Wśród rzeczy, które mój partner przywiózł do naszego wspólnego już mieszkania, znalazł się jego kubek z dzieciństwa. Kubek jest mały; po jednej stronie widnieją twarze siedmiu krasnoludków, po drugiej – Królewny Śnieżki. Z kubka tego pił jako mały chłopiec. I nadal, już jako dorosły facet, czasem z niego pije.

Ile razy widzę w szafce albo na blacie kuchennym ten kubek ze Śnieżką, ogarnia mnie jakieś pozytywne odczucie – bardzo delikatne, ulotne, łagodne, ale jednocześnie też bardzo konkretne, mocno w czymś osadzone. W dzieciństwie. W moim dzieciństwie; bo choć akurat takiego kubka nie miałam, miałam wiele innych rzeczy, z których do czasów „trzydzieści plus” udało się przetrwać tylko niewielu.

W zeszły poniedziałek skończyłam trzydzieści trzy lata. „Wiek Chrystusowy”, jak zażartował ostatnio mój kolega z uczelni. Wiek bohaterek „Seksu w wielkim mieście”, jak sama lubię popkulturowo upiększać moją trzydziestkę z hakiem. Wiek mocniejszego ugruntowania własnej psychiki, osobowości i paru innych kwestii, jak twierdzą niektórzy psycholodzy. Wiek, w którym według jednych coś wypada, według innych czegoś nie wypada, a według jeszcze innych na coś jest za późno, na coś z kolei za wcześnie.

Ale przede wszystkim – wiek, w którym z coraz większą czułością i coraz większym sentymentem myśli się o pewnych przedmiotach z przeszłości, z dzieciństwa właśnie; a jeśli niektóre z tych przedmiotów nadal ma się gdzieś w pobliżu, otacza się je bardzo specyficznym uczuciem.

Można mieć dzieci lub ich nie mieć, lubić je lub ich nie lubić, garnąć się do nich lub od nich uciekać; ale nie da się nie mieć swego wewnętrznego dziecka, rozumianego jako spadek i ślady minionego dzieciństwa i minionej małej siebie. Nie da się od tego wewnętrznego dziecka – skutecznie i bez konsekwencji – uciec, nie da się dobrze żyć, jeśli się go nie lubi. Sentyment, szacunek i czułość okazywane przedmiotom z dzieciństwa są jednocześnie warunkiem i dowodem tego lubienia.

Mam ogromnie wielką sympatię do mojego wewnętrznego dziecka – dawnej, małej mnie. Jasne, jak każdy mogę wskazać momenty, o których myśli się miło i momenty, o których myślenie do miłych nie należy; chwile lepsze i gorsze, złoty wiek dzieciństwa i jego wiek żelazny; ale przede wszystkim na hasło „dzieciństwo” stają mi przed oczami pewni ludzie – oraz pewne przedmioty; a te przedmioty z kolei swoją obecnością lub swoim wspomnieniem przywołują coś dobrego, czułego, coś, co po prostu chciałoby się objąć, przytulić i przez ułamek sekundy znów poczuć.

Jak wspominałam wcześniej, nie mam kubka. Za to mam kocyk. Nieduży, może metr na pół lub trzy czwarte metra. Wierzch pomarańczowy, spód biały. Śliski w dotyku – nie umiem określić materiału, w każdym razie nie jest to typowo kocykowy materiał. Być może nawet mój kocyk jest w rzeczywistości małą kołdrą, ale dla mnie ma osobowość kocyka, więc nie będę kombinować z nazewnictwem. Na pomarańczowym tle kocyka są brązowe króliczki – niektóre z koszykami, niektóre bez. Chyba. Nie pamiętam zbyt dobrze – rzadko kocyk widuję. Obecnie tkwi na dnie pościelowego schowka w kanapie, wcześniej tkwił w takim samym schowku starego łóżka. Właściwie wcale go nie używam – nie mam potrzeby, do niczego mi nie pasuje, nawet nieszczególnie grzeje. Ale gdy niedawno partner go zauważył i zapytał, czy to potrzebne – zareagowałam bardzo impulsywnie, wręcz odrobinę agresywnie. Jasne, że potrzebne! Nie dotykaj, nie patrz, nie oddychaj na niego! To mój kocyk, z dzieciństwa, część kilkuletniej mnie. Bawiłam się na nim u dziadków (to pamiętam). Sypiałam pod nim (tego nie pamiętam). Był zawsze w moim domu, w moim pokoju, gdzieś w pobliżu mnie (to wiem). Wyrzucenie go byłoby jak zniszczenie jakiegoś ważnego, wciąż żywego we mnie kawałka historii – kawałka, który chcę uszanować, uchronić, uhonorować. Świadomość obecności kocyka – jednej z bardzo niewielu rzeczy, w stosunku do których bez problemu używam zwykle znienawidzonych zdrobnień – jest ważna, bardzo ważna; jego obecność jest potrzebna, on sam jest fragmentem mojej tożsamości. Może maleńkim fragmentem, może w gruncie rzeczy nieistotnym lub najmniej ważkim – ale jest nim i nim pozostanie. A ja w swojej tożsamości, historii, wspomnieniach nie zamierzam wyrywać dziur.

