Kiedyś usłyszałam, że wszystko się kiedyś kończy. Zaraz po tym nakarmiono mnie wizją, że coś się kończy, a potem coś się zaczyna. Potem usłyszałam, że koniec jest zawsze początkiem. Co dość mocno koreluje z wcześniejszą tezą.
Jak jest naprawdę? Zaczęłam się głęboko zastanawiać, ile może trwać koniec? Trzeba sobie zadać kolejne pytanie – KONIEC – czego? Na pewno należałoby go skategoryzować na jednostki. Może być to przecież Koniec filmu bądź ulubionego serialu.  Co wydaje się dość błahe, a jednak czasem budzi również silne emocje. Uczciwie przyznajmy, że gdy kończy się ostatni sezon  ulubionego serialu, jakim jest np. uwielbiana przez wszystkich „ Gra o Tron” – to również trudno nam się z tym jakkolwiek pogodzić.

Odczuwamy wówczas swoistą pustkę, mocno powiązaną z poczuciem zakończenia czegoś. Jednak tym samym robimy miejsce na coś nowego, świeżego i innego co nie znaczy gorszego.  Można też KONIEC – mocno powiązać z poczuciem ulgi. Bo przecież kończąc jakieś przedsięwzięcie jakim jest trudny projekt, albo chociaż tydzień ciężkiej pracy – odczuwamy ulgę i mamy prawo odetchnąć.

Czy takie same prawo do ulgi, mamy gdy kończymy długotrwały związek? Czy już wtedy koniec takiej relacji, musi wiązać się z poczuciem porażki?  Czy może uwięzieni jesteśmy w konwenansach, w których nie wolno nam takiej ulgi odczuwać bo w końcu nam przecież nie wyszło, a nie daj Boże znowu nie wyszło.  Weźmy dziś na tapetę obszar życia prywatnego. Pomijając te również ważne momenty, kiedy kończy się nam opakowanie ulubionego kremu, albo flakon ulubionych perfum świeci już pustką – co również jest nieuchronnym – Końcem.

Załóżmy, że kończymy przygodę z obecnym partnerem życiowym. Kiedy zaczyna się w nas proces końca? Czy potrafimy znaleźć ten moment, tę chwilę kiedy czujemy nieuchronny finisz? Kiedy tak naprawdę podejmujemy ostateczną decyzję?
Jak długo, stoimy w rozkroku? Wahając się nad sensownością tej decyzji. Czy jako istoty myślące, odczuwamy różne bodźce zarówno z wewnątrz siebie jak i zewnątrz, informujące nas subtelnie bądź mniej, że chce się wysiąść z obecnego „pociągu”, którym od lat jadę ? Wtedy już wiemy, że nie da się tego zrobić połowicznie. Wiemy już, ze potrzebne jest  radykalne cięcie. Bo przecież nie da się wysiąść jedną nogą? Wkraczamy zatem w kolejna fazę –  analizę:  może uda się nam żyć jeszcze w tym rozkroku?
Bo przecież odwrotu już nie będzie. A może jednak znowu na tapetę wyrzućmy slogan: „ lepsze wrogiem dobrego”?
Bo przecież wysiadając radośnie z pociągu, może okazać się, że nie będzie jednak tak kolorowo. Przecież za zakrętem czyhają  te same niebezpieczne pułapki i wcale nie mamy gwarancji, że tym razem uda nam się je ominąć.

A gdyby tak wyłączyć strach? Gdyby tak przez chwilę przestać się bać? Co byłoby wtedy?

Lęk – to zupełnie naturalne uczucie, każdy z nas je zna. Jedni tolerują go lepiej, innych zupełnie paraliżuje i wcale sobie z nim nie radzą.  Osobiście należę do tej drugiej grupy, jednak przyznam, że długotrwałe funkcjonowanie w poczuciu lęku, bywa bardzo męczące.  Załóżmy sytuację w której, zaczynamy myśleć tylko o sobie, a nie o wszystkich otaczających nas wokół? Jakie decyzje, podejmujemy nie opierając się tylko o nasze osobiste dobro.  Czy zawsze ugniata nas analiza otoczenia, co inni pomyślą, jak oni odbiorą naszą decyzję? Czy naprawdę powinno nam na tym zależeć? Jak bardzo sytuacja finansowa i czysto ekonomiczna ma wpływ na nasze wybory i decyzje? Przecież we dwoje zawsze łatwiej i prościej iść przez życie i czasem można latami iść „jakoś” i te nasze jakoś – to przecież Mount Everest – oczekiwań innych.

Zastanawiam się od lat i wiem jedno, dużo prościej jest z kremem, który się kończy, zwyczajnie zauważamy jego brak i wiemy, że pusty słoik nikomu i niczemu się już nie przyda. Wyrzucamy go, robiąc w szafce miejsce na nowy produkt. Ze związkiem jest trudniej, bo drugi człowiek, to przecież nie wspomniany krem.

Kobieta