznie robioną biżuterią i innymi handmade’ami. Większość handmade’ów miała koci motyw i do dziś wspominam z pewnym żalem śliczną torebkę z filcu z wyszywaną sylwetką kota oraz kilka innych tego rodzaju drobiazgów, których ostatecznie nie kupiłam. Gdyby trafiła się torebka z sylwetką owczarka belgijskiego, nie wahałabym się ani chwili. To, na marginesie, niezłe studium socjologiczno-psychologiczne: gdy masz świra na punkcie swojego zwierzaka, najprawdopodobniej rzucisz się na różne drobiazgi (nawet zupełnie niepotrzebne), jeśli pojawia się na nich motyw Twojego ulubieńca. I jeszcze coś: z kotami jest łatwiej. Kocia sylwetka jest ogólnie dość typowa dla każdego kota, więc bez względu na to, jaką masz rasę, standardowy rysunek kota będzie pasował. Zróżnicowanie wśród psich ras jest o wiele wyraźniejsze; psiary więc nie zadowoli sylwetka buldoga, gdy ma wyżła, a osoba zakochana w swoim owczarku raczej pokręci głową na widok torebki z wyszytą postacią yorka lub rottweilera. Sorry, nie ten pies, szukam dalej.

Wystawa była piękna, głaskanie kotów (tych, których pozwolono mi dotknąć) to najlepsza część całej imprezy, ale koniec końców uczucia mam dość mieszane. Tak, koty cudowne. Tak, właściciele dumni (chyba że akurat obrażeni, bo sędzia nie docenił, że to matowy szary zamiast połysku, bo cudzy futrzak wygrywa w kategorii „najlepszy w kolorze” albo leśny norweski dłuższy niż ragdoll). Za to koty nieraz przestraszone, zmęczone i takie… wpakowane w ludzkie targowisko próżności. Pewnie jestem trochę niesprawiedliwa, na wystawach w końcu się nie znam. Trudno, zostanę przy swoich ambiwalentnych odczuciach. Co nie zmienia faktu, że chętnie się jeszcze kiedyś na taką wystawę wybiorę, nawet jeśli przez to wyjdę na hipokrytkę – bo zobaczenie tylu ślicznych kotów naraz to wspaniała sprawa.

Chwilę po wystawie dopadła mnie inna myśli: chciałabym zrobić wystawę nierasowców. I kotów, i psów. Tych nierasowych, mieszanych, kompletnie niemających szans na rodowody i certyfikaty. Tych przygarniętych z TOZ-ów, ze schronisk, z ulicy. Zrobić taką wystawę, zgromadzić psiarzy i kociarzy, dać im możliwość pochwalenia się najukochańszym i najpiękniejszym futrzakiem. Nawet przygotować dla każdego zwierzaka jakiś dyplom, jakiś medal – w kategorii, którą wymyśli opiekun. Bosman dostałby ode mnie przynajmniej dwa medale: w kategorii „Najbardziej puchaty pies świata” oraz „Najwierniejsze i najbardziej kochające psie spojrzenie”.

Jeśli też miałybyście ochotę na taką wystawę, dajcie znać. Może się wspólnie zorganizujemy. Może wydarzenie w rodzaju „Wystawa Nierasowców” byłaby niezła okazją, by zachęcać do przygarniania zwierzaków bezdomnych, bezrodowodowych, takich, które nie dadzą Wam szansy na medal od międzynarodowego sędziego, za to dadzą niesamowitą miłość.

Bo widzicie, z wystawy tych pięknych, rasowych, rodowodowych i certyfikatowych futrzaków powróciłam do domu do mojego futrzaka, bez rodowodu, z mieszanką ras, bez certyfikatu. Dla mnie nadal – futrzaka najpiękniejszego, najbardziej rasowego w swoim stylu i zawsze na podium.

 

fot. Krzysztof Kobielski, https://www.facebook.com/kobielski.photo/

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.