Więc zabieraj łapy i zostaw kocyk. Bo pewność, że mój pomarańczowy kocyk w króliczki (zajączki?) jest gdzieś w moim domu, może się kiedyś okazać jedynym ratunkiem przed potworami dorosłości. Albo po prostu uroczym wspomnieniem. W obu przypadkach – bez kocyka nie da rady.

Mam też pozytywkę. Pozytywka – różowa, w niezbyt wiarygodnym kształcie kwadratowego jabłka, ze sznurkiem ozdobionym drewnianą gruszką i zakończonym białym, plastikowym uchwytem – stanowi bodaj najwcześniejsze przedmiotowe wspomnienie z dzieciństwa. Wisiała nad moim łóżkiem, jeszcze w czasach, gdy było to łóżko dla malucha, osłaniane szczebelkami, by ów maluch nie wypadł lub nie wylazł (w wyłażeniu byłam dobra, więc szczeble nie do końca spełniały swoją rolę). Za plastikowy uchwyt ciągnęłam bardzo często, nierzadko po kilka lub kilkanaście razy w ciągu wieczora; przy prostej, powtarzalnej melodii zasypiałam chętnie i spokojnie, choć wystarczyło, by muzyka się skończyła, a ja od razu, nawet półprzytomna, wyciągałam rękę i znów szarpałam sznurek.

Znalazłam tę pozytywkę rok czy dwa lata temu podczas porządkowania różnych szpargałów. Czy potraficie sobie wyobrazić, jak mi się chciało płakać, gdy pociągnęłam za sznurek i okazało się, że mechanizm nadal działa? Wprawdzie o wiele wolniej i mniej wyraźnie, wprawdzie się zacina, wprawdzie trochę trzeszczy – zwłaszcza pokasłują umieszczone wewnątrz figurki, które pod wpływem odtwarzanej muzyki przesuwają się dookoła tarczy – ale działa!  Poczułam się przez moment tak, jakbym znów miała trzy czy cztery lata, leżała w swoim pierwszym pokoju i słuchała na dobranoc ukochanej melodii. Na pewno dziś są pozytywki nowocześniejsze, ładniejsze, grające lepiej i więcej kawałków niż ta moja, mająca na karku około trzydziestki; ale i tak żadna nie może się równać z tym moim starociem, z wiadomych względów.

W którymś odcinku Poirota jeden z bohaterów, znawca sztuki, powiedział (w odniesieniu do obrazu, który pokazano mu z nadzieją, że to „stary mistrz”): patyna czasu potrafi nadać szlachetną postać nawet najbanalniejszemu płótnu. To stwierdzenie doskonale pasuje do przedmiotów z dzieciństwa: patyna czasu, wspomnień i sentymentu potrafi przemienić je w arcydzieła, jakimi nigdy nie były. Ale to, że nimi nie były, jest nieistotne; liczy się fakt, że stanowiły część naszego dzieciństwa, część nas. Splecione z czyjąś przeszłością – zyskują status, o jakim najsłynniejsze dzieła mogą tylko pomarzyć.

Mój kocyk dalej leży w pościelowej skrzyni; moja pozytywka siedzi w którymś kartonie z rzeczami z kategorii „niepotrzebne, ale nie wolno wyrzucać”. Może kiedyś znów je wyciągnę; może nie.  W przypadku tego rodzaju przedmiotów z dzieciństwa wystarcza nieraz sama świadomość, że są w pobliżu, bezpieczne, bliskie i w każdej chwili gotowe się z nami spotkać, jeśli tylko zechcemy. Kto wie, czy to właśnie nie jest w nich najpiękniejsze.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.