NO BO CO W KOŃCU, KURCZĘ BLADE!

Kto z zamkniętymi oczami rozpoznaje to zdanie? Nieraz, gdy je sobie przypominam, nie mogę się odpędzić od myśli: ten, kto pamięta owo zdanie z czasów młodości, miał udane czytelniczo dzieciństwo. Wiem, było wiele wartościowych, świetnie napisanych i ważnych dla małego czytelnika książek, jednak fakt pozostaje faktem:

 

„Mikołajek” jest wyjątkowy. Bez niego – bez jego dziecięcego, choć nie zawsze dziecinnego spojrzenia na rówieśników i dorosłych – nostalgiczna kraina dzieciństwa, którą w choćby minimalnej wersji nosimy w sobie, nie byłaby kompletna. Jednakże jeszcze częściej dopada mnie refleksja: to nie dzieciom, lecz nam, dorosłym, „Mikołajek” jest najbardziej potrzebny; jest niezbędny do tego, byśmy mogli – po wielu, bardzo wielu lub tak koszmarnie wielu, że aż strach liczyć, latach – powrócić wspomnieniami do czasów, gdy do odpowiedzi na pytanie „Ile masz lat?” wystarczały palce obu rąk, a najpoważniejsze problemy rozwiązywało się na podwórku za pomocą wyliczanki lub przyłożenia sobie nawzajem łopatką.

 

„Mikołajka” po raz pierwszy spotkałam w szkole podstawowej, najprawdopodobniej między trzecią a piątą klasą, bo pamiętam, w której części biblioteki i na którym regale stał, pamiętam też, że była to biblioteka szkolna drugiej z trzech szkół podstawowych, do których chodziłam. Mikołajek wprawdzie nigdy nie zmieniał szkoły, co najwyżej zmieniał grono kolegów podczas wakacyjnych wyjazdów, ale mimo to łatwo było znaleźć z nim wspólny język. Pięć kwadratowych białych tomików, tworzących w latach dziewięćdziesiątych komplet dostępnych historii spod znaku „Goscinny & Sempé opowiadają o małym chłopcu”, przeczytałam na pewno od deski do deski, choć nie potrafię powiedzieć, czy więcej niż raz. Z pewnością nawet po jednorazowej lekturze przygody te potrafiły zapaść w pamięć; ale nie powracały szczególnie intensywnie, a już na pewno nie były moją stałą „czytelniczą bazą powrotną”. Ot, po prostu – bardzo dobra historia o grupce dzieci i o tym, w co się bawią (oraz jak dorośli im w tym przeszkadzają). Ciekawsze wydawały mi się wówczas książki bardziej „problemowe”, jak choćby „Jana ze Wzgórza Latarni” (do dziś jeden z ukochanych tytułów) czy „Nowy mąż dla mamy” (z tej powieści pamiętam jedynie, że poznałam wówczas niemiecki system oceniania i szczerze mnie zadziwiła myśl o jedynce jako ocenie celującej i szóstce jako niedopuszczającej. Czułam się trochę tak, jakbym odkryła inny kontynent).

 

Do mojej aktywnej czytelniczej świadomości „Mikołajek” powrócił dopiero na studiach, gdy nowe wydania białych, kwadratowych tomików znalazłam w „Świecie Książki”. Nagle to, co kiedyś było po prostu sympatyczną, wesołą historyjką, stało się opowieścią wyjątkowo urzekającą, bawiącą w sposób, którego w dzieciństwie nie umiałam odkryć, i jednocześnie wywołującą spory sentyment (zwłaszcza przed sesją, gdy z tęsknotą myślało się o nauce tabliczki mnożenia czy pisania całych wyrazów bez odrywania ręki. Przed sesją zresztą myślało się z sentymentem o wszystkim, co do sesji nie należało, nawet o szorowaniu przypalonej patelni czy staniu w kilometrowej kolejce na poczcie).

 

Potem pojawiły się „nowe Mikołajki” – najpierw grubaśny biały tom, o wiele większy i grubszy niż znane kwadratowe tomiki, potem tom czerwony; czyli obie części „Nowych przygód Mikołajka” oraz niebieskie „Nieznane przygody”, tym bardziej nieznane, że kolorowe i na kredowym papierze. Upolowanie ich w Książnicy graniczyło z cudem, a oddawanie wypożyczonych przychodziło z bólem, więc nie było wyjścia – żeby spokojnie móc powracać w dowolnej chwili do dowolnego opowiadania, musiałam kupić wszystkie „nówki”. A powrót w dowolnej chwili do dowolnego opowiadania stawał się już palącą potrzebą, „Mikołajek” przestał być jedną z zabawnych książek z dzieciństwa, sam – bez pytania i bezpardonowo – wepchnął się na listę moich czytelniczych podręcznych niezbędników. Jakby czuł, że nadszedł czas, gdy opowiadane przezeń historie przestały już być częścią mojej własnej codzienności, że są już wyłącznie przeszłością – i dlatego właśnie stają się tak cenne, tak pożądane. Koniec dzieciństwa to zarazem początek mniej lub bardziej intensywnych, mniej lub bardziej uświadomionych i mniej lub bardziej udanych prób powrotu do tamtego okresu – powrotu możliwego wyłącznie na krótszą lub dłuższą chwilę i w związku z tym z góry skazanego na porażkę, co nie przeszkadza nam znów i znów próbować. Opowiadania Goscinny’ego wraz z rysunkami Sempégo chętnie przyjęły rolę „bramy czasu”, pozwalającej spoglądać wstecz, za siebie, i nie tylko widzieć, lecz również – niczym najlepsze kino 3D czy wręcz 4D – czuć to wszystko, co zaliczamy do naszego dzieciństwa. Albo przynajmniej to, co chcielibyśmy do niego zaliczyć.

