Masz ci los! Luty miesiącem zakochanych. A dlaczego nie na przykład miesiącem wypasania krów? Też może być ciekawie. Każdy kupi sobie krowę, wydzierżawi kawałek łąki, zapłaci KRUS, a nie ZUS, i będzie pasterzo-rolnikiem, a nie Walentynką. Ot tak, dla odmiany. Bo ileż można kupować lampek i świeczek w czerwieni serca. Dość wspierania gospodarki Chińskiej Republiki Ludowej. Czas na wsparcie rodzimego biznesu. Bo krowy z Chin raczej nie sprowadzimy, pastwiska w Chinach także nie wydzierżawimy. Siłą rzeczy będziemy lokalnymi gospodarczymi patriotami.

A miłość pielęgnować  można w tzw. międzyczasie.  Żonę czy męża na kolację zabrać wieczorkiem, gdy już krowy, dajmy na to wydoimy, całą trzodę oporządzimy. Bo nikt, ale to absolutnie nikt nam nie mówi dnia 14 lutego, że to często początek ciężkiej, usłanej kolcami drogi.

Albowiem te nasze Walentynki niebawem troszkę zmienią rozmiar, nabiorą masy, zaczną ciągnąć kasę, chrapać, mlaskać.  Zalegając na tapczanie, w ręce dzierżyć będą pilota albo i ze dwa. Pierdzenie i bekanie będzie oznaczało stopień bliskości – im głośniej, tym bardziej.

A gdy przyjdą dzieci, będzie się działo. We wszystkich poradnikach zanim doczytamy się rady wszelkiej, dowiemy się między wierszami, ile to rzeczy może zepsuć, jak się znielubimy i obrzydzimy. Po co to komu?

A tak, ów pasterzo-rolnik wyruszy sobie do obory o świcie, do kontaktu z naturą przymuszony będzie, ale tylko na dobre mu to wyjdzie. Krowie nie trzeba kupować kwiatów, ani w bieliznę wieczorkiem się przed nią stroić. Chyba, że ktoś lubi, ale z gustami się nie dyskutuje. A ile korzyści z takiej krowy! Mleka dużo i jak człowiek pomyśli, to dalej: jogurty, śmietana, masło, a jak już tego zbytek będzie, i wołowinkę się zje. Dla mniej wrażliwych, skórę w czarnobiałe desenie na buty lub płaszczyk  kaletnik przerobi.

Jeśli jednak uprzemy się konserwatywnie czcić tradycję lutową, dając upatrzonej Walentynce welurowe serce, też korzyści wyciągnąć możemy. To czas na negocjacje. Trochę się powyginać trzeba, kasy wydać ale w końcu, nie bójmy się tego powiedzieć, inwestujemy w naszą świetlaną przyszłość. Jak się postarasz tak… na walentynkowe przeceny zdążysz.

Zanim więc przejdą nam motyle trzewiowe i  nastąpi etap odarcia ze złudzeń, można wiele ugrać. W tym niefortunnym dla przeciwnika czasie, wiele możemy mu wmówić (wersja oficjalna – podarować). Gdy człowiek zakochany, dobry to moment na marketing podprogowy, połączony z działaniami operacyjnymi, uświęcone celem. I tak możemy iść do drogiej restauracji, teatru, kina czy odwiedzić wystawy jakiekolwiek. Uwierzcie, jedyny to czas. Okazja się nie powtórzy. Wieczorkiem czerpać z ochoczych i jeszcze niczym nie zmęczonych tajemnic alkowy, po latach ból głowy lub tzw ciężki dzień w pracy skutecznie zniechęcają. To czas wielkiej kreacji, nie bójmy się tego nazwać po imieniu i porównać do siedmiodniowego tworzenia świata.

Tyle, że później o ten świat trzeba dbać. Tu już niestety nie jest tak różowo. Bo ileż można być wzajemnie zachwyconym? Na scenie pojawiają, się sztorcem stojące gwoździki, najpierw małe, rzadko poukładane, gęstniejące wraz z pokonywanym dystansem. Dobra miotła i gwoździe zmiecie. Tyle, że nie każda jest dobra. A tego w Walentynki i długo po, poznać za cholerę nie idzie.

Tak więc 14 lutego zachęcam do kupienia krowy. Mniej kłopotu, więcej korzyści. Zakochać się, wyznać miłość i w ogóle wydurniać możemy w każdy inny dzień.

Sfrustrowana Baba