 

To jeszcze jedna wielka, być może największa siła „Mikołajka” – kreowanie wizji dzieciństwa, takiego dzieciństwa, w które można uwierzyć (nie jest przecież absolutnie beztroskie, ma swoje wady i problemy), które da się zaakceptować (również z jego wadami i problemami) i które zwyczajnie chciałoby się przeżyć i wspominać (wraz ze wszystkimi wadami i problemami, w ostatecznym rozrachunku wcale nie tak wadliwymi ani tak problematycznymi, jak się wydaje bohaterom). Z kilkuset opowiadań wyłania się bowiem świat, który w pełni zobaczyć, posmakować i docenić potrafimy dopiero wtedy, gdy już nie mamy szansy do niego powrócić.

 

Czasem na zajęcia szybkiego czytania niektóre dzieci przynoszą „Mikołajka”. Raz trafiła się seria stworzona na podstawie animowanego serialu; z ciekawości przeczytałam dwa tomy i choć sama lektura była całkiem przyjemna, poczułam jednak zawód… oraz przykrość. To nie to, zdecydowanie nie to – zniknął gdzieś specyficzny, subtelny humor i klimat, została banalna komedyjka o grupce mniej lub bardziej krzykliwych dzieciaków i mniej lub bardziej marudnych dorosłych. Da się czytać, da się nawet polubić – ale nie da się porównać z oryginałem.

 

Kiedy indziej pojawił się tom wprawdzie niebieski, zupełnie jak „Nieznane przygody”, lecz znacznie grubszy i z innym obrazkiem na okładce. Jak się okazało, to nowe wydanie dawnych historii – zebrane w całość opowiadania z pięciu białych, kwadratowych tomików, dopasowane w tej uwspółcześnionej odsłonie do pozostałych trzech tomów wypuszczonych na rynek przez wydawnictwo Znak. Pomysł sam w sobie dobry, na pewno też wygodny – wszystkie pięć części czytelnik ma w jednym miejscu – a do tego pozytywny sygnał: nadal jest zapotrzebowanie na „Mikołajka”, również tego starszego. Mimo wszystko jednak w tamtych małych, białych kwadratach widzę więcej magii – może dlatego, że idealnie mieściły się w dziecięcych rękach, może dlatego, że format był tak nietypowy i unikatowy? A może po prostu dlatego, że z takim właśnie wydaniem miałam do czynienia od samego początku, wskutek czego stało się ono dla mnie, wraz z samym Mikołajkiem, jednym z elementów dzieciństwa?

 

Cieszę się, że dzieci nadal czytają „Mikołajka”. Jeszcze bardziej jednak cieszę się, gdy spotykam dorosłych, którzy go czytali, pamiętają – i wciąż do niego powracają, choćby myślami. W bibliotecznych kolejkach do książek duetu Goscinny & Sempé to właśnie dorośli powinni mieć pierwszeństwo. Bo mówcie sobie, co chcecie, ale dla dzieci „Mikołajek” to po prostu jedna z wielu zabawnych historii o dzieciństwie, w którym żyją; dla nas zaś to historia o dzieciństwie, w którym już nigdy żyć nie będziemy – chyba że przez pośredników. Jednym z takich pośredników, wyjątkowo pięknym i wyjątkowo wiernym, jest właśnie Mikołajek z całą swoją gromadą: Alcestem, który uwielbia jeść, Gotfrydem, co ma bogatego tatę, Euzebiuszem, który lubi dawać chłopakom w nos, Rufusem, którego tata jest policjantem i czasem pożycza synowi gwizdek, Kleofasem, ostatnim w klasie, ale za to z rowerem, Jadwinią, która „jest bardzo fajna i ma żółte włosy, a żółte włosy są ekstra, zwłaszcza u dziewczynek”…

 

Będę się upierać przy stwierdzeniu, że „Mikołajek” to przede wszystkim książka dla dorosłych i że dorosłym czytanie „Mikołajka”, choćby sporadycznie i fragmentarycznie, po prostu się należy. No bo co w końcu, kurczę blade.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.